Polka w związku z Egipcjaninem.
Lama la - dlaczego nie?
Codzienność, problemy, dobre rady.
I garść dowodów, że warto.
lamala@interia.eu
niedziela, 30 marca 2014

Egipcjanie robią sporo rzeczy inaczej, niż my. Nie ma w tym nic złego, ale do pewnych spraw trzeba się przyzwyczaić. Oni wprawdzie robią się trochę bardziej europejscy, gdy się ich o to poprosi, i jest to zmiana trwała, ale za pierwszym razem można być trochę zaskoczonym. Dlatego nie zdziw się, gdy zobaczysz coś nowego i niewidzianego w Polsce. Dla nich to normalka. Na przykład:

Egipski (nie wiem, czy arabski) gest oznaczający "chodź tu, podejdź tu" wygląda tak, jakbyśmy pokazywali kierowcy, że nie zapalił świateł. Takie trochę mruganie dłonią, wszystkimi palcami. Uderzasz kciukiem w pozostałe palce, gdzieś tak pomiędzy środkowym a serdecznym. Pierwszy raz to zobaczyłam w salonie Vodafone, gdzie M. chciał sobie kupić nowy telefon, a ja się nudziłam i robiłam coś na drugim końcu sklepu. Nagle zobaczyłam, jak wykonuje do mnie ten właśnie gest, jakbym świateł nie zapaliła. Uwaga - jak dotąd nie udało mi się nauczyć go naszego gestu nakazującego podejście. Trudno.

Druga sprawa. Lezie ulicą, jak obok ma chodnik. Wkurza mnie to niemożebnie, mówię mu, że chodniki są po to, żeby po nich chodzić. Ale nie w Egipcie! Tam jest wszystko jedno, którędy idziesz, byleby Cię nie przejechali. W Sharmie nie ma przejść dla pieszych, więc tak czy tak musisz w końcu wejść na ulicę pod koła samochodów, ale jednak wzdłuż ulic ciągną się często rozwalone i oczywiście pełne śmieci chodniki. Chodzą nimi tylko turyści i my, gdy zaciągnę tam M. On często sam schodzi z chodnika na ulicę, gdy widzi przed sobą zaparkowany samochód. Wtedy ja idę jak człowiek, omijam samochód i czekam, aż ten się z powrotem wdrapie na chodnik. Ostrzegam, że w Polsce za łażenie po ulicy są mandaty, ale czy zapamięta? A jego biznes.

Teraz trochę bardziej po domowemu: woli jeść rękami, niż sztućcami. Spotkało się to z moją konsternacją, gdy zobaczyłam, jak zabiera się za jedzenie upieczonej na ulicy ryby, którą wzięliśmy na wynos. Fakt, że tego rodzaju dań, zresztą pysznych, nie da się za bardzo jeść nożem i widelcem, znacznie łatwiej jest użyć rąk. To nie te nasze rybki, gdzie ości pięknie odchodzą wraz z kręgosłupem i można bez trudu oddzielić mięso od skóry. Tutaj rybę podają zwyczajnie sfajczoną na węgiel, więc żaden nóż i widelec ci nie pomoże. Ale i tak mnie to zdziwiło, więc zapytałam M., czy umie używać noża i widelca (tak, jakbym wcześniej nie widziała :)). Stwierdził na to, że w domu jest na luzie i lubi jeść rękoma, bo tak jest swobodniej. Ok. Na to spytałam, czy w restauracji też będzie tak jadł tylko rękoma (znowu tak, jakbym wcześniej nie widziała :)). Na szczęście się specjalnie nie przejął, ale jednak następną rybę zjadł grzecznie przy użyciu sztućców. I nieźle się przy tym namęczył, podczas gdy ja z przyjemnością używałam do tego rąk :).

Skoro już jesteśmy przy jedzeniu, następne śmieszne zjawisko - oni lubią jeść wszystko naraz, zupę, rybę, pieczywo, ryż, frytki i sałatkę. Nie ma podziału na pierwsze i drugie danie. Raz zupka, raz mięso i tak na zmianę. Ja to tak przywykłam, że najpierw zupa, potem drugie... Albo na odwrót... I zresztą robię tak dalej po swojemu, bo jakoś nie mogę się przekonać do popijania kurczaka zupą rybną. M. już też to ode mnie przejął, ale pamiętam początki, które były dość zabawne. Tak samo dla Egipcjan nie ma problemu, by podczas jednego śniadania jeść egipski omlet z jajek i pieczywo maczane w specjalnej mokrej chałwie. Ale herbata to już musi być po śniadaniu, no bo jakże to tak do śniadania. Tylko mi robi.

