Polka w związku z Egipcjaninem.
Lama la - dlaczego nie?
Codzienność, problemy, dobre rady.
I garść dowodów, że warto.
środa, 08 lutego 2017

Jakoś tak pesymistycznie tu ostatnio było. Trochę nic dziwnego, w końcu starcie z rasizmem boli, no i do tego znowu problem z pracą, ale trzeba to sobie jakoś odpowiednio poukładać w głowie i żyć dalej. Tak też zrobiliśmy.

Atmosfera w domu była ciężka, trzeba przyznać. Postanowiłam jednak to zmienić, stwierdziłam, że chyba mimo wszystko za mało go wspieram, bo sama jestem dość słabym człowiekiem. Jak ma się być twardym przez dłuższy czas, to nikt tak nie wyrobi. Zmieniłam nastawienie w trybie "od tej chwili", zrobiłam mu w pracy laurkę i otworzyłam wino w domu. Poszłam wreszcie na moje zajęcia sportowe, wysprzątaliśmy dom, sięgnęłam po coś do czytania, zamiast bezmyślnie siedzieć przed telewizorem. Wyszliśmy z tego marazmu. Od tego czasu jest lepiej. Niech tylko jeszcze minie ta zima, bo ja mam jej już naprawdę dosyć :).

Może każda para ma swoje wzloty i upadki? Trzeba umieć się wspierać. Brzmi trywialnie, ale wierzcie mi, to bywa niezły wyczyn.

Zmieniając temat, zauważyłam znowu w Internecie jakieś niefajne poruszenie pomiędzy "arabskimi" żonami. Rzeczywiście, mnóstwo jadu w tej małej grupce społecznej. Czy to cecha wszelkich zbiorowości, nawet wirtualnych? I nie chodzi o tego czy tamtego bloga, tylko o zwykłą codzienną komunikację. Dziewczyny! Problemów nie macie? Założę się, że macie, to po co sobie jeszcze dokładać? Zamiast robić sobie docinki, czy nie lepiej byłoby napisać wprost, jaki jest mój problem i zapytać, skąd przyjdzie pomoc? Wydaje mi się, że takie małe społeczności właśnie od tego mogłyby być, żeby w pierwszej kolejności pomagać. Dobra wiadomość jest taka, że można taką postawę wdrożyć od zaraz.

wtorek, 24 stycznia 2017

Mamy za sobą nienajlepszy początek roku. Nienajlepszy to w sumie mało powiedziane. Opowiem w skrócie, chociaż może powinnam zatrzymać te wszystkie historie dla siebie. Ale powiem trochę ku przestrodze.

M. biznes się nie udał i musiał go zamknąć. Nie pierwszy i nie ostatni biznes w Warszawie, który padł ;). Szkoda, bo włożyliśmy w niego sporo energii, czasu i pieniędzy. Kto zamykał kiedyś firmę, ten wie, o co chodzi.

Z tej krótkiej, bo tylko trzymiesięcznej działalności wynieśliśmy podstawową lekcję, żeby nigdy więcej nie współpracować z Arabami. Pewnie można trochę parsknąć śmiechem, że odezwał się Arab, ale niestety takie są fakty. Przestrzegali nas inni Egipcjanie, którzy mieszkali trochę poza krajem, że na Arabów za granicą trzeba uważać. Nic Ci nie pomogą, a mogą sporo zaszkodzić. Nie wszyscy tacy są, ale na paru się nadzialiśmy.

M. nie prowadził swojej firmy w żadnej spółce, była to działalność jednoosobowa. Ale współpracował z różnymi ludźmi i najgorzej w tym miejscu wypadają Arabowie. Chodzi oczywiście o pieniądze (a o co innego). Umowy na piśmie nic nie pomagają. Arabowie oszukują, może tak samo jak Polacy, ale jakoś ze strony Polaków nic takiego nas nie spotkało. Przykra prawda! Kochane Czytelniczki, to jest przestroga dla Was, a może też jakaś wskazówka? Wasi partnerzy i mężowie być może chcą przyjechać do Polski. Postarajcie się, by dali lepsze świadectwo swojemu narodowi. Nie sugeruję, że wszyscy są oszustami. Ale też wszyscy ci nierzetelni panowie, których poznaliśmy, mają żony Polki.

