Polka w związku z Egipcjaninem.
Lama la - dlaczego nie?
Codzienność, problemy, dobre rady.
I garść dowodów, że warto.
lamala@interia.eu
poniedziałek, 25 stycznia 2016

Zaczęłam kurs arabskiego. W końcu, po miesiącach poszukiwań i wpisywań się na listy, które nigdy nie dochodziły do skutku, udało mi się dostać na kurs i rozpocząć go. Zajęcia odbywają się dwa razy w tygodniu po 2 godziny 15 minut, są na poziomie A1, będą trwały do początku kwietnia i są organizowane przez UW.

Na razie jest to czysty relaks i przyjemność. W grupie jest dużo osób (taka cena za... niską cenę), ale to na razie nie przeszkadza. Powolutku uczymy się liter i przedstawiania się. Jak dotąd wszystko znam, bo sama uczyłam się alfabetu jeszcze przed przyjazdem M. Ale oczywiście lepiej, kiedy ktoś Cię tego porządnie nauczy. Dzięki zajęciom pisanie jest łatwiejsze i wcale nie przeraża. Najbardziej cieszę się z tego, że gdy prowadząca zajęcia zwraca się do nas po arabsku, wszystko rozumiem. Sama nie potrafiłabym tego powiedzieć, ale gdy ona mówi, to wszystko jest jasne. Pewnie to kwestia osłuchania ;).

Nasza grupa jest w ogóle dość ciekawym miksem. Jest kilka hipsterskich studentek, które skarżą się publicznie, że zajęcia powinny kończyć się 15 min wcześniej, skoro nie robimy przerwy (stąd wiem, że to studentki, a racji nie mają, bo zajęcia trwają dokładnie tyle, ile trzeba, wystarczy przeczytać program). Jest kilku korpofacetów, dwie albo trzy panie w wieku okołoemerytalnym, kilka osób, które zawsze wszystko wiedzą do przodu i reszta zwykłych ludzi ;). Dwie godziny lecą szybko, pomiędzy ćwiczeniami słuchamy piosenek z YouTube'a i oglądamy filmiki. A po powrocie M. ogląda moje notatki i ćwiczymy dalej ;).

Tymczasem ogłoszenie. M. szuka współpracowników! Wspominałam Wam, że rozkręca własną działalność. Mówiąc ogólnie, dotyczy to rynków inwestycyjnych w internecie. Czyli kontynuuje to, czym zajmował się w poprzedniej firmie, tylko teraz na własny rachunek. Szuka osób, które byłyby zainteresowane zdalną współpracą. Jest to praca z klientem, z ludźmi z różnych krajów. Poszukiwane są osoby kontaktowe, zainteresowane sprzedażą, znające języki obce, mieszkające w Polsce lub za granicą. Doświadczenie niepotrzebne, on wszystkiego nauczy :).

Jeśli więc Wasi partnerzy, mężowie, znajomi lub znajome byliby zainteresowani szczegółami, zapraszam na mojego maila :).

piątek, 08 stycznia 2016

Byliśmy dziś w naszym urzędzie dzielnicy, by zameldować M. na pobyt czasowy, a konkretnie na cały okres ważności jego nowej karty. Ściągnęłam wniosek z internetu, wypełniłam i udaliśmy się do urzędu. Trafiliśmy na tego samego pana, który nas meldował w lipcu. I co się okazało...

Cóż, wniosek wypełniłam jak zawsze, imię i trzy nazwiska M. Powinnam się już chyba nauczyć, że nie powinnam tak robić, jeśli nie chcę sobie przysparzać kłopotów. Pan stwierdził, że M. ma nadany PESEL i był dotychczas meldowany z czterema imionami i zupełnym brakiem nazwiska. To prawda, Egipcjanie nie mają nazwisk tylko full name, na tej samej zasadzie mają przyznawane karty pobytu. Ale że przyzwyczaiłam się do wpisywania trzech nazwisk, bo co instytucja, to coraz większe oczy, że jak to nie ma nazwiska... Pan uznał, że może zameldować M. z czterema imionami i brakiem nazwiska, co my przyjęliśmy z radością i ulgą, że w końcu uda się wykonać tę czynność, po raz drugi u tej samej osoby a po raz czwarty w ogóle.

