Polka w związku z Egipcjaninem.
Lama la - dlaczego nie?
Codzienność, problemy, dobre rady.
I garść dowodów, że warto.
lamala@interia.eu
piątek, 09 marca 2018

Niedawno ktoś mi napisał, że miałam szczęście, że mój M. został pozytywnie przyjęty w mojej rodzinie i otoczeniu. Że w ogóle mogliśmy być razem i inni nie stawali nam w poprzek. Na początku trochę się dziwiłam, no bo kto miałby stawać w poprzek dwudziestopięciolatce? Studia skończone, głowa na karku, w historii tylko dwa długotrwałe związki a tak naprawdę to jeden, taty już nie ma, raczej nie byłam trzpiotką. No kto zabroni dorosłej osobie? Okazuje się, że zabroni i to jak. Może nie zamkną Cię w piwnicy (w przeciwieństwie do arabskiego męża ;)), ale tak porobią, że żyć się odechce. Nie wiedziałam, z ręką na sercu, nie wiedziałam, że w Polsce jest aż tak duży problem z uprzedzeniami, stereotypami i rasizmem, spaczeniami, które bezpośrednio wpływają na rodzinne relacje. I koniec końców - tak właśnie, rodzina skutecznie zabrania dorosłej kobiecie rozpoczynania związku z Arabem.

Ja nie wiedziałam, że tak jest, albo że jest aż tak, bo w moim otoczeniu ludzie nie są jacyś rasistowscy. Jak tak pomyślę o mojej rodzinie, przyjaciołach i znajomych, ludziach z mojej pracy, to raczej nikt nie wychyla się z jakimiś uprzedzeniami. Być może mają je w środku, bo i kto nie ma, ale nie pokazują tego na zewnątrz, ani nie wpływa to nijak na nasze relacje. No, może dosłownie jeden taki przypadek przychodzi mi do głowy, ale akurat nie jest dla mnie priorytetowy :). Ale tak jest teraz. Na początku nie było tak różowo.

Na początku, jak dowiedzieli się, że zainteresowałam się Egipcjaninem, to oczywiście były obawy, czasem dość niewybredne. Dochodziły do mnie różne głosy różnych osób. Były komentarze, że zniknie już w Paryżu, nakaże nosić chustę, porwie dzieci, zakaże kontaktów, sprzeda do haremu. Zabawne, że największe piekło, jakie może sobie wyobrazić mężczyzna, miałoby być moim udziałem. Jak tak o tym pomyślę, to w sumie mnie i mojemu M. należałyby się jakieś przeprosiny. Ale koniec końców niewiele te teksty znaczyły, bo ja nie tyle robiłam coś na przekór innym, ile robiłam swoje, skupiając się na tym, co było ważne: sprawach formalnych, dokumentacji, śledzeniu przepisów. I byłam z tym prawie zupełnie sama, mimo wszystko. Pomagała mi tylko mama - w urzędach i sercowo. To ona, nie ja, zapytała: dlaczego nie? Niezachwiane poparcie i wsparcie miałam od niej od początku i bez tego szczerze przyznam, że nie wiem, co by było. Czy ja bym pojechała jeszcze raz zobaczyć się z M., czy on by przyjechał tutaj, czy by został. Jak dotąd, to mama miała rację od początku. Przyjaciele i otoczenie, jeśli miało jakieś obawy, przywykło do mojego nowego partnera i zaakceptowało go. Bo widzą, że nie jest złym człowiekiem, a sugerowanie mu tych bandyckich zachowań było tak sprawiedliwe, jak twierdzenie, że każdy jeden Polak to złodziej.

I z jednej strony może trochę pomaga to, że większość tych osób jest wykształcona, mieszkamy w Warszawie, większość od urodzenia. Tutaj nikt nikogo nie zna, nie znamy nawet naszych sąsiadów zza ściany, setki osób przyjeżdżają i wyjeżdżają, zdarza się zobaczyć cudzoziemca. Ale z drugiej jednak nie wśród samych wykształciuchów się obracam i znam mnóstwo osób, które na żadne studia się nie wybierały i nie wybierają, a serce mają na dłoni. Profesorom czasem zdarza się nie mieć żadnego serca i wiem co mówię. Są takie artykuły, w których badacze (a może żadni z nich badacze) próbują udowodnić, że tolerancyjne będą osoby po studiach i z dużych miast. Że jak po podstawówce i ze wsi to zakuta pała. Cóż, czytam o tak zwanych dobrych rodzinach, zacny dom, fura na podjeździe, dzieci na swoim, ale jak przychodzi co do czego i córka informuje, że zakochała się w Arabie, to koniec świata, awantura, męka pańska i szlaban na trzy zdrowaśki.