Po zamknięciu firmy M. oczywiście zaczął szukać pracy. Można uznać, że wrócił do punktu wyjścia, po dwóch i pół roku pobytu w Polsce. Znalazł szansę na pracę w polskiej firmie, która dopiero się otwiera, więc przepracował tam dwa tygodnie ustawiając lokal i słuchając obietnic o umowie o pracę i spółce w przyszłości, nawet kopie dokumentów wzięli, po czym został zwolniony bez podania przyczyny (w sumie to nie zwolniony, bo obiecanej umowy nie było), nie otrzymał zapłaty za ten czas, został publicznie obrażony on i jego rodzina, w tym ja. Że a to imigrant, że przyjechał do mnie bo leci na kasę (że ja mam kasę???) i tak dalej. Oszczędzę Wam, co jeszcze się tam działo. To chyba łącznie trzecie, a drugie poważniejsze doświadczenie rasistowskie i wyzysk, przy okazji.

Może nie powinnam tego wszystkiego tutaj opisywać, ale dla mnie to też żadna tajemnica, a Was właśnie to najbardziej interesuje. Nie boimy się zawinięcia w hidżab, boimy się problemów z kasą, pracą i czasem jeszcze rasistami. Nidgy nie wiesz, z której strony spotka Cię coś złego. Ja generalnie nie ufam ludziom, ale M. to mocno odchorował, bo jest nauczony szacunku do starszych osób, respektuje europejskie standardy (że papier ma jakąś moc, w sensie), a w Egipcie nikt go nigdy w pracy nie oszukał i tak nie zwymyślał. Nie wiem, jak on jeszcze w ogóle komukolwiek zaufa. Teraz najważniejsze jest znalezienie uczciwej pracy. Znowu.

Taki to nieraz trudny żywot imigranta w Polsce :(.

środa, 28 grudnia 2016

Święta w Zakopanem były cudowne, ale zakończyły się trochę jak w amerykańskiej komedii. W drodze powrotnej jeszcze na Zakopiance, na wzniesieniu jakich pełno i jakich zaliczyliśmy w ciągu ostatnich dni całą masę, samochód odmówił współpracy. W tamtą stronę niby też coś się działo, ale ogarnął się po chwili i dotarliśmy bez problemów. Niestety, w stronę Warszawy już tak łatwo nie było. Samochód ma swoje lata, ale ma też mechanika-cudotwórcę, który utrzymuje go w świetnej kondycji. Nie takiej świetnej chyba jednak :). Dodam, że prowadziła moja mama, więc byliśmy tam w trójkę. Zjechaliśmy na bok, akurat był przystanek, i dalej wszystko potoczyło się jak w tych gorszych scenariuszach. Nie rusza z gazu, a po wyłączeniu silnika już w ogóle nie pali. Kręcił i kręcił i nie chciał zaskoczyć. Przyjechała laweta i zabrała nas do Warszawy. Nigdy nie oszczędzajcie na tym ubezpieczeniu! Już drugi raz wracamy ze Świąt w Zakopanem z samochodem na lawecie. To ciekawa historia, bo na Podhale samochodem jeździmy co i rusz, więc czemu tak na to Boże Narodzenie się zawziął? Więcej samochodem w grudniu tam nie jadę :).

Do tego do pracy wróciłam lekko przeziębiona. Nie wiem, jak mi się to udało, ale przeziębiłam się w Tatrach, w których właśnie z wszelkich chorób zawsze wychodzę.

Mimo wszystko Święta były wspaniałe, nawet padał śnieg, co jest jakimś atmosferycznym wyczynem ;). Jak zwykle o tej porze zaczęłam snuć plany na kolejny rok. Ten mijający jest przykładem tego, że plany potrafią się realizować. Miałam trzy główne, każdy zupełnie innego formatu: znaleźć pracę, pójść na kurs arabskiego i pokazać M. trochę więcej Polski. Z tego ostatniego punktu brakuje mi nadal spotkania z Morzem Bałtyckim. Może wreszcie wydarzy się to w przyszłym roku :).