Ale pan w urzędzie nie oszczędził nam wykładu, że USC zwariowało, wydając akt małżeństwa na imię i trzy nazwiska. Nie miał tego aktu przed sobą, ale nas zapytał, a my powiedzieliśmy prawdę. USC bardzo chciało rozgraniczyć imię od nazwiska, więc zrobili, jak chcieli. M. ma jedno imię i trzy nazwiska na akcie ślubu. Według pana z dzisiejszego urzędu jest to wielki problem, wielki błąd, samowolka USC i musimy iść walczyć, bo nie może być tak, że w jednym urzędzie człowiek ma trzy nazwiska, a w innym nie ma żadnego. Do tego jeszcze kwestia mojego nazwiska i nazwiska dzieci, według pana będę musiała powymieniać wszystkie dokumenty, bo... Bo co? Bo moje nazwisko jest niezgodne z (nie wiadomo) czym? Niemożliwe? MOŻLIWE! Dodałam, że znam parę dziewczyn, które mają podwójne nazwiska, tak jak ja, i że USC najwyraźniej zawsze postępuje tak samo. To jeszcze bardziej pana oburzyło.

Koniec końców dostaliśmy meldunek na cztery imiona i brak nazwiska, więc po bólu. Ale co się nasłuchałam, to moje.

Najlepsze jest to, że on ma rację. Cudzoziemcy z milionem imion/nazwisk są traktowani w Polsce jak osoby bez nazwiska. Widać to w rejestrze PESEL oraz na kartach pobytu. USC widocznie działa sobie na innych zasadach i bardzo wymaga posiadania nazwiska. Więc sobie te nazwiska jakoś... tworzy. Pamiętam, że M. składał w USC jakieś oświadczenia, że w Egipcie jego pierwsze dwa imiona służą za imię i nazwisko, pozostałych na co dzień nie używa, że taka jest tradycja i praktyka. Pani tłumacz przetłumaczyła, podstemplowała, USC przyjęło. Być może kiedyś polska administracja zdobędzie się na stworzenie jednolitych procedur dla wszystkich urzędów, co robić z obcokrajowcami z krajów arabskich lub innych, gdzie obowiązuje inny system, niż w Europie. Teraz to by się trochę przydało.

Po załatwieniu sprawy w urzędzie udaliśmy się do banku, w którym M. ma konto, żeby zaktualizować adres zameldowania i wstukać do systemu jego nową kartę. Dotychczas M. miał w banku dwa adresy - egipski jako podstawowy adres zamieszkania i zameldowania (tak się wtedy pan uparł) oraz polski, jako adres korespondencyjny. Teraz ma już oba takie same, polskie. Z tym bankiem to też jest niezła heca. Co pracownik, to inne podejście:

1. Przy zakładaniu konta rok temu pan uparł się na adres egipski, jako adres podstawowy, bo M. ma kartę pobytu na rok, więc to nie jest jego stały adres, tylko czasowy. Co prawda to prawda.

2. Pani pół roku temu nie zgodziła się na zmianę adresu podstawowego na polski, bo polskiego adresu nie było na karcie pobytu. Ale jak państwo dostaniecie nową kartę z polskim adresem, to zmienimy.

3. Pani dzisiaj zgodziła się na zmianę adresu podstawowego na polski, bo jest karta pobytu na 3 lata, nadal bez adresu. Za to adres pokazaliśmy na zaświadczeniu z urzędu dzielnicy, z którego wyszliśmy chwilę wcześniej. Pobyt nadal taki sam, czasowy. Nie stały. Nie szkodzi.

