Polka w związku z Egipcjaninem.
Lama la - dlaczego nie?
Codzienność, problemy, dobre rady.
I garść dowodów, że warto.
sobota, 15 kwietnia 2017

Ostatni miesiąc zrobił coś takiego z moją organizacją czasu, że dzisiaj czuję się dziwnie, gdy nie mam nic do roboty. Po pracy normą jest kolejna praca - sprzątanie, zakupy, robienie obiadu na następny dzień, zabawa w nowo odkryte hobby, wyjście na WF (praca to jeszcze czy nie praca?). Wszystko, żeby tylko nie siedzieć i nie zastanawiać się nad niczym. Teraz, przed Świętami, oczywiście było dużo różnych rzeczy do zrobienia, które konsekwentnie wypełniały mi czas. Robiłam to wszystko, aż dotarłam do punktu, w którym naprawdę już wypadało usiąść na kanapie, wziąć do ręki gazetę i lampkę wina i poodpoczywać trochę. Chwilę mi zajęło, zanim stwierdziłam, że rzeczywiście - teraz mam czas wolny.

M. ma nową pracę. Chyba aż boję się mówić, że ma, bo nigdy nie wiadomo, co znowu się wydarzy. Znowu się nie widujemy, ale za to jeśli już, to wreszcie mam z powrotem mojego męża. Wrócił do żywych. Znika na blisko dwanaście godzin i jest cały z siebie zadowolony. Wróciła energia (nie wiem, skąd ją bierze, ale skądś najwyraźniej), dobry nastrój, aktywność. Jakby wyzdrowiał. Oby tak zostało, oby jak najdłużej.

Święta spędzamy w Warszawie, pierwszy raz w nowym domu. Jeśli chciałybyście wiedzieć, jaka jest Warszawa na Wielkanoc, to przede wszystkim pusta, cudowna :). I zimno jak diabli. Nie wierzę już w żadne ciepłe dni, mam wrażenie, że one nigdy nie nadejdą i pozostanie nam gnić w tej zimnej wilgoci i spoglądać na swoje blade jak ściana odbicie w lustrze. Jakbyśmy nigdy słońca nie widzieli.

Tym, co mają więcej szczęścia i słońce za oknem - Wesołych Świąt! A nam wszystkim pozostałym - Smacznego przynajmniej, na przekór :).

czwartek, 23 marca 2017

Nie będzie to notka o wydarzeniach roku, ale po prostu musiałam się z Wami tym podzielić:

Blisko dwa lata po ślubie dowiedziałam się, że mój wykształcony przez Uniwersytet w Mansourze mąż nie wie, co to są cyfry rzymskie.

Dzieci się tego uczą w szkole podstawowej, mówię. To jak alfabet.

W Polsce, nie w Egipcie, ten na to.

To jak on rozumie tytuły filmów, co mają format trylogii na przykład? Jak zobaczy taką datę, to co robi? Jak on rozumie w ogóle cokolwiek? Jak on przetrwał trzydzieści dwa lata swojego życia bez takich podstaw???

Błagam. Wyszłam za analfabetę!!!

Bardziej płakać, niż śmiać się :).

środa, 22 marca 2017

Nie pisałam od sześciu tygodni, więc postanowiłam w końcu dać Wam jakiś znak życia ;). U nas niewiele się zmienia. M. szuka pracy, w międzyczasie jedną podjął, ale po dziesięciu dniach zamknęli firmę i wszystki zwolnili, łącznie z szefami - czy to normalne? Po co zatrudniali nową osobę? Chociaż z drugiej strony, im więcej takich historii, tym mniejsze zaskoczenie :).

Mam teraz pracowity czas, bo dużo się dzieje u nas w domu. Moja siostra wychodzi za mąż, ja świadkuję, przyjeżdża jej szwagierka ze swoim egipskim mężem. Wspaniała okazja, by, nawet niewerbalnie, zadać jedno z moich ulubionych pytań - czy ja wyglądam na kogoś zniewolonego? ;) I to będziemy dwie!

