Polka w związku z Egipcjaninem.
Lama la - dlaczego nie?
Codzienność, problemy, dobre rady.
I garść dowodów, że warto.
lamala@interia.eu
poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Polecam. Egipcjanin wszystko Ci załatwi, a przede wszystkim wynegocjuje lepszą cenę. Jeśli chcesz kupić sobie pamiątkę z Sharmu, warto na zakupy wybrać się właśnie z nim. Dlaczego?

Nikt Cię nie będzie zaczepiał. Jeśli na zakupy wyjdziesz sama lub z innym turystą (na przykład Twoimi przyjaciółmi, a nie daj Boże będziecie same kobiety), co krok, przy każdym sklepiku zaczepi Was egipski sprzedawca. Hello my friend, kak dzjeła, jak szje masz, dobra cjena itepe. Przyjdź w to samo miejsce z egipskim chłopakiem - NIKT do Was nie podejdzie. Za to ich nietęgie i smutne minki murowane. Jeśli już jakiś odważny zdecyduje się na ulicy do Was podejść, okrąży Cię szerokim łukiem (dosłownie) i po arabsku zwróci się do Twojego Egipcjanina, Ciebie nie zaszczycając nawet spojrzeniem.

Na wstępie będziesz mieć lepszą cenę. Bo jesteś z nim, a Egipcjanie płacą zupełnie inne pieniądze, niż my. Sprzedawca od razu ma świadomość, że dużo przekręcić się nie da. Chyba, że ma układ z Twoim towarzyszem...

Nie musisz w ogóle z nikim rozmawiać. A raczej - nikt nie będzie chciał rozmawiać z Tobą. W Egipcie kasę trzyma facet i to z nim sprzedawcy załatwiają proces sprzedaży. Wszyscy wiedzą, że koniec końców to Ty płacisz za swoje zakupy w przypadku dziadowskich pamiątek (chociaż nie zawsze się z Arabem da, bo płacąc sama, wchodzisz mu na ambicję), ale to mężczyzna jest odpowiedzialny za Twoje zakupy i całą transakcję. Inaczej mówiąc, to on będzie wypytywał sprzedawcę o ceny i to on będzie się o nie wykłócał. Chociaż oni się tak specjalnie znowu nie muszą wykłócać. Z niektórymi sklepikarzami rozmawiałam sama, ale wydaje mi się, że to nie miało żadnego znaczenia, bo liczyły się tylko ustalenia w wykonaniu M.

Egipscy sprzedawcy, restauratorzy i barmani chętnie i łatwo zapamiętują stałych klientów. Jeśli wrócicie ponownie do tego samego sklepu, zobaczysz, że Egipcjanin i sprzedawca serdecznie się ze sobą przywitają. Ciebie i tak pewnie wezmą za Rosjankę, ale tym się nie przejmuj. Przy kolejnych zakupach możecie liczyć na niższe ceny.

No i jeszcze jedna sprawa... Powiedzmy, że szukasz czegoś specjalnego. Raz gdzieś widziałaś piękny egipski garnuszek i musisz go mieć. A nigdzie go w sklepach nie ma. Egipcjanin dogada się ze sklepikarzem, opowie dokładnie, czego szukasz, i będziesz miała załatwione. Jak nie w tym sklepie, to u siostrzeńca za zakrętem na pewno.

Jak to jest z tym płaceniem? No różnie. Masz swoje pieniądze i nic Cię nie powinno obchodzić, ale często Egipcjanin nie pozwoli Ci zapłacić. Potem trzeba mu te pieniądze siłą zwracać, powodzenia. No bo czemu on ma Ci fundować pamiątki, które przywieziesz do Polski na prezenty? Czytałam i słyszałam o egipskich naciągaczach, którzy wyłudzają pieniądze od Europejek. Osobiście nie poznałam nikogo takiego (ani żadnej oszukanej), natomiast wiem, że oni się wkurzają, jeśli kobieta chce płacić sama w kawiarni, sklepie i tak dalej. To coś w stylu arabskiego honoru. Chociaż u nas też mężczyzna często płaci za kobietę.

Egipcjanin, po tym, jak wynegocjuje Ci sensowną cenę, jeszcze Ci zaniesie zakupy do domu. Nic, tylko ruszać w miasto :).

piątek, 25 kwietnia 2014

Kulinarne odkrycia M., a raczej kuchenne uprzejme zdziwienie:

jaja przepiórcze (jak to małe jajka?)

ryż w saszetkach (jak w to plastikowej torebce?)

zupa pomidorowa z makaronem (przecież tam jest makaron?)

knedle ze śliwkami (przecież to owoc? ty to jesz na obiad?)

wino (jak to tańsze od whisky?)

Przeważnie to urocze i zabawne, ale niebezpiecznie blisko granicy z irytacją :).

