Polka w związku z Egipcjaninem.
Lama la - dlaczego nie?
Codzienność, problemy, dobre rady.
I garść dowodów, że warto.
lamala@interia.eu
czwartek, 22 lutego 2018

Wpuścili go z powrotem ;). Po dwóch tygodniach pobytu w rodzinnym mieście w Egipcie M. zgodnie z planem wrócił do Polski. Mieliśmy oboje sporo obaw związanych z jego wyjazdem, ale w sumie to nic z tego się nie potwierdziło. Były to obawy napędzane opowieściami innych Egipcjan, którzy zaliczyli już wizytę w kraju. Tymczasem M. stwierdza, że bierze go jakieś przeziębienie. Mówiłam! Tutaj akurat MÓWIŁAM! :)

Zacznę od spraw formalnych. Nie było żadnego problemu z przekraczaniem granic, w jedną i drugą stronę. Znajomi i nieznajomi opowiadali, jak to trzepią na egipskich lotniskach, cofają, czepiają się pieczątek, każą otwierać bagaż itp. Na całe szczęście nic z tych rzeczy nie spotkało M., mówię - szczęście, bo najwięcej zależy od tego, na kogo na lotnisku się trafi. Wszystkie rezerwacje były ok, nikt nie zadawał zbędnych pytań, przystemplowali tam gdzie trzeba. Jedynie pan na lotnisku we Włoszech, gdzie M. miał przesiadkę w drodze powrotnej, zapytał, jakie jest jego imię, bo rezerwacja wygląda inaczej niż paszport. Wiadomo, że wygląda inaczej, my też mamy rezerwację bardziej na Kowalski Jan, niż odwrotnie :). Nawet w Kairze przymknęli oko na 1,5 kg nadbagażu. Oj tak, mąż przywiózł PREZENTY :).

Tutaj przechodzimy do kwestii rodzinnych i towarzyskich. To była nasza kolejna obawa, na jaką bombę (o ironio) M. w domu trafi. Wiadomo powszechnie, jak to Arabowie wyobrażają sobie życie w Europie. I znowu, na szczęście rodzinka i znajomi powstrzymali się od komentarzy i przesłuchań. O ile M. nikogo za bardzo nie wybiela :) to wszyscy chyba rzeczywiście po prostu cieszyli się, że widzą go całego i zdrowego. Znowu inaczej, niż nam opowiadano! Dobry wujek przywiózł wór prezentów, może to też trochę zadziałało. Rodzina przyznała się do ukrywania kilku faktów na temat zdrowia poszczególnych osób. Nie niepokoili go, żeby się z dalekiej Polski nie martwił. Tylko potem przyjeżdżasz po latach i widzisz, że niektórzy wyglądają kompletnie inaczej, niż ostatnim razem.

Wbrew naszym oczekiwaniom nie pojawiły się też pytania pt. "a kiedy Wy". Myślałam, że M. otrzyma co najmniej lincz za brak dwójki dzieci na tym etapie. I tutaj na szczęście rodzinka darowała sobie te uwagi, chociaż ja i tak podskórnie uważam, że na pewno kipią z ciekawości i lekkiego zdumienia, dlaczegóż to M. nie doczekał się jeszcze potomka. Jak na tradycyjne społeczeństwo, w którym jedynym celem życia kobiety jest się ustawić i urodzić, to duże pozytywne zaskoczenie, że dali mu spokój. To w naszej superświetnej nowoczesnej Polsce ludzie wbijają szpilki przy prawie każdej okazji, że gdzie to dziecię, gdzie ta ciąża, a czemu dziś nie pijesz???

Następny raz pojedziemy razem, tylko nie planujemy na razie, kiedy to będzie. W rodzinie po angielsku duka tylko kilkoro dzieci, także zastanawiam się, jak będzie przebiegała nasza komunikacja :). Będzie mi chyba sprzyjał mój wiek. Po trzydziestce w Egipcie to już są stare dziady i wielcy państwo. No i mam też immunitet żony. A potem zobaczymy, czy cokolwiek z tych opowieści jest prawdą.

poniedziałek, 12 lutego 2018

Pierwsze, ogólne sygnały z Egiptu. Przede wszystkim, da się rozmawiać głosowo przez Messengera. Połączenie tnie się trochę mniej niż przed laty, na jedną dłuższą rozmowę dziennie starczy :). Nie ma problemów z prądem, jest za to problem z wszechobecnym piaskiem. Do niedzieli było ponad trzydzieści stopni, ale Egipcjanie twardo nosili kurtki, luty w końcu.