Po ślubie uciekam na parę dni z Warszawy pooglądać krokusy, jeśli będą. Marzę o paru dniach wolnego. Wrócę do Was, gdy coś się zadzieje :).

środa, 08 lutego 2017

Jakoś tak pesymistycznie tu ostatnio było. Trochę nic dziwnego, w końcu starcie z rasizmem boli, no i do tego znowu problem z pracą, ale trzeba to sobie jakoś odpowiednio poukładać w głowie i żyć dalej. Tak też zrobiliśmy.

Atmosfera w domu była ciężka, trzeba przyznać. Postanowiłam jednak to zmienić, stwierdziłam, że chyba mimo wszystko za mało go wspieram, bo sama jestem dość słabym człowiekiem. Jak ma się być twardym przez dłuższy czas, to nikt tak nie wyrobi. Zmieniłam nastawienie w trybie "od tej chwili", zrobiłam mu w pracy laurkę i otworzyłam wino w domu. Poszłam wreszcie na moje zajęcia sportowe, wysprzątaliśmy dom, sięgnęłam po coś do czytania, zamiast bezmyślnie siedzieć przed telewizorem. Wyszliśmy z tego marazmu. Od tego czasu jest lepiej. Niech tylko jeszcze minie ta zima, bo ja mam jej już naprawdę dosyć :).

Może każda para ma swoje wzloty i upadki? Trzeba umieć się wspierać. Brzmi trywialnie, ale wierzcie mi, to bywa niezły wyczyn.

Zmieniając temat, zauważyłam znowu w Internecie jakieś niefajne poruszenie pomiędzy "arabskimi" żonami. Rzeczywiście, mnóstwo jadu w tej małej grupce społecznej. Czy to cecha wszelkich zbiorowości, nawet wirtualnych? I nie chodzi o tego czy tamtego bloga, tylko o zwykłą codzienną komunikację. Dziewczyny! Problemów nie macie? Założę się, że macie, to po co sobie jeszcze dokładać? Zamiast robić sobie docinki, czy nie lepiej byłoby napisać wprost, jaki jest mój problem i zapytać, skąd przyjdzie pomoc? Wydaje mi się, że takie małe społeczności właśnie od tego mogłyby być, żeby w pierwszej kolejności pomagać. Dobra wiadomość jest taka, że można taką postawę wdrożyć od zaraz.

wtorek, 24 stycznia 2017

Mamy za sobą nienajlepszy początek roku. Nienajlepszy to w sumie mało powiedziane. Opowiem w skrócie, chociaż może powinnam zatrzymać te wszystkie historie dla siebie. Ale powiem trochę ku przestrodze.

M. biznes się nie udał i musiał go zamknąć. Nie pierwszy i nie ostatni biznes w Warszawie, który padł ;). Szkoda, bo włożyliśmy w niego sporo energii, czasu i pieniędzy. Kto zamykał kiedyś firmę, ten wie, o co chodzi.

Z tej krótkiej, bo tylko trzymiesięcznej działalności wynieśliśmy podstawową lekcję, żeby nigdy więcej nie współpracować z Arabami. Pewnie można trochę parsknąć śmiechem, że odezwał się Arab, ale niestety takie są fakty. Przestrzegali nas inni Egipcjanie, którzy mieszkali trochę poza krajem, że na Arabów za granicą trzeba uważać. Nic Ci nie pomogą, a mogą sporo zaszkodzić. Nie wszyscy tacy są, ale na paru się nadzialiśmy.

M. nie prowadził swojej firmy w żadnej spółce, była to działalność jednoosobowa. Ale współpracował z różnymi ludźmi i najgorzej w tym miejscu wypadają Arabowie. Chodzi oczywiście o pieniądze (a o co innego). Umowy na piśmie nic nie pomagają. Arabowie oszukują, może tak samo jak Polacy, ale jakoś ze strony Polaków nic takiego nas nie spotkało. Przykra prawda! Kochane Czytelniczki, to jest przestroga dla Was, a może też jakaś wskazówka? Wasi partnerzy i mężowie być może chcą przyjechać do Polski. Postarajcie się, by dali lepsze świadectwo swojemu narodowi. Nie sugeruję, że wszyscy są oszustami. Ale też wszyscy ci nierzetelni panowie, których poznaliśmy, mają żony Polki.