Pierwszy stycznia wypada w niedzielę, chyba nie ma gorszego terminu, dzień, w którym zawsze lekki dół ściera się z uroczystym klimatem i nadzieją nowego początku. Niech Nowy Rok pozwoli Wam spełnić choć część Waszych marzeń. I niech zacznie się od dobrej pogody i braku kaca  :).

czwartek, 22 grudnia 2016

Podczas wigilii służbowej tydzień temu jedna z osób z pracy zaczęła składać mi życzenia, po czym przerwała w połowie zdania i zapytała, czy ja obchodzę Boże Narodzenie. Wszystko w bardzo pozytywnym klimacie oczywiście i wydaje mi się, że było to szczere pytanie wynikające z ciekawości. Odpowiedziałam, że oczywiście, że obchodzę! Czemu miałabym nie obchodzić? Bo mi zakazał lub nakazał zmianę wiary? ;))

Taka mała anegdotka. To przypomina mi, że ludzie często nie wiedzą, jak może wyglądać wspólne życie osób reprezentujących różne wiary i tradycje. Znajomi wiedzą, że od początku włączyłam M. w obchodzenie chrześcijańskich świąt. Dla niego nie była to jakoś specjalnie nowa sprawa, bo co roku uczestniczył w organizacji świąt dla gości w hotelach, no i miał koptyjskich znajomych. Ale ktoś z zewnątrz może tego nie wiedzieć lub w jakiś sposób obawiać się, że odkąd związałam się z muzułmaninem, wszystko przepadło... Cóż, moje święta obchodzimy. Gorzej z jego świętami. Za każdym razem próbuję namówić M. na zorganizowanie tradycyjnej kolacji, przygotowanie egipskich dań, które serwuje się w jego kraju w tym czasie. I co? Przeważnie kończymy przed telewizorem, a makaron z beszamelem to najwyższy kunszt, na jaki M. się zdobywa. W jego domu podobno obchodzi się muzułmańskie święta, dzieci dostają prezenty i nowe ubranka zgodnie z obyczajem. Ale kto wie, może tylko kobiety zajmują się w domu organizacją wszystkiego i jak przychodzi co do czego, to facet zwyczajnie ma dwie lewe ręce? A u nas to inaczej niby jest?

Z tej okazji życzę wszystkim Czytelniczkom, aby Wasi partnerzy chcieli i potrafili wnieść cząstkę swoich tradycji do Waszych związków, i w drugą stronę też, żeby Wasze tradycje świąteczne były obecne w Waszym życiu. Święta to dobra okazja na wyrażenie wzajemnej akceptacji i zainteresowania.

Ale przede wszystkim to życzę Wam dużo odpoczynku, bo to jest coś, czego wszyscy potrzebujemy :).

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Grudzień, Święta! Mój czas :).

Poza sierpniem i okresem wakacyjnym, kiedy wydarzają się jedyne w roku akceptowalnie ciepłe dni i nikogo nie ma w Warszawie, grudzień jest moim ulubionym miesiącem. Uwielbiam światełka, choinki, świeczki, skarpetki i kocyki. Gdy się da, robimy z M. różne świąteczne rzeczy, na przykład oglądamy "Love Actually" i "Listy do M.", jemy pierogi z kapustą i grzybami i pieczemy piernik. Poszlibyśmy pooglądać dekoracje świetlne na starówce, gdyby przestało padać. Dzielny jest.

Na Święta wyjeżdżamy całą rodziną na Podhale. M. pierwszy raz zobaczy tamtejsze Boże Narodzenie, ja sama nie mogę się doczekać. To już w przyszłym tygodniu, a fajną atrakcją są urwane dodatkowe dwa dni wolne. Ostatnie święta bez M. spędzałam właśnie w Zakopanem, trzy lata temu, wtedy gdy tak wiało i straty górale liczą chyba do dziś. To w czasie tamtego Bożego Narodzenia właśnie zdecydowaliśmy, że on przyjedzie do Polski, a nie ja do niego. Jeszcze nie wiedziałam wtedy, z czym się to wszystko je, jak to jest z wizą, pozwoleniem na pobyt i tak dalej. Trzy lata później jestem z nim tutaj, razem, od półtora roku żona :).

środa, 23 listopada 2016

Zastanawiam się czasem, czy pewna cecha, którą posiada mój M., i która wydaje się niejednokrotnie dominować całą jego osobowość, to jakaś cecha narodowa Egipcjan, czy tylko jego? Mam na myśli jego optymizm, który rządzi chyba wszystkimi sferami jego życia.