No i... No właśnie. Kurczak to nie mięso. Kurczak to ptak. You know that, baby. Serio? Odmówiłam zjedzenia gołębia, którego znalazłam w jednej fantastycznej zapiekance w Old Markecie. Miało nie być mięsa!, wkurzałam się, a on na to, że przecież to nie mięso, tylko ptak. No to jedz sobie gołębie sam, ja nie będę takim kanibalem. Parę batalii o to stoczyliśmy, gdzie się zaczyna a gdzie kończy mięso w żywieniu człowieka, ale chyba stanęło na moim. To i tak mało istotne, bo on nie je wieprzowiny (ponoć nie lubi, w co rzecz jasna nie wierzę), ja nie jem wołowiny, więc się tak bujamy z rybami i czasem kurczakiem od wielkiego dzwonu.

To wszystko jest dość dziwaczne i zabawne, ale wiem na pewno, że żadnej z tych rzeczy nie chciałabym w nim zmieniać! :)

sobota, 29 marca 2014

O to, tooo jest temat rzeka. Boimy się chorób, wojen i biedy. Boimy się, że nasz samolot spadnie, albo jakiś idiota wjedzie w nas na autostradzie. Boimy się, że szef walnie wypowiedzenie, że oblejemy warunek, a mąż odejdzie do innej. Że dziecko wpadnie w narkotyki, stracimy wzrok, będziemy mieć w domu pożar, ktoś na nas napadnie, lub okradną nas w metrze. Boimy się czegoś bezustannie, ale mówimy o tym najchętniej wtedy, gdy mamy ku temu jakąś soczystą okazję.

W kontekście naszego związku kilkoro znajomych się boi. Ich obawy można by podsumować następująco. Boją się tego, że:

1. M. okaże się tyranem, który będzie chciał rządzić swoją partnerką, czyli podejmować za mnie wszystkie decyzje, zmuszać do różnych rzeczy i zabraniać. No i będzie na różne sposoby agresywny.

2. M. okaże się religijnym fanatykiem, który nakaże mi zmienić religię i robić różne rzeczy związane z islamem. I będzie postępować zgodnie z szeroko rozumianymi nakazami tej religii.

3. M. porwie mi dzieci i zabierze do Egiptu, a ja ich nigdy więcej nie zobaczę lub nie odzyskam.

4. M. nie będzie pracować, tylko do końca życia będzie na moim utrzymaniu. Po rozwodzie to ja będę płacić alimenty jemu.

5. M. w ogóle nie pozwoli mi na rozwód, jak przyjdzie co do czego.

6. M. sprowadzi do Polski swoją rodzinę i zamelduje ją w moim domu bez mojej zgody [ :)))))) ].

7. M. wyprowadzi z domu wszystkie moje pieniądze, przejmie dom i wszystko, co mam. A w spadku po nim nic nie dostanę, bo zgodnie z prawem polskim wszystko dostaną jego bracia [ :)))))) ].

8. M. będzie pod bezustannym negatywnym wpływem swej tradycyjnej rodziny, która zniszczy moje życie prywatne.

9. M. nie pozwoli mi wrócić do Polski, jeśli będziemy na wakacjach w Egipcie (i dzieciom, ale to oczywiste).

10. M. nie nauczy się mówić po polsku, tylko ja będę musiała mówić po arabsku, co mnie intelektualnie i kulturowo wyniszczy.

11. M. będzie miał cztery żony, bo wszyscy muzułmanie o tym marzą, a polskie prawo to dopuszcza.

To be continued :).

Obracam wszystko w mojej głowie od ponad sześciu miesięcy. Czy, zdaniem Polaków (bo o nich dzisiejsza notka), doprawdy nie miałam jeszcze okazji pomyśleć o tym wszystkim? Zresztą o tym i o całej masie innych spraw, o których myślą osoby bardziej w temacie? Pomyślałam już o wszystkim i wcale nie czuję się z tym dobrze.

Ja też się boję, ale moje obawy są serio serio. Jak tu rozmawiać?

czwartek, 27 marca 2014

"Wasz związek będzie strasznie trudny z powodu różnic kulturowych".

"Macie wielkie różnice kulturowe".

"Nie boisz się różnic kulturowych?".

"On jest z zupełnie innej kultury, niż ty".

I tak dalej.

Zastanawiając się, w jaki sposób w zasadzie można mieć różnice kulturowe, postanowiłam przypomnieć sobie co nieco z sześćdziesięciogodzinnego przedmiotu pt. Antropologia kulturowa, który swojego czasu zaliczyłam na pięć (a kolos na zaliczenie ćwiczeń na celujący z wykrzyknikiem :D). Zanim zaczniemy mówić o różnicach kulturowych, sprawdźmy, co to w ogóle jest kultura?

Według największego polskiego antropologa Bronisława Malinowskiego (właśnie o nim pisałam wtedy na kolokwium), na kulturę składają się:

- narzędzia i dobra konsumpcyjne
- zasady funkcjonowania różnych grup społecznych
- ludzkie idee i umiejętności
- wierzenia
- obyczaje.