Po zamknięciu firmy M. oczywiście zaczął szukać pracy. Można uznać, że wrócił do punktu wyjścia, po dwóch i pół roku pobytu w Polsce. Znalazł szansę na pracę w polskiej firmie, która dopiero się otwiera, więc przepracował tam dwa tygodnie ustawiając lokal i słuchając obietnic o umowie o pracę i spółce w przyszłości, nawet kopie dokumentów wzięli, po czym został zwolniony bez podania przyczyny (w sumie to nie zwolniony, bo obiecanej umowy nie było), nie otrzymał zapłaty za ten czas, został publicznie obrażony on i jego rodzina, w tym ja. Że a to imigrant, że przyjechał do mnie bo leci na kasę (że ja mam kasę???) i tak dalej. Oszczędzę Wam, co jeszcze się tam działo. To chyba łącznie trzecie, a drugie poważniejsze doświadczenie rasistowskie i wyzysk, przy okazji.

Może nie powinnam tego wszystkiego tutaj opisywać, ale dla mnie to też żadna tajemnica, a Was właśnie to najbardziej interesuje. Nie boimy się zawinięcia w hidżab, boimy się problemów z kasą, pracą i czasem jeszcze rasistami. Nidgy nie wiesz, z której strony spotka Cię coś złego. Ja generalnie nie ufam ludziom, ale M. to mocno odchorował, bo jest nauczony szacunku do starszych osób, respektuje europejskie standardy (że papier ma jakąś moc, w sensie), a w Egipcie nikt go nigdy w pracy nie oszukał i tak nie zwymyślał. Nie wiem, jak on jeszcze w ogóle komukolwiek zaufa. Teraz najważniejsze jest znalezienie uczciwej pracy. Znowu.

Taki to nieraz trudny żywot imigranta w Polsce :(.

środa, 28 grudnia 2016

Święta w Zakopanem były cudowne, ale zakończyły się trochę jak w amerykańskiej komedii. W drodze powrotnej jeszcze na Zakopiance, na wzniesieniu jakich pełno i jakich zaliczyliśmy w ciągu ostatnich dni całą masę, samochód odmówił współpracy. W tamtą stronę niby też coś się działo, ale ogarnął się po chwili i dotarliśmy bez problemów. Niestety, w stronę Warszawy już tak łatwo nie było. Samochód ma swoje lata, ale ma też mechanika-cudotwórcę, który utrzymuje go w świetnej kondycji. Nie takiej świetnej chyba jednak :). Dodam, że prowadziła moja mama, więc byliśmy tam w trójkę. Zjechaliśmy na bok, akurat był przystanek, i dalej wszystko potoczyło się jak w tych gorszych scenariuszach. Nie rusza z gazu, a po wyłączeniu silnika już w ogóle nie pali. Kręcił i kręcił i nie chciał zaskoczyć. Przyjechała laweta i zabrała nas do Warszawy. Nigdy nie oszczędzajcie na tym ubezpieczeniu! Już drugi raz wracamy ze Świąt w Zakopanem z samochodem na lawecie. To ciekawa historia, bo na Podhale samochodem jeździmy co i rusz, więc czemu tak na to Boże Narodzenie się zawziął? Więcej samochodem w grudniu tam nie jadę :).

Do tego do pracy wróciłam lekko przeziębiona. Nie wiem, jak mi się to udało, ale przeziębiłam się w Tatrach, w których właśnie z wszelkich chorób zawsze wychodzę.