Ale liczy się efekt, więc to wszystko nieważne :). Znajomy Egipcjanin, od paru miesięcy w Polsce z roczną kartą, ma konto w tym samym banku i od razu dostał wpisany polski adres wszędzie. Wszystko zależy, na kogo się trafi oraz kto jak interpretuje sobie przepisy.

wtorek, 05 stycznia 2016

Nie chciałam się chwalić, dopóki nie dostaniemy jej do ręki ;). Dziś odebraliśmy drugą kartę pobytu. Urząd przeniósł się do budynku przy Marszałkowskiej 3/5, z zewnątrz wygląda bardzo niewyraźnie, ale wewnątrz jest sporo miejsca i trochę więcej nowoczesności. Odbiór kart pobytu odbywa się zgodnie z ustaloną listą godzinową, nie ma przepychanek, nie ma wystawania przy klamce itd. O czasie, a nawet trochę przed, weszliśmy do przeszklonego pokoju, M. pokazał paszport i dał pani dowód przelewu za kartę (50 zł). Jeszcze parę podpisów, kolejne odciski palców, i karta była jego.

I teraz punkt programu: pierwsze, co musimy zrobić, to JĄ WYMIENIĆ! Znajomy Egipcjanin pękał ze śmiechu, jak się dowiedział. Otóż, na karcie nie podano adresu zameldowania M. To fakt, meldunek miał do 1 października, czyli tak, jak kończyła mu się pierwsza karta. Po 1 października nie mogliśmy go zameldować na ciąg dalszy, bo nie miał jeszcze nowej karty. A jeśli się nie zameldujesz, nie dostaniesz adresu na nowej karcie. Ot, taka luka w przepisach, ale czy to na pewno luka?

Myślę, że nasz bardzo duży błąd polegał na tym, że nie poszliśmy do naszego urzędu dzielnicy po 1 października z jego paszportem w ręku. W paszporcie miał wbity czerwony stempel, że w połowie sierpnia złożył wniosek o przedłużenie pobytu. Co do zasady, taki stempel legalizuje pobyt cudzoziemca w Polsce aż do momentu, gdy dostanie decyzję o zgodzie na pobyt czasowy (lub braku zgody). I tak sobie myślę, że trzeba było próbować zameldować go na jakiś (jaki? nie wie nikt) pobyt czasowy na podstawie tego stempla. Nie spróbowaliśmy. Rok temu nie chcieli zameldować z tym stemplem, pani uznała wtedy, że nie zamelduje M., dopóki ten nie dostanie karty pobytu. Ale to była inna dzielnica, a wiemy już, że dużo zależy od urzędnika. Czy lubi pomagać ludziom... Czy zjadł dobre śniadanie... Czy karpiówka nie będzie niższa, niż rok temu... Itd. :) Nie wyśmiewam się, sama raz miałam karpiówkę i kocham ten fundusz socjalny. Ale urzędnicy np. w Zakopanem przy innej okazji nie chcieli nam pomóc, bo nie i już, więc wiecie.

A więc na pierwszej karcie też nie miał podanego adresu; nic z tym nie robiliśmy, bo było wiadomo, że to karta tylko na rok i nie ma co jej wymieniać, skoro za moment będzie się ubiegał o następną. (A tak naprawdę to jego obowiązkiem było natychmiast iść wymieniać, bo jak Ci się zmieniają jakiekolwiek dane na karcie, musisz poinformować o tym urząd w ciągu 14 dni. Koleżka nie poinformował i będzie się smażył w piekle. Było, minęło ;)).

Teraz, ponieważ ma kartę na trzy lata, w pierwszej kolejności idziemy do urzędu dzielnicy, meldujemy go, bierzemy zaświadczenie o tym meldunku i aplikujemy o wymianę karty. Kolejny wniosek, kolejne dwa zdjęcia, opłata, stanie w kolejce.

Pozytywną cechą nowej karty, poza jej długoterminowością :), jest wpisany numer PESEL (na pierwszej go nie było, bo wtedy jeszcze go nie miał) oraz informacja "Dostęp do rynku pracy". Mąż to sobie może ;).