Według drugiego naczelnego antropologa Stefana Czarnowskiego, kultura to, najogólniej mówiąc, zbiorowe dobro i dorobek, a raczej całokształt obiektywnych elementów dorobku społecznego.

I jeszcze Ruth Benedict, według której (to było w drugiej grupie) kultura to złożona całość nawyków człowieka jako członka społeczeństwa.

Meszi.

A zatem, moi rozmówcy obawiający się wielkich różnic kulturowych między mną a M. mają na myśli prawdopodobnie, że będziemy się z moim partnerem różnić zasadami, umiejętnościami, zwyczajami i nawykami, a także dorobkiem naszych narodów. Spoko z różnicą obyczajów czy nawyków, bo jeśli chodzi o dorobek kulturowy, to trochę nędznie wypadam.

Dla mnie te tak zwane "różnice kulturowe" to coś jeszcze trochę innego, niż uczeni podpowiadają. Różnimy się między sobą na wielu polach, aż czasem się śmiejemy, gdy M. mówi, żebym nie robiła różnic między nami, a ja mu na to - chyba chciałeś powiedzieć WIĘCEJ różnic między nami :).

To co przychodzi do głowy jako pierwsze:

1. Język. Niewątpliwie jeden z podstawowych składników kultury narodowej. Każde z nas mówi po swojemu, a komunikujemy się po angielsku. Uczymy się wzajemnie swoich języków, ale sądzę, że to i tak nigdy nie będzie to samo. Trzeba to po prostu zaakceptować (z początku nie wierzyłam, ale da się).

2. Wyznanie. Czy to składnik kultury? Dla mnie trochę tak, a bardziej dla niego, bo muzułmanie są generalnie bardziej wierzący, niż my. Przynajmniej na mój europejski ogląd, bo w moim otoczeniu ze świecą szukać prawdziwie wierzących Polaków. Zwróćcie uwagę, że uważam, że bycie wierzącym i religijnym to dwie różne sprawy, nie zawsze idące z sobą w parze.

3. Rodzina. Tam podobno rządząca komórka społeczna, u nas coś, co większość ludzi ma, ale 30% małżeństw się sypie. Cóż, rodzina M. nie jest zbyt zintegrowana, każdy wiedzie własne życie, ale to taka specyfika regionu - ludzie przyjeżdżają do Sharmu i innych miast do pracy i siłą rzeczy uniezależniają się trochę od rodziny. Starają się o założenie własnej, z którą też stale żyją w rozłące.

4. Kobieta. Ale to materiał na inną notkę, można by chyba o tym licencjat napisać, a najchętniej zrobiliby to ci, którzy się na tym najmniej znają.

Jak pomyślę, co nas jeszcze różni, to okazuje się, że wcale nie jest łatwo nazwać to po imieniu... Ale jak dotąd raczej nie są to osławione "różnice kulturowe", tylko liczne "różnice między nami". Ale to niczego nie upraszcza :).

poniedziałek, 24 marca 2014

Egipcjanie, którzy chcą przyjechać do Polski, muszą otrzymać wizę w Ambasadzie RP w Kairze. Aby mogli ją dostać, a raczej ubiegać się o nią, muszą dostać zaproszenie wystawione przez kogoś w Polsce. Zaproszenie to formalny dokument, który jest rejestrowany przez Mazowiecki Urząd Wojewódzki w Warszawie, Wydział Spraw Cudzoziemców. Jak takie zaproszenie przygotować? Właśnie dziś to robiłam wspólnie z moją mamą i, póki co, wszystko poszło zgodnie z planem. Teraz powiem, co po kolei trzeba zrobić:

1. Wchodzisz na stronę Wydziału Spraw Cudzoziemców, gdzie znajdują się wszystkie informacje o tym, jak przygotować zaproszenie. Łopatologicznie i jasno opisane. Adres strony: http://bip.mazowieckie.pl/cmsws/page/?D;1144 

2. Czytasz listę dokumentów, które musisz przynieść do Urzędu, aby móc wystawić zaproszenie. Są to (przede wszystkim) wniosek o wpisanie zaproszenia do ewidencji zaproszeń, jakiś dokument potwierdzający, że masz odpowiednią sumę pieniędzy, aby móc utrzymać cudzoziemca, i dokument dotyczący Twojego domu/mieszkania, że masz prawo w nim mieszkać. O tym, co my dokładnie dałyśmy, później.