Mimo wszystko Święta były wspaniałe, nawet padał śnieg, co jest jakimś atmosferycznym wyczynem ;). Jak zwykle o tej porze zaczęłam snuć plany na kolejny rok. Ten mijający jest przykładem tego, że plany potrafią się realizować. Miałam trzy główne, każdy zupełnie innego formatu: znaleźć pracę, pójść na kurs arabskiego i pokazać M. trochę więcej Polski. Z tego ostatniego punktu brakuje mi nadal spotkania z Morzem Bałtyckim. Może wreszcie wydarzy się to w przyszłym roku :).

Pierwszy stycznia wypada w niedzielę, chyba nie ma gorszego terminu, dzień, w którym zawsze lekki dół ściera się z uroczystym klimatem i nadzieją nowego początku. Niech Nowy Rok pozwoli Wam spełnić choć część Waszych marzeń. I niech zacznie się od dobrej pogody i braku kaca  :).

czwartek, 22 grudnia 2016

Podczas wigilii służbowej tydzień temu jedna z osób z pracy zaczęła składać mi życzenia, po czym przerwała w połowie zdania i zapytała, czy ja obchodzę Boże Narodzenie. Wszystko w bardzo pozytywnym klimacie oczywiście i wydaje mi się, że było to szczere pytanie wynikające z ciekawości. Odpowiedziałam, że oczywiście, że obchodzę! Czemu miałabym nie obchodzić? Bo mi zakazał lub nakazał zmianę wiary? ;))

Taka mała anegdotka. To przypomina mi, że ludzie często nie wiedzą, jak może wyglądać wspólne życie osób reprezentujących różne wiary i tradycje. Znajomi wiedzą, że od początku włączyłam M. w obchodzenie chrześcijańskich świąt. Dla niego nie była to jakoś specjalnie nowa sprawa, bo co roku uczestniczył w organizacji świąt dla gości w hotelach, no i miał koptyjskich znajomych. Ale ktoś z zewnątrz może tego nie wiedzieć lub w jakiś sposób obawiać się, że odkąd związałam się z muzułmaninem, wszystko przepadło... Cóż, moje święta obchodzimy. Gorzej z jego świętami. Za każdym razem próbuję namówić M. na zorganizowanie tradycyjnej kolacji, przygotowanie egipskich dań, które serwuje się w jego kraju w tym czasie. I co? Przeważnie kończymy przed telewizorem, a makaron z beszamelem to najwyższy kunszt, na jaki M. się zdobywa. W jego domu podobno obchodzi się muzułmańskie święta, dzieci dostają prezenty i nowe ubranka zgodnie z obyczajem. Ale kto wie, może tylko kobiety zajmują się w domu organizacją wszystkiego i jak przychodzi co do czego, to facet zwyczajnie ma dwie lewe ręce? A u nas to inaczej niby jest?

Z tej okazji życzę wszystkim Czytelniczkom, aby Wasi partnerzy chcieli i potrafili wnieść cząstkę swoich tradycji do Waszych związków, i w drugą stronę też, żeby Wasze tradycje świąteczne były obecne w Waszym życiu. Święta to dobra okazja na wyrażenie wzajemnej akceptacji i zainteresowania.

Ale przede wszystkim to życzę Wam dużo odpoczynku, bo to jest coś, czego wszyscy potrzebujemy :).

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Grudzień, Święta! Mój czas :).

Poza sierpniem i okresem wakacyjnym, kiedy wydarzają się jedyne w roku akceptowalnie ciepłe dni i nikogo nie ma w Warszawie, grudzień jest moim ulubionym miesiącem. Uwielbiam światełka, choinki, świeczki, skarpetki i kocyki. Gdy się da, robimy z M. różne świąteczne rzeczy, na przykład oglądamy "Love Actually" i "Listy do M.", jemy pierogi z kapustą i grzybami i pieczemy piernik. Poszlibyśmy pooglądać dekoracje świetlne na starówce, gdyby przestało padać. Dzielny jest.