Ceny podobno naprawdę są wyższe, niż kiedyś. Jakiś przykładowy batonik kosztował kiedyś 50 groszy, teraz kosztuje 2-3 złote. A pensje te same, oczywiście. Oglądam zdjęcia pysznego jedzenia, które M. je to tu, to tam. Ma full service, co było do przewidzenia. Mówię mu, żeby doceniał to lenistwo, bo w domu tak lekko to nie będzie :).

Nie zmienił się styl i wystrój domów rodzinki. Jak widać, przez te lata Ikea nadal do nich nie dotarła :). Nie wiem, czy rodziny Waszych partnerów też tak mają, ale u mojego wszystkiego jest pełno - dywany, kapy, kotary, poduchy, wielkie fotele, ciężkie meble, dekoracje. O gustach się nie dyskutuje, ja patrzę na to jak na folklor i tak się tylko zastanawiam, czy M. nie sądzi, że u nas w domu to bida jakaś?

Minęła już połowa jego pobytu. Śmiesznie, że jak się jedzie na dwutygodniowy urlop, to czas leci jak szalony. A jak się na kogoś czeka przez ten sam czas, to trwa to zdecydowanie dłużej. Zatem, żeby się za bardzo nie nudzić, korzystam z uroków mieszkania bez-męża. Zajęcia sportowe bez spinki, że muszę szybko lecieć do domu, zdrowa dieta jednoosobowa, porządek w kuchni, zmywarka tylko raz w tygodniu, płyty z romantyczną "nudziarską" muzyką, marnowanie czasu na tablecie bez wyrzutów sumienia, a nawet lampka wina o jedenastej rano w sobotę. Najlepsze opowieści pewnie będą dopiero wtedy, gdy wróci i powie, co tam się tak naprawdę działo :).

wtorek, 06 lutego 2018

Zapowiadana przeze mnie wcześniej rzecz w końcu się stała - M. wyjechał na dwa tygodnie do Egiptu. Jest to sytuacja trochę nowa zarówno dla mnie, jak i dla niego. Dla mnie, bo po raz pierwszy od jego przyjazdu do Polski spędzimy osobno więcej niż tydzień :) a ja po raz pierwszy w życiu w ogóle będę mieszkać sama przez "taki" czas. Dla niego, bo to jego pierwszy wyjazd do kraju odkąd przeprowadził się do Polski. Pytanie brzmi, czy będzie tam jak jakaś gwiazda, co to nie wiadomo co, bo z Europy. A może będzie normalnie?

M. chciał lądować w Kairze, więc kupił sobie bilety z przesiadką. Wyszło taniej, niż charter, więc miał chyba jakieś wielkie szczęście. Podróż zajęła mu w sumie cały dzień i noc. Zimowy wylot miał swoją zaletę pod tytułem niska cena biletów. I w gratisie dwa tygodnie polskiej zimy z głowy. Na lotniskach nie było żadnego problemu z odprawą i kontrolą. Oby tak było też w drodze powrotnej, chociaż wiadomo, jak to jest. Jak Arab chce wyjechać z Europy, to z pocałowaniem w rękę, niech leci. Leki stresik był związany z Kairem, który szuka okazji do zbijania kasy na każdym kroku. Na szczęście nie mieli na czym zbić i nie robili zbyt wiele szumu wokół rodaka przyjeżdżającego z kraju, gdzie złoto i euro leżą na ulicy. Zapewne gorzej będzie w drodze powrotnej, ech i to na każdym kroku. Taki los ekonomicznego emigranta! Trzeba było się żenić z egipską dziewicą :).

Czekam na wieści, co słychać u rodziny, jak wygląda jego miasto po tych kilku latach, jakie są ceny i o co tak naprawdę chodzi w tym kryzysie ekonomicznym Egiptu. Mi tymczasem w domu jakoś dziwnie, pusto, za cicho. Zabieram się za prezenty walentynkowe, tyle dobrego, że nikt mi w nich nie będzie przeszkadzał :).