3. Ściągasz wniosek o wpisanie zaproszenia do ewidencji zaproszeń i wypełniasz go na komputerze, lub drukujesz i wypełniasz ręcznie. Tuż obok linka do wniosku masz link do wzoru, jak wniosek wypełnić. To całkowicie upraszcza sprawę, samo wypełnienie wniosku jest bardzo łatwe. Trzeba w nim podać głównie dane osoby zapraszającej, cel pobytu (hasłowo, np. odwiedziny, turystyka) i dane Egipcjanina. Przezornie miałam ze sobą ksero paszportu M. i jego dane adresowe, więc nie było żadnego problemu.

4. Robisz przelew w wysokości 27 zł za wystawienie wniosku o zaproszenie, dane do przelewu są na tej samej stronie internetowej, drukujesz potwierdzenie i bierzesz ze sobą.

5. Idziesz na ul. Długą 5, pobierasz numerek z literką E, idziesz na drugie piętro pod pokój 49 i czekasz, aż Cię wyświetlą. My czekałyśmy dziś niecałe 1,5 godziny, poniedziałki to chyba niezbyt trafny wybór na sprawy urzędowe.

6. Pani jest bardzo miła :), sprawdza wszystkie dokumenty, część Ci oddaje, bo się okazuje, że nie potrzeba. W naszym przypadku zaprasza moja mama, jako bardziej wiarygodna osoba. Wraz z wnioskiem pani wzięła od nas: dowód wpłaty 27 zł, oświadczenie właściciela domu, że zgadza się na pobyt cudzoziemca (czyli oświadczenie mojej mamy, zwykłe napisane przez nas, żaden formularz), ksero aktu notarialnego za dom, ksero dwóch dokumentów (sądowy i z urzędu skarbowego) potwierdzających, że dom należy do mamy, wyciąg z konta bankowego mamy, ksero aktu zgonu taty (to wyjaśnia, że niepotrzebna jest zgoda małżonka osoby zapraszającej). Uwaga - wszystkie te dokumenty przyniosłyśmy również w oryginałach, pani poświadczyła sobie za zgodność. Niepotrzebna była umowa o pracę mamy i decyzja o przyznaniu jej emerytury (tak, mama ma 61 latek :)).

7. Dostajesz małą karteczkę z datą odbioru zaproszenia. Nasze będzie za równo 3 tygodnie. Zaproszenie musi odebrać osobiście osoba zapraszająca, czyli moja mama.

Pani zapytała nas tylko, chyba z czystej uprzejmości, czy mama zna swojego przyszłego zięcia. Zna tyle samo co ja, więc nie ma co się martwić ;), ale w procedurze przyznawania wizy lepiej, żeby osoba zapraszająca znała naszego Egipcjanina. Będą go o to pytać w Ambasadzie. Pani doradziła też nam, by M. ubiegał się najpierw o wizę krajową, a nie Schengen. To już wiemy i tak właśnie zrobimy.

Co do zaproszenia - nie bać się, tylko działać! :)

niedziela, 23 marca 2014

Czyli dementujemy plotki o Egipcjanach i o nich w kontekście Polek. Na jednej notce z pewnością się nie skończy. A mówi się, że Polacy nie mają wyobraźni. Ja też tu nikogo nie usprawiedliwiam, tylko trochę sprowadzam na ziemię, cobyśmy się mogli zająć prawdziwymi problemami, a nie głupotami, błagam. Czekam na dalsze propozycje bzdur stworzonych w polskich umysłach.

1. Dziecko muzułmanina musi wyznawać islam.
Pokażcie mi przepis, który zmusi do tego rodziców. Chyba, że mówimy tu o tradycyjnym dziedziczeniu wyznania, jak np. w judaizmie, co wcale nie szkodzi przyjęciu innej religii lub ateizmowi. Rozmawiałam o tym z muzułmanami i chrześcijanami. Znam historię małżeństwa katolicko-muzułmańskiego, gdzie dzieci są katolickie. Widać da się. Poza tym nie każdy Egipcjanin marzy o tym, by jego dziecko wyznawało islam. Czasem wystarczy zapytać o to wprost, bo język służy do komunikacji. Każdy rodzic marzy przede wszystkim o tym, by jego dziecko miało szczęśliwe i bezpieczne życie, co niekoniecznie może czekać wyznawców islamu w Polsce. Pytanie tylko, czy każda parafia katolicka tak chętnie ochrzci dziecko z małżeństwa z muzułmaninem, bez ślubu kościelnego. Inna sprawa, że naturalne jest, że dziecko z mieszanego małżeństwa w naturalny sposób przejmuje trochę też tej drugiej religii, w czym, moim zdaniem, nie ma nic złego, wręcz odwrotnie. To jest bogactwo, nie problem.