Na Święta wyjeżdżamy całą rodziną na Podhale. M. pierwszy raz zobaczy tamtejsze Boże Narodzenie, ja sama nie mogę się doczekać. To już w przyszłym tygodniu, a fajną atrakcją są urwane dodatkowe dwa dni wolne. Ostatnie święta bez M. spędzałam właśnie w Zakopanem, trzy lata temu, wtedy gdy tak wiało i straty górale liczą chyba do dziś. To w czasie tamtego Bożego Narodzenia właśnie zdecydowaliśmy, że on przyjedzie do Polski, a nie ja do niego. Jeszcze nie wiedziałam wtedy, z czym się to wszystko je, jak to jest z wizą, pozwoleniem na pobyt i tak dalej. Trzy lata później jestem z nim tutaj, razem, od półtora roku żona :).

środa, 23 listopada 2016

Zastanawiam się czasem, czy pewna cecha, którą posiada mój M., i która wydaje się niejednokrotnie dominować całą jego osobowość, to jakaś cecha narodowa Egipcjan, czy tylko jego? Mam na myśli jego optymizm, który rządzi chyba wszystkimi sferami jego życia.

Cokolwiek się dzieje, zawsze don't worry, it will be ok. Niezależnie czy wali się i pali, M. zawsze powie, że wszystko będzie dobrze i rozwiążemy tę sytuację. Nawet gdy przeczy to wszelkim moim zasadom logiki. W naszym związku to ja jestem osobą podcinającą skrzydła, przyznaję się, a stąd pewnie niebezpiecznie blisko do zrzędzenia. Nie mam zbyt dużo wiary w siebie, nigdy nie miałam. I niestety w innych też często nie wierzę, jeśli widzę, co robią i jak idzie im realizowanie ich planów. M. by pewnie chciał, żebym zawsze wierzyła, że wszystko się ułoży. A ja na to mam zawsze jedną, tę samą, nieśmiertelną odpowiedź: no to konkret proszę!!!

Wszystko będzie dobrze, ale na przykład planu za bardzo nie ma. Chcemy pojechać na cudowne wakacje - don't worry, we will go. A gdzie, kiedy, za co? Będzie dobrze, pojedziemy. No jakoś jak dotąd żeśmy nie pojechali, z tą całą jego optymistyczną filozofią. W przypadku liczenia pieniędzy sprawa jest naprawdę prosta, masz albo nie masz, odłożysz albo nie. Nie trzeba sięgać za bardzo do wiary w dobry los, wystarczy policzyć kasę.

Tak sobie myślę, że pod względem patrzenia w przyszłość jesteśmy kompletnie, ale to kompletnie różni. On jest totalnym optymistą, ja jestem totalną realistką z chorym skrętem w kierunku pesymizmu. Każde z nas ma na to swoje argumenty. Ja mu mogę powiedzieć, że jest nieodpowiedzialnym lekkoduchem, który do niczego jak widać nie podchodzi poważnie, ale byłoby to przecież wielkim kłamstwem. On może powiedzieć do mnie na to, że jestem zjedzoną przez strach asekurantką, która w życiu nie podejmie żadnego ryzyka, nie wierzy w siebie ani w ogóle w nikogo i która wszystko widzi w czarnych barwach. To też byłoby niesprawiedliwe! A na koniec jeszcze każde z nas mogłoby obrzucić to drugie stwierdzeniem, że wygodnie to tak żyć. Nic nie planując! Nic nie ryzykując!

Ktoś, kto postawił wszystko na jedną kartę, rzucił swój kraj i wygrał, nie jest lekkoduchem. I ktoś, kto poślubił człowieka z innej planety, nie jest asekurantem.

Mimo tych fundamentalnych w naszej historii wydarzeń i decyzji, w życiu codziennym często ścieramy się o te różne podejścia do przyszłości i planowania. Czytałam gdzieś, że muzułmanin nie może być pesymistą, bo oznaczałoby to, że nie wierzy w siłę Boga. Od razu mam ochotę powiedzieć, że to idealna podkładka do siedzenia pod gruszą i zbijania bąków. Po co cokolwiek robić? Będzie jak Bóg chce! Ale z nas dwojga to on dokonał niemożliwego, a potem jeszcze spełnił swoje marzenie i otworzył lokal. Wszystko to mi się trochę kłóci ze sobą i czasem już naprawdę nie wiem, co mam myśleć o tej całej filozofii życiowej mojego arabskiego męża.