Jeśli chcesz spędzić w Sharmie trochę więcej czasu - więcej, niż dwa tygodnie lub przyjeżdżać tu częściej, niż raz w roku - warto wiedzieć, jak przemieszczać się po tym mieście, by nie pójść z torbami. Taksówki tam z zasady są dla bogaczy i turystów. Jeśli jesteś w tej miejscowości turystycznie, przyjechałaś ze swoją rodziną lub znajomymi i chcecie raz wybrać się do centrum lub do Old Marketu na zakupy, możecie się szarpnąć na taksówkę. Ale jeśli chcesz jeździć gdzieś codziennie, a w przypadku wakacji z Egipcjaninem jest to wskazane, bo on Ci wszystko pięknie pokaże, przygotuj się na podróżowanie busami.

Busy w Sharmie to coś w stylu naszych zakopiańskich busików, tylko trzeba odjąć od tego wysoki standard, rozkłady jazdy i wysokie ceny. Przejazd z Nabq do centrum lub Old Marketu kosztuje 3 funty egipskie od osoby, czyli ok. 1,5 złotego. Jeśli jedziecie gdzieś bliżej, wystarczy funt. Kierowcy w busach raczej rzadko oszukują turystów. Znajomi zapłacili po dolarze do Old Marketu, czyli około 7 funtów od osoby. Tak czy tak jest to taniej, niż piętnaście dolarów za taksówkę.

W Sharmie nie ma przystanków autobusowych. Busy zatrzymują się na każde, podkreślam, KAŻDE żądanie. Czyli dowiozą Cię pod samą bramę. Generalnie jeżdżą w pętli, wzdłuż wybrzeża. Zaczynają w Old Markecie, gdzie mają coś w rodzaju swojej bazy i lecą przez Naama Bay, okolice lotniska i Soho, aż do Nabq, tam za ostatnimi hotelami na rondzie zawracają i z powrotem do Old Marketu. Trochę busów wyrusza z Old Marketu w drugą stronę, do Hadaby, ale większość jednak w stronę centrum.

Zdarza się, że pasażer poprosi o podwiezienie pod bramę hotelu oddalonego od głównej ulicy. Przeważnie nie ma problemu, kierowca zjeżdża ze swojej trasy i dowozi gościa w wyznaczone miejsce. Pozostali pasażerowie, których oczywiście nikt nie uprzedził, nawet nie dźwiękną, przecież nic się nie stało, najwyżej stracimy dziesięć minut.

Brak przystanków powoduje, że możesz zawołać busik w każdym miejscu przy głównej ulicy. W praktyce wygląda to tak, że co kilkadziesiąt, kilkaset metrów bus staje i zabiera ludzi z ulicy. Czasem zatrzymuje się dosłownie po pięciu sekundach jazdy, bo ludziom nie chce się podejść, jak widzą, że bus stanął się parę metrów wcześniej. W efekcie podróż przez miasto z Old Marketu do Nabq wydłuża się do około czterdziestu minut, czyli prawie dwa razy dłużej, niż taksówką.

Często też, szczególnie późnym wieczorem, busiarz zatrzymuje pojazd bo zobaczył jakichś ludzi na końcu ulicy i czeka, aż podejdą, żeby ich zapytać, czy chcą jechać busem. Czasem chcą, czasem nie. Jest też specyficzne miejsce w pobliżu centrum, gdzie bus może Ci się zatrzymać, zgasić silnik i czekać nawet pół godziny na więcej pasażerów. To taka ich "stacja", skąd ruszają też autokary do Kairu, chociaż oznaczeń przystanku próżno szukać, zwykłe skrzyżowanie. Również późnym wieczorem, gdy ludzi nie ma już tak dużo na ulicach i nie ma chętnych na przejazd, dłużej poczekasz na odjazd z Old Marketu. Kierowcy lubią czekać na maksymalne zapełnienie busa. To zrozumiałe, ale denerwujące, bo okazuje się, że czekaliście dodatkowe piętnaście minut na jedną osobę, która za swój przejazd zapłaciła dosłownie jednego funta. A przecież na bank zgarnęliby kogoś po drodze. Ale to Egipt.

Zdarzają się kontrole. Policja zatrzymuje bus i sprawdza dowody osobiste wszystkich pasażerów. Raz sprawdzali też mój paszport i bardzo przyglądali się wizie, ale nie znaleźli nic ciekawego. Dwóch facetów wyprowadzili z busa, bo nie mieli przy sobie żadnych dokumentów. Czasem też oczywiście policja blokuje drogę, stoicie przed szlabanem i puszczają Was po dziesięciu minutach. Zwykle dzieje się tak, gdy do miasta przyjeżdża jakaś ważna osobistość i musi mieć pusto na trasie. Odwiedziny ważnego gościa rozpoznacie też po nagłym wysypie pracowników sprzątających pobocza i chodniki - my malowaliśmy trawę na zielono, oni usuwają syf.