2. Każdy muzułmanin będzie chciał, by jego żona zakrywała swoje ciało.
SRSLY? Koran nakazuje wprawdzie, by kobiety zachowywały swoje wdzięki dla najbliższego mężczyzny i rodziny (Sura 24, werset 31), ale nie dotyczy to chrześcijanek. I nie wszystkie muzułmanki się też do tego stosują (TAK, widziałam masę muzułmanek ubranych po europejsku i żyją). Zresztą Koran nie odnosi się do zakrywania włosów czy twarzy, tylko piersi, ale już mniejsza o to, nie spierajmy się z wielowiekową tradycją i wyrosłymi z niej zwyczajami. No i nie ma takiego prawa, które pozwoliłoby mężczyźnie decydować za żonę/partnerkę, jak ma się ubierać. W jaki sposób niby miałoby przebiegać to męskie nakazywanie zakrywania się? Facet na siłę założy Ci abaję? A potem Ty ją zdejmiesz, a on znów założy? M. trochę się dziwił moim obawom i wątpliwościom w tym zakresie, ale chyba zrozumiałe jest, że Europejczycy niespecjalnie się orientują. Takie sprawy warto dogadać na początku związku, żeby Ci facet za miesiąc nie powiedział, że ta sukienka trochę jednak za krótka jest, co spotkało moją koleżankę Ukrainkę w związku z jej facetem (co ją jedynie trochę irytowało, bo wiadomo, że niewiele ponad to znaczyło). Jak się potem okazało, koleś miał dwie dziewczyny naraz, ją i Angielkę. Ona jest obecnie szczęśliwą mężatką z innym Egipcjaninem i niech im droga usłana różami będzie.

3. Muzułmanie nigdy nie piją alkoholu.
Buahaha.

4. Muzułmanie zawsze czekają z rozpoczęciem współżycia seksualnego do ślubu.
Buahahahahaha.

5. Zakochane pary i narzeczeni w Egipcie spotykają się tylko w towarzystwie przyzwoitek.
Taak, ja też. Wiadomo, że każdy dorosły człowiek chce mieć na oku działalność swojego potomstwa. Bardzo realne w XXI wieku. Chociaż faktem jest, że zdarzają się przypadki aranżowanych małżeństw i ludzie widzą się pierwszy raz na ślubie. Jak sądzicie, jak wygląda poparcie społecznie dla takiego procederu? Tak! Oni też tego nie lubią!

6. Każdy muzułmanin modli się pięć razy dziennie, a już na pewno w piątek.
Czasem chciałabym zobaczyć to chociaż raz. Zdarza się, że widać modlących się gdzieś na ulicy pod sklepem lub koło staff house'u na terenie hotelu, ale tak to ni chuchu. Oni by jeszcze mieli znaleźć czas na bicie pokłonów w dwunastogodzinnym dniu pracy, w tygodniu bez dnia przerwy. A jak nam, bogobojnym w oczach Europy katolikom idzie chodzenie co niedziela na mszę? Tak, to jest ten moment, w którym powinno nam się zrobić głupio. Tak, właśnie teraz. Rację trzeba jednak przyznać - wielu muzułmanów modli się tylko w ich głowach i duszach, bez wizyty w meczecie i czoła na dywanie. Zdarza nam się to czasem? No, kiedy ostatni raz?

Gdyby blog był popularny, pewnie zaraz zacząłby się na mnie szturm z granatami w ręku :), ale na obronę chcę powiedzieć, że tutaj są moje opinie na podstawie moich obserwacji - i godzin, gooodzin rozmów z bardziej zainteresowanymi tematem, niż przeciętny ksenofobiczny Kowalski.

sobota, 22 marca 2014

Zależy, dokąd chcesz lecieć. Do ośrodków turystycznych jest najłatwiej, najszybciej i najtaniej. Biura podróży sprzedają bilety czarterowe w cenie od ok. 1200 do 1500 zł (takie ceny mi się trafiały, może szczęściarze znają lepsze). Zależy od terminu, wiadomo, że poza sezonem wakacyjnym jest taniej. Najlepiej lecieć na początku lub w połowie grudnia, kiedy nikt nie lata i masz pół samolotu dla siebie, tak między nami :).

Jedne biura mają przeloty czarterowe w swojej standardowej ofercie, inne sprzedają dopiero wtedy, gdy zostały wolne miejsca w samolocie, bo klienci nie chcieli rezerwować hotelu. W każdym przypadku idziesz do zaufanego biura podróży i pytasz o aktualne ceny przelotów czarterowych. Jeśli dobrą cenę oferuje biuro, które regularnie sprzedaje bilety, podpisujesz umowę, płacisz i lecisz. Czasem natomiast trzeba trochę poczekać na odpowiedź od biura, które czeka ze sprzedażą biletów aż się nie sprzedadzą oferty pobytowe z hotelem. Tak czy tak, cena biletu czarterowego jest nieporównywalnie lepsza od zwykłego lotu rejsowego. Może nie umiem szukać, ale ilekroć szukałam biletów do Sharmu na zwykłe linie (tanie czy nie tanie), różnica była mniej więcej taka:

lot rejsowy z jedną lub dwiema przesiadkami (nie ma bezpośrednich do Sharmu), czas ok. 22 godziny, cena 2500-2800 zł

czy

lot czarterowy bezpośredni do Sharmu, czas 4,5 godziny, cena 1200-1600 zł?