Daję mu teraz pewną furtkę i jak mu się uda, to się od tego jego optymizmu odczepię. Mówię mu tylko, ok, w takim razie umowa stoi. Zawierzam jego optymizmowi, a potem powiem: sprawdzam.

środa, 09 listopada 2016

Osoby prowadzące własną firmę i pracujące z wieloma różnymi kontrahentami wiedzą, jak to czasem jest właśnie. Pracować z ludźmi. Czekać, aż oni sami zaczną pracować. Aż Cię coś czasem trafia, ale nie masz wyjścia. W zasadzie to nie tylko przedsiębiorcy borykają się z tym problemem, to samo mamy przecież chociażby w najprostszej pracy biurowej. Po prostu niby wszyscy są w pracy, a czasem jakby co najwyżej połowa :)

To tak pół żartem, pół serio. Natomiast zupełnie na serio wydaje mi się, że niektórzy nie podchodzą poważnie do swojej pracy, bo trafili na M., który jest Arabem, a Arabem przecież nie trzeba się przejmować. Facet ma wycenić system alarmowy, rzekomo drogą smsową, i ani widu ani słychu. Kierowca, który nawet jeszcze oficjalnie nie rozpoczął współpracy, ma problem z samochodem i cały dzień czeka na pomoc drogową, a M. z towarem to jakby nie jego problem. Panowie z tablicą reklamową mają być o trzeciej, przyjeżdżają o ósmej. W ogóle, średnio godzinne spóźnienie na spotkanie jest najwyraźniej jakąś nową normą. Przedstawiciele handlowi dwóch różnych firm oddzwaniają i rozłączają się bez słowa, słysząc język angielski. Inna pani handlowiec przesyła maila, w którym prosi o "kontakt z osobą, z którą będzie mogła porozumieć się po Polsku". Firma o światowej renomie przez trzy tygodnie nie jest w stanie zabrać lodówki, którą przywiozła zepsutą i bez zapowiedzi. Co się dzieje z tymi ludźmi?

Cóż, uczymy się i nabieramy doświadczenia. Zaczynam rozumieć, dlaczego właściciele firm albo menedżerowie są czasem tacy oschli, a jeśli to kobieta, to zachowuje się jak zimna suka :) Po prostu rzeczywistość wymaga, aby być twardym i twardo grać z ludźmi. Trzeba nabrać asertywności. Niezależnie od tego, że M. dzisiaj powinien już rozmawiać po polsku i to tylko i wyłącznie jego wina, że tego nie robi (ok, moja trochę też), to osoby pracujące w sprzedaży, niemówiące po angielsku i nadal biorące pieniądze, to jakiś ponury żart :).

Ale ja mam podejrzliwą naturę i czasem wydaje mi się, że połowa tych niesolidnych osób starałaby się bardziej, gdyby M. był Polakiem. Faktury i zasady te same, firma prowadzona w Polsce, a jednak jakby gorszej kategorii. Nie dla wszystkich oczywiście, bo poznaliśmy też paru fajnych ludzi, którzy do wszystkiego podchodzą poważnie i odpowiedzialnie. I z nimi się najlepiej pracuje. Ale poza nimi mam wrażenie, że klient-Arab to gorszy klient, którego można zlekceważyć, bo i tak nic nam nie zrobi.

Poza tym prowadzenie firmy ma całą masę plusów i mimo że to ciężka praca, polecam ją zdecydowanym osobom :). Do tego jednak trzeba mieć predyspozycje, upór, jakieś wewnętrzne przekonanie o słuszności założonego celu. Trzeba być proaktywnym, a nie wykonawczym. To drugie to ja i czasem trochę się przydaję, gdy trzeba pozałatwiać papierki. Tymczasem nadchodzi piątek... wolny dzień!!!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15