Busy, jak większość pojazdów w Sharmie, lubią trąbić, mrugać światłami, nie stosować się do przepisów ruchu drogowego i lecieć na łeb na szyję między innymi samochodami. W środku są przeważnie dość zdezelowane, ciasne, mają bardzo głośne radio z wyłącznie arabskim dziamgoleniem i naturalną klimatyzację w postaci przesuwanych szyb. Dzięki temu naprawdę nie jest w nich gorąco, ale przy prędkości blisko osiemdziesiąt na godzinę wieczorem dobrze zasłonić się od wiatru, który wali do środka oknami. I nieprawdą są bajki, że w busach śmierdzi. Śmierdzi w warszawskich tramwajach, w Sharmie nie czujesz nic.

Ciekawa cecha pasażerów busa: gdy widzą, że do środka chce wsiąść kobieta, z własnej inicjatywy lub, rzadziej, za poleceniem kierowcy przesiadają się tak, by kobieta mogła siedzieć sama, z koleżanką lub ze swoim partnerem. Przeważnie to tak działa, chyba, że bus jest prawie pełny, no to wtedy siadacie, gdzie się da, zwykle na rozkładanych krzesełkach. Gdy boczne krzesełka są rozłożone, w busie nie ma żadnego przejścia i trzeba wstawać, żeby ludzie mogli wysiąść. Biorąc pod uwagę Sharm, zdarza się to bardzo często i za chwilę możecie już wygodnie usiąść na zwolnionym miejscu przy oknie. Przy wsiadaniu do busa Twój Egipcjanin zawsze puści Cię przodem, żebyś mogła usiąść przy oknie. Ale jeśli będziecie siadali na dwóch siedzeniach obok kierowcy, on wsiądzie pierwszy. Chodzi o to, byś nie siedziała obok obcego mężczyzny. Głupie? Trochę śmieszne, ale jakże wygodne.

Równie interesująco wygląda płacenie za przejazd. Gdy już usiądziesz, podajesz odliczoną kwotę pasażerowi przed Tobą i mówisz mu, dokąd jedziesz. Następnie on przekazuje pieniądze i informację dalej, aż dojdzie do kierowcy. Kierowca ewentualnie wydaje resztę, która tą samą drogą wraca do Ciebie. Oni nie kradną, więc nie ma czego się bać, za to jest to dość zabawne zjawisko, jak trzech czy czterech facetów bez szemrania podaje sobie garść monet. I nic nie ginie. Natomiast nigdy nie podają pieniędzy kobietom. To samo robił M. Jeśli przed mężczyzną siedzą tylko kobiety, facet czeka, aż wsiądzie jakiś inny mężczyzna i dopiero jemu przekazuje opłaty za przejazd. Bierze się to stąd, że podając monety musisz klepnąć człowieka przed Tobą w ramię, a oni nie chcą dotykać obcych kobiet. A może nie chcą, by miały pieniądze w ręku? Czort ich wie, w każdym razie Tobie nikt nie będzie zawracał głowy.

Za to jak już wysiądziecie z busa, czujesz na sobie wzrok pięciu czy sześciu kolesi, którzy w środku oczywiście na Ciebie nie spojrzą, ale jak już są bezpieczni, to się gapią z nosami w szybie jak kretyni. Z tego samego powodu polecam ubranie się do busa w coś więcej, niż sukienka mini bez ramiączek, bo poczujesz się zwyczajnie nieswojo. Ale to dotyczy ogólnie całego Sharmu, chociaż turystki zwykle nic sobie z tego nie robią i żyją.

Ja stanowczo wolę taksówki, ale ponieważ podczas pobytu w Sharmie chodzimy z M. i jeździmy gdzieś bezustannie, busy są dobrą opcją. Mało w nich turystów, za to mnóstwo pracowników hoteli; czasem jedziesz z grupą ratowników lub animatorów i wszyscy mają takie same ubrania. Jest śmiesznie :). Nie bać się!

11:59, lamalaa , Sharm
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 kwietnia 2014

Czas zacząć pisać o kobietach, bo to chyba jeden z ciekawszych aspektów międzykulturowych związków. Kim jest kobieta dla arabskiego faceta? Kim jest w tamtejszym społeczeństwie, rodzinie i w pracy? Kim jest w naszym świecie widzianym jego oczami? Naraz wszystkiego się nie da opowiedzieć, więc będzie po mojemu i zaczniemy od spraw przyziemnych. Dzisiaj opowiem, dlaczego Sharm jest męskim miastem, co my interpretujemy jako ucisk kobiet zamkniętych w domach.