Czartery mają oczywiście kilka wad. Zauważyłam, że w sezonie letnim i zimowym od zeszłego roku wszystkie loty z Polski odbywają się jednego dnia w tygodniu, we wtorek. Czyli lecisz we wtorek i wracasz we wtorek. Nie każdemu to pasuje. Pamiętam, jak codziennie wchodziłam na stronę z rozkładem lotów i sprawdzałam, czy nie zmieniły się godziny wylotu, bo mogłam lecieć tylko wieczorem.

Druga, ważniejsza i przecząca logice (i chyba łamiąca wszelkie możliwe prawa ruchu lotniczego) kwestia to to, że lotem czarterowym możesz wrócić do Polski maksymalnie po 30 dniach pobytu. Ściślej mówiąc, najpóźniej trzydziestego dnia pobytu. Co to komu w Egipcie przeszkadza, jakim lotem wraca Polak do domu? Pasażer jest klientem biura podróży czarterującego lot, a nie lotniska w Sharmie. Ale tu jest Egipt, proszę Państwa, trochę równoległa rzeczywistość.

Mi udało się wrócić ostatnio właśnie trzydziestego dnia pobytu. Jeden z ostatnich kontrolerów na lotnisku chciał pokazać trochę władzy (i być może pokazać szefom, że jego stanowisko pracy nadal jest potrzebne) i bardzo przyglądał się mojej wizie. Nawet zawrócił do kontrolera paszportowego (jedynego trzymającego władzę, ale ten też by chciał), potem znowu na swoje krzesełko, aż w końcu wziął ode mnie długopis (sam nie miał) i poprawił szlaczek oznaczający datę mojego przylotu. Nic więcej się nie działo. To był prawdopodobnie zbieg dwóch kończących się tego samego dnia terminów - mojej kupionej na lotnisku wizy i ostatniego dnia na lot czarterem.

Jakimś pomysłem jest lot w jedną stronę czarterem, a powrót lotem rejsowym, co na pewno podnosi znacznie cenę, ale pozwala być trochę dłużej w Egipcie.

Złota rada :). Jeśli zdecydujesz się na wylot w listopadzie lub grudniu (co z naturalnie polskich względów polecam), poproś w miarę możliwości o miejsce w samolocie przy przejściu. Potem szybciutko, gdy załoga pokładowa skończy boarding, bierzesz swoje rzeczy i przenosisz się na jeden z licznych, zupełnie pustych rzędów, w których możesz beztrosko przespać najbliższe cztery godzinki :).

Podstawową trudnością w związku z cudzoziemcem jest to, że on zwykle przebywa w innym kraju, niż Ty. Jeśli przyjechał do Polski, tu się poznaliście i razem tu żyjecie, to spoko. Ale czasem, jak w moim przypadku, poznajecie się za granicą i dopiero potem pojawia się pytanie, gdzie mieszkać. Cóż, na początku każde zostaje u siebie, bo związek jest zbyt młody, by podejmować rzutujące na wszystko decyzje o przeprowadzce. Czasem nawet nie wiesz, czy to już związek, czy jeszcze znajomość, a może już romans? To przeszkoda numer jeden, bo oznacza to, że musicie być, przynajmniej przez jakiś czas, osobno. Z pewnością nie sprzyja to łatwej ocenie poziomu relacji, w której nagle wylądowałaś.

Najprościej, gdy masz tyle szczęścia, że możesz pojechać tam jeszcze raz. I to szybko, bo na wczesnym etapie znajomości (a jaki może być inny po dwóch tygodniach?) łatwo o rozmycie kontaktów i ryzyko, że ogólnie nic z tego nie będzie. Od mojego powrotu do Polski poleciałam do Egiptu łącznie jeszcze cztery razy. Kolejno na dwa, jeden, jeden i cztery tygodnie. Za każdym razem był to pobyt w Sharmie i tylko w Sharmie. Raz do hotelu, żeby lepiej rozeznać sytuację, potem już dwa razy na wakacje z nim, a na koniec pół na pół. Właśnie kilka dni temu wróciłam z tego ostatniego czterotygodniowego pobytu. Moja sytuacja zawodowa i finansowa pozwalała mi na te częste wyjazdy i za to dziękuję Bogu. Gdybym miała inną pracę, być może nic by z tego nie wyszło.

