Polka w związku z Egipcjaninem.
Lama la - dlaczego nie?
Codzienność, problemy, dobre rady.
I garść dowodów, że warto.
lamala@interia.eu
środa, 23 listopada 2016

Zastanawiam się czasem, czy pewna cecha, którą posiada mój M., i która wydaje się niejednokrotnie dominować całą jego osobowość, to jakaś cecha narodowa Egipcjan, czy tylko jego? Mam na myśli jego optymizm, który rządzi chyba wszystkimi sferami jego życia.

Cokolwiek się dzieje, zawsze don't worry, it will be ok. Niezależnie czy wali się i pali, M. zawsze powie, że wszystko będzie dobrze i rozwiążemy tę sytuację. Nawet gdy przeczy to wszelkim moim zasadom logiki. W naszym związku to ja jestem osobą podcinającą skrzydła, przyznaję się, a stąd pewnie niebezpiecznie blisko do zrzędzenia. Nie mam zbyt dużo wiary w siebie, nigdy nie miałam. I niestety w innych też często nie wierzę, jeśli widzę, co robią i jak idzie im realizowanie ich planów. M. by pewnie chciał, żebym zawsze wierzyła, że wszystko się ułoży. A ja na to mam zawsze jedną, tę samą, nieśmiertelną odpowiedź: no to konkret proszę!!!

Wszystko będzie dobrze, ale na przykład planu za bardzo nie ma. Chcemy pojechać na cudowne wakacje - don't worry, we will go. A gdzie, kiedy, za co? Będzie dobrze, pojedziemy. No jakoś jak dotąd żeśmy nie pojechali, z tą całą jego optymistyczną filozofią. W przypadku liczenia pieniędzy sprawa jest naprawdę prosta, masz albo nie masz, odłożysz albo nie. Nie trzeba sięgać za bardzo do wiary w dobry los, wystarczy policzyć kasę.

Tak sobie myślę, że pod względem patrzenia w przyszłość jesteśmy kompletnie, ale to kompletnie różni. On jest totalnym optymistą, ja jestem totalną realistką z chorym skrętem w kierunku pesymizmu. Każde z nas ma na to swoje argumenty. Ja mu mogę powiedzieć, że jest nieodpowiedzialnym lekkoduchem, który do niczego jak widać nie podchodzi poważnie, ale byłoby to przecież wielkim kłamstwem. On może powiedzieć do mnie na to, że jestem zjedzoną przez strach asekurantką, która w życiu nie podejmie żadnego ryzyka, nie wierzy w siebie ani w ogóle w nikogo i która wszystko widzi w czarnych barwach. To też byłoby niesprawiedliwe! A na koniec jeszcze każde z nas mogłoby obrzucić to drugie stwierdzeniem, że wygodnie to tak żyć. Nic nie planując! Nic nie ryzykując!

Ktoś, kto postawił wszystko na jedną kartę, rzucił swój kraj i wygrał, nie jest lekkoduchem. I ktoś, kto poślubił człowieka z innej planety, nie jest asekurantem.

Mimo tych fundamentalnych w naszej historii wydarzeń i decyzji, w życiu codziennym często ścieramy się o te różne podejścia do przyszłości i planowania. Czytałam gdzieś, że muzułmanin nie może być pesymistą, bo oznaczałoby to, że nie wierzy w siłę Boga. Od razu mam ochotę powiedzieć, że to idealna podkładka do siedzenia pod gruszą i zbijania bąków. Po co cokolwiek robić? Będzie jak Bóg chce! Ale z nas dwojga to on dokonał niemożliwego, a potem jeszcze spełnił swoje marzenie i otworzył lokal. Wszystko to mi się trochę kłóci ze sobą i czasem już naprawdę nie wiem, co mam myśleć o tej całej filozofii życiowej mojego arabskiego męża.

Daję mu teraz pewną furtkę i jak mu się uda, to się od tego jego optymizmu odczepię. Mówię mu tylko, ok, w takim razie umowa stoi. Zawierzam jego optymizmowi, a potem powiem: sprawdzam.

środa, 09 listopada 2016

Osoby prowadzące własną firmę i pracujące z wieloma różnymi kontrahentami wiedzą, jak to czasem jest właśnie. Pracować z ludźmi. Czekać, aż oni sami zaczną pracować. Aż Cię coś czasem trafia, ale nie masz wyjścia. W zasadzie to nie tylko przedsiębiorcy borykają się z tym problemem, to samo mamy przecież chociażby w najprostszej pracy biurowej. Po prostu niby wszyscy są w pracy, a czasem jakby co najwyżej połowa :)

To tak pół żartem, pół serio. Natomiast zupełnie na serio wydaje mi się, że niektórzy nie podchodzą poważnie do swojej pracy, bo trafili na M., który jest Arabem, a Arabem przecież nie trzeba się przejmować. Facet ma wycenić system alarmowy, rzekomo drogą smsową, i ani widu ani słychu. Kierowca, który nawet jeszcze oficjalnie nie rozpoczął współpracy, ma problem z samochodem i cały dzień czeka na pomoc drogową, a M. z towarem to jakby nie jego problem. Panowie z tablicą reklamową mają być o trzeciej, przyjeżdżają o ósmej. W ogóle, średnio godzinne spóźnienie na spotkanie jest najwyraźniej jakąś nową normą. Przedstawiciele handlowi dwóch różnych firm oddzwaniają i rozłączają się bez słowa, słysząc język angielski. Inna pani handlowiec przesyła maila, w którym prosi o "kontakt z osobą, z którą będzie mogła porozumieć się po Polsku". Firma o światowej renomie przez trzy tygodnie nie jest w stanie zabrać lodówki, którą przywiozła zepsutą i bez zapowiedzi. Co się dzieje z tymi ludźmi?

Cóż, uczymy się i nabieramy doświadczenia. Zaczynam rozumieć, dlaczego właściciele firm albo menedżerowie są czasem tacy oschli, a jeśli to kobieta, to zachowuje się jak zimna suka :) Po prostu rzeczywistość wymaga, aby być twardym i twardo grać z ludźmi. Trzeba nabrać asertywności. Niezależnie od tego, że M. dzisiaj powinien już rozmawiać po polsku i to tylko i wyłącznie jego wina, że tego nie robi (ok, moja trochę też), to osoby pracujące w sprzedaży, niemówiące po angielsku i nadal biorące pieniądze, to jakiś ponury żart :).

Ale ja mam podejrzliwą naturę i czasem wydaje mi się, że połowa tych niesolidnych osób starałaby się bardziej, gdyby M. był Polakiem. Faktury i zasady te same, firma prowadzona w Polsce, a jednak jakby gorszej kategorii. Nie dla wszystkich oczywiście, bo poznaliśmy też paru fajnych ludzi, którzy do wszystkiego podchodzą poważnie i odpowiedzialnie. I z nimi się najlepiej pracuje. Ale poza nimi mam wrażenie, że klient-Arab to gorszy klient, którego można zlekceważyć, bo i tak nic nam nie zrobi.

Poza tym prowadzenie firmy ma całą masę plusów i mimo że to ciężka praca, polecam ją zdecydowanym osobom :). Do tego jednak trzeba mieć predyspozycje, upór, jakieś wewnętrzne przekonanie o słuszności założonego celu. Trzeba być proaktywnym, a nie wykonawczym. To drugie to ja i czasem trochę się przydaję, gdy trzeba pozałatwiać papierki. Tymczasem nadchodzi piątek... wolny dzień!!!