W Sharmie kobiet nie widać na ulicach. Co sobie myślimy? Drańscy Arabowie zamknęli kobiety w domu. Cóż, kobiet nie widać na ulicach, bo ich zwyczajnie w tym mieście nie ma. Większość tutejszych mężczyzn to pracownicy hoteli, knajp, sklepów i tak dalej. Są zatrudnieni lub prowadzą własne biznesy. Swoje domy i rodziny mają w innych miastach. Pracodawca w Sharmie i innych miejscowościach turystycznych zapewnia facetowi dach nad głową, a w hotelach normą dla pracowników jest nocleg w staff housie i całodzienne wyżywienie - wszystko za darmo (ale o tym oczywiście się nie mówi, tylko się mówi, że mało zarabiają i jak oni się mogą za to wyżywić???).

Kobieta nie przyjeżdża z mężem do Sharmu, bo szef męża jej już na życie nic nie da. Więc żona zostaje w domu i widuje się z mężem różnie, raz na miesiąc, półtora lub dwa. Wtedy, gdy mąż uzbiera sobie dni urlopowe i pojedzie do domu.

Czemu nie przeprowadzą się na stałe do Sharmu, czegoś tam nie kupią lub nie wynajmą? W Sharmie nie ma za bardzo szkół, więc nie ma jak wychować dzieci. Są jakieś prywatne ośrodki edukacyjne, z których mało kto korzysta, bo wszystkie rodziny siedzą w innych miastach. No i wynajem mieszkania w Sharmie nie jest dla nich tanią sprawą. Do tego, jeśli nie mieszkasz w staff housie, odpadają Ci trzy posiłki dziennie (chyba, że masz darmowy obiad, ale to się dopytam i dam znać). Po co płacić za mieszkanie i jedzenie, skoro można nie płacić?

Nie wszyscy Egipcjanie pracują w turystyce, więc nie wszyscy prowadzą związki na odległość. Ale te setki osób, które zdecydowały się na zarobek w kurortach, a jest to bardzo dobra branża w tym kraju, muszą pójść na takie ustępstwo. A żona siedzi z rodzinką i czeka.

Czasem widać kobiety pracujące w hotelach, ale to jak jakaś jedna miliardowa ogółu. Dwunastogodzinny dzień pracy i brak wolnego dnia to coś, na co kobiety nie chcą się zgodzić (bo i po co, skoro facet ma zarabiać).

Kobiety mogą iść do pracy, jak chcą, ale naturalne jest, że ojciec lub mąż utrzymuje rodzinę. Dziewczyny kończą studia i zostają w domu. Zastanawiam się, na ile to jest kwestia ich podejścia, że niech mąż zarabia, na ile systemu, że wolę zatrudnić faceta niż kobietę (coś jak u nas), a na ile normy społecznej i pozycji męża, który woli nie czuć się zagrożony przez ambitną żonę, tylko mieć ją na swojej łasce. Ja się temu dziwię, bo jeśli mówimy, że mamy mało pieniędzy i na nic nie starcza, to gdy pracują dwie osoby, zawsze będzie więcej kasy, niż gdy zarabia tylko facet. Ale po co się spierać z wielomilionowym społeczeństwem?

Dochodzi do tego w niewielkim stopniu fakt, że w Egipcie też jest problem z pracą, a normą jest rotacja pracowników dosłownie z dnia na dzień. Zastanawiam się czasem, jak oni to robią, że w ciągu jednego wieczoru zwalniają stałego pracownika zatrudnionego na etat i o ósmej rano jest już nowy. Musi tak być, bo biznes, czytaj hotel, musi działać. Tylko jak oni to, kurczę, robią? :)

Taka różnica między nami, że polskie lub europejskie kobiety bez pracy zwykle czują się niedowartościowane, społecznie niepotrzebne i niepewne jutra. Egipska kobieta wie, że o wszystko ma się martwić facet, bo to jego rola w ich życiu. Oczywiście nie zawsze tak jest - Egipcjanki też pracują, rodzą dzieci, prowadzą dom i są żonami, a Polki same decydują o pozostaniu w domu z dzieckiem. Ale co częściej się widzi?

czwartek, 17 kwietnia 2014

Tak sobie szukam w Internecie polsko-egipskich blogów i widzę, że nic nie ma... To znaczy, blogi naturalnie są, tylko nieaktualizowane od miesięcy. Czemu kobitki nic nie piszą?

W Polsce zaczynają się przygotowania do Świąt Wielkanocnych i mam nadzieję, że Warszawa opustoszeje, jak to się zwykle dzieje przy okazji wszelkich ferii, świąt i większych dni wolnych. Moje zaproszenie dotarło już na miejsce i zostało odebrane przez braciszka.