Cokolwiek się dzieje, zawsze don't worry, it will be ok. Niezależnie czy wali się i pali, M. zawsze powie, że wszystko będzie dobrze i rozwiążemy tę sytuację. Nawet gdy przeczy to wszelkim moim zasadom logiki. W naszym związku to ja jestem osobą podcinającą skrzydła, przyznaję się, a stąd pewnie niebezpiecznie blisko do zrzędzenia. Nie mam zbyt dużo wiary w siebie, nigdy nie miałam. I niestety w innych też często nie wierzę, jeśli widzę, co robią i jak idzie im realizowanie ich planów. M. by pewnie chciał, żebym zawsze wierzyła, że wszystko się ułoży. A ja na to mam zawsze jedną, tę samą, nieśmiertelną odpowiedź: no to konkret proszę!!!

Wszystko będzie dobrze, ale na przykład planu za bardzo nie ma. Chcemy pojechać na cudowne wakacje - don't worry, we will go. A gdzie, kiedy, za co? Będzie dobrze, pojedziemy. No jakoś jak dotąd żeśmy nie pojechali, z tą całą jego optymistyczną filozofią. W przypadku liczenia pieniędzy sprawa jest naprawdę prosta, masz albo nie masz, odłożysz albo nie. Nie trzeba sięgać za bardzo do wiary w dobry los, wystarczy policzyć kasę.

Tak sobie myślę, że pod względem patrzenia w przyszłość jesteśmy kompletnie, ale to kompletnie różni. On jest totalnym optymistą, ja jestem totalną realistką z chorym skrętem w kierunku pesymizmu. Każde z nas ma na to swoje argumenty. Ja mu mogę powiedzieć, że jest nieodpowiedzialnym lekkoduchem, który do niczego jak widać nie podchodzi poważnie, ale byłoby to przecież wielkim kłamstwem. On może powiedzieć do mnie na to, że jestem zjedzoną przez strach asekurantką, która w życiu nie podejmie żadnego ryzyka, nie wierzy w siebie ani w ogóle w nikogo i która wszystko widzi w czarnych barwach. To też byłoby niesprawiedliwe! A na koniec jeszcze każde z nas mogłoby obrzucić to drugie stwierdzeniem, że wygodnie to tak żyć. Nic nie planując! Nic nie ryzykując!

Ktoś, kto postawił wszystko na jedną kartę, rzucił swój kraj i wygrał, nie jest lekkoduchem. I ktoś, kto poślubił człowieka z innej planety, nie jest asekurantem.

Mimo tych fundamentalnych w naszej historii wydarzeń i decyzji, w życiu codziennym często ścieramy się o te różne podejścia do przyszłości i planowania. Czytałam gdzieś, że muzułmanin nie może być pesymistą, bo oznaczałoby to, że nie wierzy w siłę Boga. Od razu mam ochotę powiedzieć, że to idealna podkładka do siedzenia pod gruszą i zbijania bąków. Po co cokolwiek robić? Będzie jak Bóg chce! Ale z nas dwojga to on dokonał niemożliwego, a potem jeszcze spełnił swoje marzenie i otworzył lokal. Wszystko to mi się trochę kłóci ze sobą i czasem już naprawdę nie wiem, co mam myśleć o tej całej filozofii życiowej mojego arabskiego męża.

Daję mu teraz pewną furtkę i jak mu się uda, to się od tego jego optymizmu odczepię. Mówię mu tylko, ok, w takim razie umowa stoi. Zawierzam jego optymizmowi, a potem powiem: sprawdzam.

środa, 09 listopada 2016

Osoby prowadzące własną firmę i pracujące z wieloma różnymi kontrahentami wiedzą, jak to czasem jest właśnie. Pracować z ludźmi. Czekać, aż oni sami zaczną pracować. Aż Cię coś czasem trafia, ale nie masz wyjścia. W zasadzie to nie tylko przedsiębiorcy borykają się z tym problemem, to samo mamy przecież chociażby w najprostszej pracy biurowej. Po prostu niby wszyscy są w pracy, a czasem jakby co najwyżej połowa :)