Jeszcze parę słów, wracając do tego niepoprawnego mieszania kultur. Czytałam gdzieś, że dziw bierze, że Polacy oburzają się najbardziej na atak na wegetarian i cyklistów, rasistowski podjazd dyskretnie przemilczając. Przyzwyczaili się? Nie sądzę. Chyba to jednak polega na czymś takim: jak można się czepiać wegetarian i cyklistów?!!! A co do mieszania ras... No masz pan trochę racji, co złego to nie ja, ale polemizował nie będę.

Ale będę teraz miała więcej wiary w ludzi. W końcu właśnie dostaliśmy kolejną kartę, udowadniając światu, że nie każdy Arab to terrorysta i przestępca. Z tego (tzn. z karty :)) się ogromnie cieszę i naszą radość pozostawiam jak zwykle w offlajnie.

Mędrcy świata, Monarchowie! Hej! :)

Miałam przez chwilę pomysł, by założyć stronę tego bloga na Facebooku. Sama obserwuję dwa czy trzy profile Polek będących w związkach z Arabami, ale wszystkie mieszkają w krajach arabskich no i są żonami. Nie znalazłam jak dotąd bloga lub strony na Facebooku dziewczyny-narzeczonej Araba oraz żadnej pary mieszkającej w Polsce. Czy znacie takie blogi albo same je prowadzicie? Chcielibyśmy poznać więcej osób w podobnej sytuacji życiowej. M. zna kilku Arabów, głównie Egipcjan, mieszkających w Warszawie, a co ciekawe - poznał ich w urzędzie ds. cudzoziemców, w pracy oraz jednego za pośrednictwem tegoż bloga :)

Piszę tego bloga dla siebie, ale też dla kobiet, które są w związkach z cudzoziemcami lub interesują się dialogiem kultur. Chociaż "mieszanie się" kultur chyba nie jest aktualnie poprawne politycznie... ;) Pomyślałam, że założenie strony bloga na Facebooku pomogłoby dotrzeć do większej liczby osób, a my poznalibyśmy nowych ludzi. Można by otworzyć grupę dyskusyjną dostępną tylko dla zainteresowanych. Ale zrezygnowałam :(

Blogi opisujące życie mieszanych związków są albo nieaktualne od kilku lat, albo służą jako pole walki między rasistami, ksenofobami i internautami siejącymi hejt, a, ogólnie mówiąc, osobami zainteresowanymi tematem. Wieczna walka o to, kto ma rację, kto jest głupi i naiwny, kto jest polskim zakapiorem a kto tępą panienką ze wsi itp. Takie anonimowe dyskusje można prowadzić w nieskończoność. Podejrzewam - nie, akurat nie podejrzewam, tylko wiem - że co najmniej połowa z tych czytelników opiera swoje opinie na jakichś zasłyszanych historiach lub książkach sprzed lat i nie zna osobiście żadnego Araba ani muzułmanina. Bo gdyby wszyscy tak dobrze znali Arabów z własnego doświadczenia, to byśmy tu mieli więcej znajomych i byłoby ich w ogóle więcej w Polsce. Szkoda, że tak się dzieje w internecie. Blogi, które opisują zmiksowane życie, są jakimś źródłem wiedzy, ale hejterów nic nie przekona. Tylko, no właśnie... Gdzie te blogi? Eh...

W każdym razie, nie chciałabym, aby mój blog stał się miejscem takich rozmów. Z jednej strony fajnie byłoby mieć więcej czytelników, więcej maili :) i więcej znajomych, z drugiej jednak nie chcę stracić drogocennego spokoju, który tu panuje. Bo coś w tym jednak jest - blog ma prawie dwa lata i jak dotąd nie doszło na nim do żadnych cienkich akcji, które opanowują internet :)

Co o tym sądzicie? Warto podjąć ryzyko i otworzyć taką stronę? Czy dać sobie spokój i kto chce, ten znajdzie? Dodam, że nie zarabiam na blogu żadnych pieniędzy. Poznanie Was jest za to bezcenne.