Chciałabym pokazać naszą polską Wielkanoc M., co z tego, że w Egipcie też to mają, jak co kraj, to obyczaj. Pokazać mu, co to znaczy wiosna, zrobić razem pisanki i potem zjeść je na śniadanie, pójść z koszyczkiem i na spacer po dzielnicy przy okazji, obejrzeć wspólnie coś głupiego w telewizji... Za dużo bym chciała :(

wtorek, 15 kwietnia 2014

Ktoś mógłby pomyśleć, czytając tego bloga, że ja się nie boję i patrzę na wszystko przez różowe okulary. To nieprawda. Jestem najbardziej zainteresowaną osobą, więc to oczywiste, że się boję i to bardzo wielu rzeczy. Teraz widzę, jak łatwo mają kobiety będące w związkach z Polakami. Tam wszystko jest proste, tylko trzeba chcieć. Gdyby moim chłopakiem był Polak, mogłabym z nim spędzać mnóstwo czasu i robić co chcę. Byłam dwa razy w takim związku, ale doceniam to z ręką na sercu dopiero teraz.

Od czego zacząć? Chyba od tego, że boję się, że w Polsce będzie inaczej. On w Egipcie jest cudowny, wzór do naśladowania, troskliwy, odpowiedzialny, ogarniający, z inicjatywą, pamiętający, romantyk i tak dalej. Ale tam jest u siebie, na swoim gruncie. Czuje się pewny siebie, potrafi się ze wszystkimi dogadać, ma niezłą pozycję, bo jest dobrym pracownikiem. W Polsce nie będzie znał języka, przynajmniej na początku. Będzie musiał dostosować się do nowego miasta, obowiązujących standardów, zasad i wartości rządzących życiem społecznym, do klimatu, a przede wszystkim do innych ludzi. Nie znajdzie łatwo pracy, być może podczas pierwszego pobytu w ogóle nie znajdzie. Tu wszystko będzie dla niego inne, oczywiście ludzie przez to przechodzą, my też dajemy radę za granicą na zmywaku. Tylko w Polsce jakoś bardziej akceptuje się powiedzmy Hiszpana czy Greka, którzy są odmienni kulturowo od nas, niż Araba, który jest z innej planety. Nie wiem, jak będzie wyglądała ta jego odporność i co przy tej okazji z tego wyniknie.

Poza tym boję się problemów z kasą. Każda dziewczyna chciałaby mieć dobrze zarabiającego faceta. Ja wiem, że nie każdy Polak dobrze zarabia, ale przynajmniej ma jakieś doświadczenie zawodowe w Polsce. M. będzie dopiero musiał znaleźć pracę i od czegoś zacząć. Pierwsze kroki pewnie są najgorsze i logika wskazuje, że nie będzie źle do końca życia. Tylko przez te przeszkody trzeba przebrnąć i mieć sporo siły. Można mieć, tylko jak długo? Nikt nie przewidzi przyszłości. Fakt, że Polaka każdy może na pstryknięcie wylać z pracy i też będzie gorszy okres, wcale mnie nie pociesza.

Boję się, że on się zmieni. To w sumie jest związane z tym, o czym pisałam wcześniej, czyli jak człowiek będzie zachowywał się na nowym, obcym gruncie. Jest takie powiedzonko, że kobiety wychodzą za mąż, mając nadzieję, że on się zmieni. Mężczyźni żenią się, mając nadzieję, że ona się nie zmieni. Czyli co... facet oby stał się w końcu kochany i czuły, a kobieta oby nie stała się zrzędą. U mnie jest odwrotnie. Boję się, że on będzie kiedyś innym człowiekiem, jakoś obcym dla mnie. Wiem, że każdy ma prawo do zmian. W ciągu ostatnich dwóch-trzech lat ja też się zmieniłam i na pewno nie jestem tą samą osobą, co nie tak dawno. Polak też może się zmienić, w końcu nie wychodziłybyśmy za damskich bokserów, zdrajców, obiboków itd. Mimo to się boję.

No cóż, boję się trochę, że tak naprawdę nigdy się nie dogadamy. Można świetnie opanować trzy języki, które w tym związku będą funkcjonowały, ale to nie to samo i nic mnie nie przekona. Można to zaakceptować lub do widzenia. Jak na razie zaakceptowałam, ale trochę zazdroszczę polskim parom, które mogą normalnie rozmawiać. Boże, jakie to proste, czemu ludzie tego nie wiedzą?

Być może powinnam zacząć od tego, że boję się, że na przeszkodzie staną nam kwestie formalne i legalizacyjne - od wizy, przez pozwolenie na pracę, zezwolenie na zamieszkanie na czas oznaczony, aż po pozwolenie na zawarcie małżeństwa i stałe osiedlenie się. Być może system polityczny wszystko uniemożliwi i na nic zdadzą się rozterki o różnicach kulturowych czy charakterologicznych. Przy najlepszych chęciach, aby się porozumieć, nic nie zdziałasz, jak nie będziesz mieć papieru. To może być prostsze, niż się wydaje.