To tak pół żartem, pół serio. Natomiast zupełnie na serio wydaje mi się, że niektórzy nie podchodzą poważnie do swojej pracy, bo trafili na M., który jest Arabem, a Arabem przecież nie trzeba się przejmować. Facet ma wycenić system alarmowy, rzekomo drogą smsową, i ani widu ani słychu. Kierowca, który nawet jeszcze oficjalnie nie rozpoczął współpracy, ma problem z samochodem i cały dzień czeka na pomoc drogową, a M. z towarem to jakby nie jego problem. Panowie z tablicą reklamową mają być o trzeciej, przyjeżdżają o ósmej. W ogóle, średnio godzinne spóźnienie na spotkanie jest najwyraźniej jakąś nową normą. Przedstawiciele handlowi dwóch różnych firm oddzwaniają i rozłączają się bez słowa, słysząc język angielski. Inna pani handlowiec przesyła maila, w którym prosi o "kontakt z osobą, z którą będzie mogła porozumieć się po Polsku". Firma o światowej renomie przez trzy tygodnie nie jest w stanie zabrać lodówki, którą przywiozła zepsutą i bez zapowiedzi. Co się dzieje z tymi ludźmi?

Cóż, uczymy się i nabieramy doświadczenia. Zaczynam rozumieć, dlaczego właściciele firm albo menedżerowie są czasem tacy oschli, a jeśli to kobieta, to zachowuje się jak zimna suka :) Po prostu rzeczywistość wymaga, aby być twardym i twardo grać z ludźmi. Trzeba nabrać asertywności. Niezależnie od tego, że M. dzisiaj powinien już rozmawiać po polsku i to tylko i wyłącznie jego wina, że tego nie robi (ok, moja trochę też), to osoby pracujące w sprzedaży, niemówiące po angielsku i nadal biorące pieniądze, to jakiś ponury żart :).

Ale ja mam podejrzliwą naturę i czasem wydaje mi się, że połowa tych niesolidnych osób starałaby się bardziej, gdyby M. był Polakiem. Faktury i zasady te same, firma prowadzona w Polsce, a jednak jakby gorszej kategorii. Nie dla wszystkich oczywiście, bo poznaliśmy też paru fajnych ludzi, którzy do wszystkiego podchodzą poważnie i odpowiedzialnie. I z nimi się najlepiej pracuje. Ale poza nimi mam wrażenie, że klient-Arab to gorszy klient, którego można zlekceważyć, bo i tak nic nam nie zrobi.

Poza tym prowadzenie firmy ma całą masę plusów i mimo że to ciężka praca, polecam ją zdecydowanym osobom :). Do tego jednak trzeba mieć predyspozycje, upór, jakieś wewnętrzne przekonanie o słuszności założonego celu. Trzeba być proaktywnym, a nie wykonawczym. To drugie to ja i czasem trochę się przydaję, gdy trzeba pozałatwiać papierki. Tymczasem nadchodzi piątek... wolny dzień!!!

środa, 19 października 2016

Chcę się pochwalić (a może nie się, tylko kogoś innego), że znajoma z kręgu okołorodzinnego wyszła niedawno za mąż za Egipcjanina. Mieszkają tam, on jest Koptem. Dwaj egipscy mężowie w jednej rodzinie - taka polska sytuacja :).

Ostatnio przekonuję się trochę, co to znaczy być zapracowanym. Swoją pracę mam, do tego praca M., co do której co jakiś czas obiecuję sobie, że ukrócę to jeżdżenie tam i siedzenie z nim, niech sam robi, skoro tak chciał. Weekend ostatni raz miałam po urlopie. Czekaj, jakim urlopie w ogóle? ;) Na szczęście w mojej pracy dodatkowa fucha tymczasowo nie doszła do skutku, więc przynajmniej nie dojdzie mi więcej obowiązków, na razie. Zamiast tego zaczął się doktorat, co też wymaga trzeźwości umysłu. Od dwóch tygodni chcę zrobić zupę dyniową i nie jestem w stanie. Może dziś? Ale czemu ja mam robić zupę dyniową, skoro mam kucharza w domu? Ano tak to jest właśnie, szewc bez butów chodzi. Naszą nową normą jest jedzenie gotowych dań odgrzewanych w mikrofali, raz w tygodniu staram się zrobić zacniejszą kolację, której zazwyczaj nie kończymy, bo albo komu chce się jeść o dziesiątej wieczorem, albo przysypiamy na kanapie. Uwielbiałam naszą domową kuchnię i tradycję niedzielnych rybnych obiadów, teraz mam wrażenie, że istnieje tylko fast food :). Tak nie będzie zawsze - moja nowa mantra.