Rodziny sprzeciwiają się mieszanym związkom zarówno młodych dziewczyn, studentek i absolwentek, jak i dorosłych a czasem zupełnie! dorosłych kobiet. To mnie najbardziej zadziwia, że dorosła kobieta, która jest po rozwodzie, ma duże dziecko, może podlegać jakimś narzuconym przez rodzinę ograniczeniom. A tak naprawdę się zdarza. Każda z nas jest w coś uwikłana. Jeśli ktoś przez całe lata potulnie podlegał decyzjom rodzinki, to nic dziwnego, że informacja o przygruchaniu sobie arabskiego partnera jest szokiem. I zaczyna się wojna... Nie wiadomo, co gorsze - inwektywy pod adresem obcego człowieka, czy posądzanie kobiety o szaleństwo i postradanie zmysłów. Ja nie wiedziałam, że jest aż tak źle. To smutna wróżba dla Czytelniczek, które dopiero wchodzą w związek z Egipcjaninem. Oby Wasze otoczenie było Wam bardziej przychylne.

Co tu można doradzić? Ja chyba nie mogę się wypowiadać. Miałam wsparcie mamy i zawsze mogłam na niej polegać. Jej optymizm, może czasem nawet nieco zbytni, w połączeniu z moją zimną krwią i skupieniem na procedurach poskutkowały moim małżeństwem, w którym jestem od trzech szczęśliwych lat. Tak naprawdę nie wiem, jak czuje się dziewczyna, która nie ma niczyjej akceptacji, a każda osoba w domu odradza wchodzenie w związek z Arabem. Nie mając żadnych doświadczeń w tym temacie, a często nawet żadnego nie znając. Poczucie niesprawiedliwości sięga zenitu. A bez wsparcia ciężko cokolwiek zrobić z tym związkiem. Musisz planować swój wyjazd, zaproszenie, jego przyjazd, legalizację pobytu, poszukiwanie pracy... A to wszystko w obcym języku, z człowiekiem z innego świata, którego rzadko kiedy widzisz, ale przepadłaś dla niego. Każdy kiedyś dla kogoś przepadł.

Na mniejsze zło może pomóc taki myk, który ja zastosowałam raz a dobrze. Przy czym to tylko w stosunku do osób, które coś tam mają przeciwko Arabowi, ale ogólnie niewiele mogą i jedynie uprzykrzają już i tak pokomplikowane (patrz wyżej) życie. Jeśli za którymś kolejnym razem poczujesz, że kończy Ci się cierpliwość do słuchania historii o porwaniach dzieci i zakazach wychodzenia z domu, łagodnie poproś o namiary do znajomych tejże osobie Egipcjan. Żeby Twój M. nie był sam, jak już przyjedzie do Polski. Jak ręką odjął.

Tak serio, to w poważniejszych sytuacjach, gdy cała rodzina jest bardzo przeciwna, a pewnie tak się dzieje na początku związku (bo dopiero co się dowiedzieli), to pojawia się dylemat, czy warto ryzykować wszystko dla człowieka, którego jeszcze tak mało się zna. Czy stawiać wszystko na ostrzu noża, jechać wbrew "zakazom", wprowadzać stan wojenny w domu? Szczególnie, gdy wykorzystało się już wszystkie możliwe argumenty i nic nie trafia? Nie wiem. To koszmarna sytuacja. W sumie to łatwiej dać sobie spokój. Jesteśmy w stanie stworzyć dobry związek z wieloma osobami, tylko nie zdajemy sobie z tego sprawy. Ale gdybym ja wtedy wybrała łatwiejszą drogę, bo perspektywa poszukiwania polskiego partnera z pewnością lżej się prezentuje, to być może nie byłabym od trzech lat niczyją żoną. To jest niekończące się gdybanie.

Wszystkim Paniom, które znalazły się w trudnej sytuacji, jaką jest brak wsparcia rodziny na wieść o arabskim chłopaku, życzę dużo wewnętrznej siły i opanowania. Nic na szybko, nic pod wpływem emocji. Na pewno trudno powściągnąć emocje, gdy słyszysz, że Twój ukochany to brudas i możesz jechać do niego do Egiptu i więcej nie wracać.

Pytanie, o co tutaj tak naprawdę warto walczyć?