Jakoś nie boję się specjalnie, że on leci tylko na mój paszport. Z wizą krajową do Polski i tak wiele nie zdziała. Aby mógł "uciec" do Europy, musi mieć wizę Schengen lub pozwolenie na zamieszkanie na czas oznaczony. Po ślubie z Polką to jest możliwe. Ale dlaczego miałabym o tym myśleć? Polak też może ode mnie odejść i się dowiem o tym ostatnia. Ucieczka do Europy i rozstanie z Polakiem to dwa takie same oszustwa i rozczarowania. I tak zostajesz sama, więc co za różnica? Dlaczego wychodzić za kogokolwiek za mąż, jeśli myślisz, że następnego dnia już go nie będzie? To do samolotu lub metra też nie wsiadaj, a najlepiej nie wstawaj z łóżka. Myślę, że znalazłaby się masa innych okazji, aby M. mógł mnie oszukać i akurat to, że miałby zniknąć z mojego życia na podstawie jakiejś wizy, najmniej by mnie obchodziło.

Najbardziej ze wszystkiego obawiam się, że problemów, przeszkód i trudności będzie tyle, że będę bardzo zmęczona i na tym tle zaczną się też problemy między nami. Trzeba mieć mega dużo siły, wiary i uczucia, by to wszystko przejść (oczywiście według tych gorszych scenariuszy), a czy ja będę mieć to wszystko? Wiem, że nie chciałabym być z nikim innym, ale czy powtórzę to po długim czasie użerania się z systemem? Mogę tylko sprawdzić. Do samolotu też się wsiada, żeby polecieć na wakacje.

Na koniec coś mądrego, podsumowując moje wywody:

Boże, daj mi siłę, bym był w stanie zmienić to, co jestem w stanie zmienić, pokorę, bym mógł zaakceptować to, czego nie mogę zmienić, oraz mądrość, by jedno z drugim mi się nie popieprzyło. (Stephen King)

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Pisałam już, jak złożyć wniosek o zaproszenie dla cudzoziemca. Teraz trzeba gotowe zaproszenie odebrać i wysłać do Egiptu. Dziś właśnie to zrobiłam, więc podzielę się wrażeniami i przy okazji wskazówkami, co po kolei zrobić, by nadać zaproszenie za granicę.

1. Odbierasz zaproszenie w urzędzie

Na karteczce, którą otrzymałaś w Wydziale Spraw Cudzoziemców od pani, która przyjęła Twój wniosek i wszystkie niezbędne dokumenty, masz informację, w jakim terminie możesz przyjść ponownie do urzędu i odebrać zaproszenie. W moim przypadku termin ten wypadł równo po trzech tygodniach od złożenia wniosku.

Zaproszenie może odebrać tylko osoba zapraszająca. Jeśli to Ty, bierzesz karteczkę i dowód osobisty, idziesz na Długą 5, pobierasz numerek z literką Z jak Zaproszenia :), idziesz pod pokój nr 50 "Odbiór Zaproszeń" i czekasz, tym razem krócej, niż poprzednio. Co ciekawe, przyjechałyśmy na miejsce parę minut po dziesiątej rano, czyli tuż po otwarciu, i natknęłyśmy się na nieco przydługą kolejkę pod drzwiami do urzędu. Była to kolejka do pobrania numerków. Ale szybko poszło, nie ma się czym przejmować.

Gdy wyświetlą Twój numerek, odbierasz dwa egzemplarze zaproszenia, które jest bardzo ładnym państwowym dokumentem wielkości połowy A4. Na jednym egzemplarzu na odwrocie jest czerwona okrągła pieczęć i to właśnie ten egzemplarz musisz wysłać pocztą do Egiptu. Drugi egzemplarz zostaje u Ciebie w domu, trzeci zostawiają sobie w urzędzie. Coś tam trzeba podpisać i gotowe, wszystko razem 3 minuty.

2. Co trzeba wysłać wraz z zaproszeniem

Zaproszenie to nie jedyny dokument, który musisz wysłać chłopakowi do Egiptu. M. dzwonił do naszej Ambasady i dowiedział się, że będzie proszony o pokazanie jeszcze dwóch innych papierów: na temat zatrudnienia osoby zapraszającej i na temat domu, który ta osoba posiada, lub w którym mieszka. Zebrałyśmy te dokumenty wcześniej i były to mniej więcej te same papiery, które składałyśmy wraz z wnioskiem o zaproszenie w Wydziale. Wszystko kserówki.