Ale nie piszę tego wszystkiego w klimacie narzekania lub malkontenctwa. Bardzo, naprawdę bardzo się cieszę, że M. ma prawdziwą pracę, robi coś dobrego dla innych i dla nas. Spełnił swoje marzenie o własnej firmie, chociaż wiadomo, że taka praca ma wiele odcieni, dobrych i słabszych stron. Ale zapadł mi w pamięć jeden obrazek z internetu, taka życiowa rada: gdy masz ochotę ponarzekać na swoją pracę, pomyśl o tych, którzy w ogóle jej nie mają. My akurat oboje wiemy, co to znaczy, dlatego tym bardziej doceniamy każdy pracowity dzień, nawet jeśli kończy się po 22. Na razie wszystkie ręce na pokład i rozwijamy interes wspólnymi siłami. Co nie znaczy, że dziś nie zamierzam zrobić sobie wolnego. Po własnej pracy. Dzięki. :)



wtorek, 04 października 2016

Szybko to wszystko poszło. Ciekawe, że najpierw człowiek tygodniami, miesiącami robi plany i zastanawia się, jak to wszystko będzie we własnej firmie wyglądało. A potem w końcu ją otwierasz i wszystko zaczyna pędzić. Czasem aż mnie to trochę przeraża i onieśmiela, że M. załatwia coraz to nowe sprawy i przed niczym się nie wycofuje. Dopóki wszystko pozostawało w sferze planów i względnej niemożliwości, fajnie było sobie tak gadać i snuć różne wizje. A teraz już jesteś w tej sytuacji, masz tę swoją działalność gospodarczą i możesz realizować to, co sobie założyłeś. Nawet nie tyle możesz, co musisz.

Gdyby ktoś potrzebował porady, jak się otwiera firmę, to ja chętnie pomogę ;). Polecam szczególnie moment, gdy orientujesz się, że została na przykład jeszcze tylko jedna rzecz do załatwienia. Czyli resztę z listy można sobie odhaczyć. Wszystko to brzmi dość abstrakcyjnie, ale organizacja własnej firmy to dla mnie zupełnie nowy teren. I do tego tak mi się w życiu złożyło, że to nie ja jestem właścicielką tej firmy, tylko mój egipski mąż. Przechodzę więc przez wszystko razem z nim, żeby mu w miarę możliwości pomóc. Ale zauważam też po mału z satysfakcją, że M. już na tym wsparciu tak bardzo nie polega. Sam spotyka się z tymi wszystkimi ludźmi, dzwoni, wysyła, zamawia, sam zaczyna odwiedzać urzędy. Im więcej wyzwań, tym mu zresztą lepiej idzie. Odpukać.

Nasze życie też błyskawicznie się zmieniło. Miałam faceta w domu i nagle nie mam :). Szybciutko opustoszała lodówka, pranie zaczęło zalegać, śmieci same się nie wynoszą. Z pracy przed komputerem przeskoczył na pracę siedem dni w tygodniu po dwanaście godzin, plus dojazdy. No ale na swoim. Ja po swojej pracy jeżdżę do niego i działamy razem. Tak nie będzie zawsze, ale na starcie chyba tak milej, jak ktoś z tobą jest.

To jest taki stan, taka sytuacja, której kompletnie bym nie przewidziała jeszcze pół roku temu. Po raz kolejny okazuje się, że sytuacja zawodowa nie jest dana raz na zawsze i że jest w stanie w krótkim czasie diametralnie się zmienić :).

środa, 28 września 2016

Tak, Moi Drodzy :). Dzieje się.

Wspominałam niedawno, że M. zmienia pracę. Jednak bardziej adekwatnym określeniem byłoby, że zaczyna pracę. Parę dni temu zarejestrował działalność gospodarczą w Polsce. W innej branży, niż spędził ostatni rok, ale w zasadzie w tej samej, w której pracował pół życia w Egipcie i nawet jeszcze w Polsce. I jedynej, która go tak naprawdę interesuje, o czym się chyba wreszcie przekonał. Nie wspominałam o tym właściwie nikomu, dopóki nie było pewne, że to wszystko dojdzie do skutku.