Pytasz, czemu on nie przyjedzie do Polski? Ależ proszę bardzo, niech przyjeżdża, droga wolna, tylko namów konsula, żeby dał mu wizę. Blisko 95 procent ich podań jest obecnie odrzucana. Ma to na pewno związek z sytuacją w Egipcie i Polacy nie chcą, by Egipcjanie czy inni Arabowie uciekli do naszego pięknego zimnego kraju. Ja kupuję sobie wizę egipską za 15 dolarów u nich przed kontrolą paszportową, oni muszą dostać taką samą wizę, jak my do Stanów. Na początku nie masz ani ochoty, ani czasu, żeby uruchamiać wszystkie procedury. Po prostu chcesz się z nim zobaczyć, więc sama wsiadasz w samolot. Bo tak jest prościej.

Swoją drogą, przyjazd M. do Polski będzie u nas następnym krokiem, ale o tym kiedy indziej.

Gdy jesteście razem, każdy dzień jest świętem. To ogromna zaleta tego związku. Ale to nie prawdziwe życie i my to doskonale wiemy. Za każdym razem wakacje się kończą i wracasz na naprawdę już znienawidzoną halę odlotów w Sharmie. Różnica jest tylko taka, że z każdym razem jest trochę lżej. Najgorszy moment to rozstanie przed odprawą, a potem jest już tylko lepiej, bo zaczynasz myśleć o następnym spotkaniu. Najgorsze za Tobą.

Co się dzieje pomiędzy nielicznymi spotkaniami w Egipcie? Większość Waszego związku opiera się właśnie na tych okresach w międzyczasie i na... technologiach Internetu. Możecie testować wszystkie dostępne w Play Store komunikatory i niektóre naprawdę działają. Mam je poinstalowane wszędzie - na telefonie, tablecie i komputerze. Staramy się raz dziennie porządnie rozmawiać przez mikrofon i słuchawki (błogosław dobre wi-fi, jeśli takie masz). Poza tym ciągle, dziesiątki razy dziennie, piszemy. Nie ma porównania między pisaniem i rozmawianiem, ale jeśli to jedyne, co masz? Pisanie wcale nie jest fajne. Szlag Cię trafia od jego błędów językowych, gdy je czytasz, albo od problemów z łącznością. Wszystko trwa za wolno, nie możesz powiedzieć wszystkiego, co chcesz, bo nie masz na to czasu, albo nie da się tego opisać na klawiaturze. A czasem, gdy w końcu usiądziecie podczas jego przerwy i rozmawiacie normalnie przez mikrofon, to za chwilę wzywają go z powrotem do pracy i tyle Waszych rozmów na dziś.

Od wzajemnego zaufania i jakości tego związku będzie zależało, czy relacja się utrzyma. Trzeba mieć sporo samozaparcia, żeby nie odechciewało się pisania, dzwonienia i innego mordowania się o kontakt. Nie masz tego luksusu, żeby wsiąść wieczorem w autobus i pojechać do niego na herbatę czy umówić się na obiad. Nie obejrzycie sobie razem filmu ani nie zrobicie prasowania. Macie tylko te małe monitorki i czasem swój głos, który pozwala utrzymać śladową normalność w związku dwojga dorosłych ludzi. Łzawe? Ale taka jest prawda.

Na co trzeba być przygotowanym to jedno konkretne działanie, które będzie odtąd wypełniało wszystkie Twoje godziny, dni i tygodnie: wyczekiwanie. CIĄGLE i OD NOWA.

Tylko, że warto :).

Tak, jak wszystkie tego typu ckliwe historie się zaczynają. Pojechałam z mamą na dwa tygodnie na wakacje do Sharm el-Sheikh, popływać, powylegiwać się i trochę po polsku pojeść dobrych rzeczy (umówmy się, kto wie, ten wie, że jedzenie w Egipcie jest rewelacyjne, zarówno to hotelowe, jak i uliczne). Byłam w tym czasie w kilkuletnim już związku z Polakiem. Tak mi się w życiu złożyło, że w ostatnich latach w mojej rodzinie zaszły duże i dramatyczne zmiany. Związek trwał, chociaż perspektyw żadnych nie było. Mój chłopak nie potrafił mówić o małżeństwie, zaręczynach, dzieciach i tak dalej. Zawsze nie wiedział. Przez równiutkie pięć lat. Do tej pory nie wiem, jakie imiona chciałby dać swoim dzieciom, które przecież będzie kiedyś miał.

W Egipcie poznaliśmy się już pierwszego dnia, bo on oczywiście był pracownikiem baru. Widywaliśmy się raczej rzadko, bo my z mamą spędzałyśmy całe dnie na plaży, a nie na jego basenie. Ale ilekroć przychodziłyśmy na popołudniowego czy wieczornego drinka, próbował bezskutecznie nawiązać ze mną kontakt. Nie chciałam rozmawiać ani wychodzić na żadną kawę. Miałam chłopaka, poza tym z obcym Arabem? Muzułmaninem? W dzikim kraju? Na pewno by mnie porwał lub zrobił coś równie strasznego. Poza tym wszyscy wiedzą, jacy są Egipcjanie. Niech próbuje z młodszymi i tymi, które są trochę bardziej blond. 