3. Dobrze zaadresuj kopertę

Niby truizm, ale kwestia egipskich adresów to temat na oddzielną notkę. Mówiąc w skrócie, upewnij się, jaki dokładnie adres posiada Twój luby, aby przesyłka do niego dotarła. Mówiąc "upewnij się", mam na myśli (na podstawie własnych doświadczeń):

Po pierwsze, jak Ci powie, że wystarczy ulica i numer domu, NIE ZGÓDŹ SIĘ, tylko przyciśnij, aby łaskawie podał Ci też numer mieszkania. Ale po co numer mieszkania? Tam wszyscy będą wiedzieli, że to do mnie. Here in Egypt wystarczy podać numer domu, blablabla, bujdy na resorach. To taka logika, jak podawanie adresu w stylu za trzecią sosną w prawo i pod składem pustaków zjeżdżasz z asfaltówki i jedziesz sto metrów do ostrego zakrętu w lewo, aż zobaczysz wieżę na wprost i tam po Ciebie wyjdziemy. Okazuje się, że owszem, mieszkanie ma swój numer i zignoruj tę uprzejmie zdziwioną twarz. Ja myślę, że on nie próbuje zataić przed Tobą tej drobnej informacji, w końcu to on chce dostać zaproszenie, nie Ty, on po prostu NIE MYŚLI.

Po drugie, oni MAJĄ kody pocztowe, tylko ich NIE UŻYWAJĄ. Gdy pomyślisz, że zaraz szlag Cię trafi, że jak dorosły facet nie jest w stanie podać własnego kodu pocztowego, weź głębszy oddech lub napij się i przyciśnij go drugi raz, żeby wysłał brata, tatę, siostrę, dziadka, wujka czy kogo tam, żeby w rodzinnym mieście poszedł na pocztę i się o ten kod wywiedział (mówię poszedł, bo oni sami też nie będą znali). DHL koniec końców i tak nie potrzebuje kodu pocztowego, ale o tym za moment.

Po trzecie, nie zaskocz się, gdy on Ci poda inną nazwę miasta, niż do tej pory. To jeszcze nie gwarancja, że Cię okłamuje w żywe oczy. Okazuje się, że Egipcjanie w paszportach i urzędach podają miejsce zamieszkania lub urodzenia w taki sposób, jak byśmy my podawali Wola, Praga, Śródmieście - zamiast Warszawa jak człowiek. Ja tu się awanturuję, że w paszporcie nie ma ani słowa o mieście, o którym dotąd słyszałam, ale sprawdź sobie w internecie, jak nie wierzysz. Nazwa dzielnicy to część ich adresu i oni naprawdę jakoś się w tym orientują. A ten kraj jeszcze działa, chociaż nie wiem, jak.

Po czwarte, i tak wpisz pełną nazwę miasta na kopercie. Na wypadek, gdyby polski oddział firmy kurierskiej kierował się europejską logiką terenowo-administracyjną.

Po piąte, napisz na kopercie też Twoje dane jako nadawcy i numery telefonów do Ciebie i do niego.

4. Nadajesz przesyłkę kurierską

Następnie udajesz się do jednej z firm kurierskich i nadajesz przesyłkę do Egiptu. My wybrałyśmy DHL. Niby trochę drożej, niż np. Pocztex, ale DHL jest powszechnie znany, a na wieść o Pocztexie M. brzmiał na trochę skonfundowanego.  Jeśli i Ty zdecydowałaś się na DHL, jedziesz do Portu Lotniczego Cargo, dajesz zaadresowaną zaklejoną kopertę z dokumentami panu za ladą, płacisz 259 zł i za dziesięć minut dostajesz list przewozowy z numerem przesyłki (można sprawdzać status online), fakturę i paragon. Twoja koperta będzie zapakowana w ich specjalną tekturkę.

Dlaczego akurat oddział w Cargo? Teoretycznie można nadawać w kilku punktach DHL Point-coś-tam, ale jeden okazał się nie istnieć, a w drugim nie mogli zlokalizować egipskiego kodu pocztowego, więc nie przyjęli przesyłki. Pani w porcie Cargo powiedziała: Egipt? Tam nie używają kodów pocztowych :), więc ostatecznie ten kod nie był do niczego potrzebny. Na Cargo nie było kolejki, a za parkowanie na ok. 20 minut (tyle to może łącznie trwało) nic nie płacisz. Masz jeszcze do wyboru kilka innych normalnych oddziałów DHL, np. na Łopuszańskiej i Osmańskiej. Nie trać czas na mikro punkty obsługi klienta zlokalizowane w sklepach z AGD lub w dorabianiu kluczy.

Zaproszenie ma być dostarczone na miejsce w ciągu 2-3 dni roboczych od dziś.