To temat nowy, długi i złożony, dlatego zacznę od samego procesu rejestracji działalności gospodarczej. Oczywiście, łatwo i prosto nie mogło być :). Podstawowym problemem było naturalnie jego nazwisko, z którym walczą wszystkie polskie urzędy. Problem o tyle poważny, że w nazwie firmy musi to nazwisko wraz z imieniem wystąpić. Spedziliśmy przy stanowisku rejestracji działalności gospodarczej ponad godzinę, ale większość tego czasu zajmowało prostowanie kwestii jego danych osobowych. Siedzieliśmy sami przy okienku, a pan gdzieś krążył po urzędzie z naszymi papierami. Stanęło na tym, że poprzedni pan, zajmujący się meldunkami i odpowiedzialny za wprowadzanie danych do rejestru PESEL, pomylił się. "Głupoty opowiadał", stwierdziła druga pani, która przyszła z pomocą. Czyli że jednak Egipcjanin ma nazwisko, a nie brak nazwiska. Aż się boję, co będzie przy kolejnych meldunkach.

W jaki sposób Egipcjanin otwiera firmę w Polsce?

Zacznijmy od prostej prawdy, że egipski mąż Polki zakłada działalność na identycznych zasadach, co Polacy. Akurat nasz pan w urzędzie trochę tego nie był pewien, ale go doedukowałam :).

Samo założenie firmy, jak wszyscy opowiadają i mają rację, jest naprawdę proste. Wystarczy przeczytać jakikolwiek poradnik w internecie na ten temat, albo sięgnąć do najprostszych krótkich publikacji, które są dostępne za darmo w różnych urzędach. Wniosek wypełnia się przez internet, a potem idzie się do swojego urzędu dzielnicy (gminy), aby go podpisać. We wniosku trzeba podać swoje dane, adres i wybrać z bardzo intuicyjnej listy rodzaje działalności, które będzie się prowadziło. Zasady wypełniania wniosku są takie same, jak w przypadku Polaków. Jedyna wątpliwość może dotyczyć wyboru sposobu prowadzenia księgowości - do rozwiania w pięć minut, gdy się o tym poczyta. Do wniosku dołączamy na końcu skan decyzji Wojewody o pobycie czasowym, jej numer trzeba też wpisać we wniosku w odpowiednim miejscu. Decyzja i paszport to tutaj podstawowe dokumenty.

Po wysłaniu wniosku przez internet wyświetla się możliwość wydrukowania go sobie w wersji roboczej, co oczywiście robimy. Zabieramy wydruk ze sobą do urzędu. Oprócz tego przezornie wzięłam parę innych dokumentów i dobrze, bo pan i druga pani oglądali je wszystkie (to przez te nazwiska), wszystko oryginały:
- oczywiście decyzja o zgodzie na pobyt czasowy
- zaświadczenie o zameldowaniu na pobyt czasowy
- potwierdzenie nadania numeru NIP sprzed dwóch lat
- akt małżeństwa
- paszport
- aktualna karta czasowego pobytu

Niby nigdzie to wszystko nie jest wymienione, ale i tak się przydało. Po szczęśliwym nadaniu nazwiska M. :), pan wydrukował nasz wniosek w dwóch egzemplarzach, przejrzeliśmy go jeszcze raz, M. podpisał i gotowe. Na pojawienie się wpisu w internetowym rejestrze czekaliśmy potem trzy dni.

Urząd Skarbowy i ZUS

Kilka dni później postanowiliśmy załatwić sprawę deklaracji, że M. będzie odprowadzać podatek VAT. Wydrukowałam z internetu formularz (3 strony), wypełniliśmy go z innym poradnikiem w ręku, wysłaliśmy pocztą. Podobno wszystko jest ok, przynajmniej tak twierdzi pan, który będzie prowadził nam księgowość.

Teraz przed M. kolejne kroki, identyczne jak w przypadku Polaka otwierającego firmę, na przykład:

- zakup kasy fiskalnej, jej fiskalizacja i rejestracja w Urzędzie Skarbowym
- zgłoszenie jego ubezpieczenia do ZUS, takie samo, co wypełniamy przy umowie o pracę (mamy na to 7 dni od terminu rozpoczęcia działalności - w naszym przypadku nie jest to termin złożenia wniosku o otwarcie firmy, tylko trochę później)

Oprócz tego M. ma już otwarte konto bankowe dla przedsiębiorcy i czekamy na pieczątkę. Jego firma formalnie jeszcze nie działa, bo przeznaczył sobie na początek czas na mały rozruch i dokończenie wszystkich spraw. Ogólnie rzecz biorąc, cudzoziemiec przechodzi przez to samo, co Polacy, gdy otwiera firmę. Jeśli kiedyś miałyście już styczność z tą procedurą, tutaj raczej nic Was nie zaskoczy :).

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14