Więc ta nasza znajomość ograniczała się do dwuminutowych rozmów przy moim stoliku i przy mamie (która, bez wcześniejszych egipskich doświadczeń, była zachwycona), które przeważnie wyglądały tak samo: nie, nie wyjdę z tobą. Mam chłopaka. Tak, boję się. Niee, nie tak bardzo, ale jesteś obcy. Dziękuję bardzo. Nie. Nie. NIE!!! Potem, przy tym samym stoliku, dał mi dwa małe prezenciki, co mnie totalnie zaskoczyło na tyle, że nie zdążyłam ich nie przyjąć. Ale pomyślałam sobie, że ma pewnie tego całą szufladę, uzupełnianą co turnus, więc nie muszę się przejmować.

Dawałam mu trzydzieści pięć lat. Okazało się, że ma dwadzieścia osiem, czyli wtedy jeszcze cztery więcej, niż ja. Młodszy niż mój X, pomyślałam. Pokazał mi na telefonie filmiki z jakiejś imprezy rodzinnej, gdzie zobaczyłam całkiem sporo tańczących osób. Po kolei wymieniał imiona czwórki rodzeństwa. Bardzo miło, tylko po co? Nie wyszłam z nim.

Na koniec wymieniliśmy się Facebookami i numerami telefonów. I tak oto wróciłam do Polski, do równie ciepłej, sierpniowej rzeczywistości.

Czy coś wtedy zaiskrzyło? Skłamałabym mówiąc, że nie. Podobało mi się, że całkiem fajny facet tak o mnie zabiega. Komu by się nie podobało? Ale cały czas miałam przekonanie, że to tylko wakacyjne, egipskie żarciki, które bardzo dobrze już wtedy znałam (byłam wcześniej dwa razy na podobnych wakacjach w tym kraju). Nie było o czym mówić, ja byłam w związku. Przez wszystkie lata tego związku nigdy nie spojrzałam na innego chłopaka. Z ręką na sercu. Tu w Sharmie to był pierwszy raz. Ale to było coś tak nierealnego, że nie trzeba było specjalnie się tym przejmować. W niemieckim funkcjonuje coś takiego jak sfera niemożliwości i to właśnie było wtedy.

Pamiętam tylko kilka swoich myśli, które nachodziły mnie wtedy na plaży, o różnych porach dnia, wcale nie w jego obecności. Że nikt nigdy tak na mnie nie patrzył. Że Polak dawno by zrezygnował. Że ktoś do mnie podchodzi sam i to nie ja muszę inicjować wszystko. Że nie chciałabym, żeby to było nasze ostatnie spotkanie, ale cóż.

To ja napisałam pierwsza.

piątek, 21 marca 2014

Pierwsza myśl - ten blog by się nie sprzedał. Nie będę tu opisywać porwań ludzi, przemocy, wymuszeń, zdrad czy innych historii, które niewtajemniczonym przychodzą na myśl o związkach Europejki z Arabem. Nic takiego mnie nie spotkało, chociaż poziom normalności naszej relacji znacznie odbiega od średniej polskiej :) Czy kogoś to dziwi?

Od około pół roku jestem w związku z Egipcjaninem. Oboje jesteśmy po studiach, ja mieszkam w Polsce, on w swoim kraju. Broniłam się nogami i rękami przed tą relacją, ale uczucia nie zawsze dają nam dużo miejsca na wybór. Na swojej drodze mieliśmy całe mnóstwo przeszkód do pokonania, a sporo ich zresztą pewnie jeszcze przed nami. Jedna z ważniejszych nauk, jakie do tej pory z tego związku wynikły, to fakt, że jesteś przekonany, że coś Ciebie nie trafi, dopóki Ciebie właśnie nie trafi.

"Lama la?" - znaczy po arabsku (mniej więcej :)) dlaczego nie? Było coś do stracenia?

Myślę, że są osoby, które miały lub mają podobną historię i chciałyby czasem zobaczyć, jak radzą sobie inni. Tak więc, ku potomności, to będzie blog ze szczerymi informacjami i radami. No i właśnie, za bardzo by się nie sprzedał, bo budzących trwogę dramatów tutaj, póki co, moi Drodzy, nie będzie. Dramaty mniejsze i większe znajdują się zupełnie gdzie indziej, niż na początku przypuszczałam, i o tym trzeba mówić. Ale nie tylko o tym, bo oprócz wielu trudności jest też druga strona tego związku - zwyczajnie chce się żyć :).

19:51, lamalaa
Link Komentarze (2) »