Następny krok należy do niego :).

sobota, 05 kwietnia 2014

Czas nieco zejść do obiecanego podziemia. Być może wiesz już, że w Egipcie nie dostaniesz w hotelu pokoju z Egipcjaninem, jeśli nie jesteście małżeństwem. Nic nie szkodzi, że się kochacie i jesteście w związku od pięciu lat. W Polsce też tak kiedyś było, tylko że przyszedł XXI wiek i hotelarze (a może raczej państwo?) zajęli się prawdziwymi problemami. W Egipcie do dziś nie i to jest FAKT.

Ale.

W Egipcie funkcjonuje kilka (!!!) rodzajów małżeństw. Nie orientuję się w nich wszystkich specjalnie, bo nie mam takiej potrzeby. Ale jedno takie małżeństwo, zdaje się, zawarłam.

:))))))

To znaczy, to nie do końca tak. Nigdzie się nie podpisałam. I tam nie ma mojego nazwiska. To zawarłam, czy nie?

Otóż, orfi to egipski nieoficjalny dokument małżeński. Coś, jak akt ślubu. Nigdzie się go nie rejestruje, nie liczy się nigdzie poza granicami Egiptu (czyli w Polsce się nie liczy, gwoli ścisłości). Można go unieważnić, chociaż i tak jest nieważny, czyli rozwieść się, drąc go na kawałki. Aby dostać taki papier, trzeba mieć znajomych i około 100-200 funtów.

Na kilku kartkach A4, które wyglądają jak zdezelowany podkład pod kserówki stosowany w dziekanatach, jest formularz w arabskich szlaczkach i po angielsku, gdzie wpisuje się Wasze dane. Na przykład imię, nazwisko, datę urodzenia, numer paszportu, narodowość i coś więcej, czego nie zrozumiesz, bo jest w szlaczkach i to pisanych odręcznie. Na końcu jest szczątkowy kontrakt między "małżonkami", który nic nie wnosi i głównie potwierdza, że ci dwoje chcieli się pobrać i że za to zapłacili. Jest miejsce na Wasze podpisy (my się nie podpisaliśmy :)) i podpisy dwóch świadków.

Po jaką ciężką cholerę się to robi? Ano właśnie po to, by móc wynająć wspólnie pokój w hotelu na ile się chce. Czasem myślę, że orfi wymyślono po to, by ułatwić Egipcjanom podryw i żeby mieli gdzie realizować swoje seksualne potrzeby, jeśli nie mają własnego mieszkania i jeszcze się na serio nie ożenili. Faktem jest, że państwo nie powinno wtryniać swojego nosa w prywatne życie dorosłych ludzi, ale w Egipcie ma to właśnie miejsce, więc jakoś musieli się obywatele ratować. Czy takie często jednorazowe związki Europejek i Egipcjanek z Egipcjanami są dobre i moralne, to już inna kwestia, ale rząd się tym nie powinien w ogóle zajmować. Ani w Egipcie ani nigdzie indziej, jak to u nas już jest.

Tak więc i ja, głupia i naiwna Europejka, która nie ma świadomości, że on chce ją tylko wykorzystać i oszukać, mam taki dokument orfi. Dzięki temu spędziliśmy łącznie 4 tygodnie w Sharmie jako hotelowi goście i nikt się nas nie czepiał. Rzeczywiście, recepcja zawsze bierze od nas ten papierek, robi ksero pierwszej strony i oddaje.

Co jest śmieszne w tej sytuacji? Jak już mówiłam, nigdzie się nie podpisaliśmy, czyli nieważny papier formalnie też jest nieważny. Poza tym, na ma nim mojego nazwiska. Jest moje pierwsze i drugie imię, które figurują obok siebie w paszporcie, przy czym drugie imię wpisane jest na papierku w polu "nazwisko". Prawdopodobnie pan, który sporządzał dokument, spisał tylko tę pierwszą część danych, w związku z czym wydał za mąż osobę, która nie istnieje, a w każdym razie nie jest mną :). Ale numer paszportu się zgadza, więc hotele są usatysfakcjonowane.

Czytałam gdzieś, że Egipcjanin może ubiegać się o zarejestrowanie tego dokumentu gdzieś w egipskich urzędach i wtedy okaże się, że rzeczywiście wyszłaś za mąż (o ile sama to potwierdzisz w polskim USC). Pechowo, że M. kazał mi trzymać ten papier ze sobą, czyli chwilowo w Polsce (a w Sharmie zawsze w mojej torebce), drugiej kopii nie dostaliśmy, no i takim świstkiem bez podpisów można się... no można :).

W jednej z książek o kulturze arabskiej czytałam bardzo złe opinie autorki na temat orfi. Że po co panienka się na to zgadza? Jeśli się kochają, to czemu się normalnie nie pobiorą? I oczywiście - jakaż to ona głupia, że nie wie, że to nieprawdziwy papier, który nic nie znaczy? On chce jej zamydlić oczy i seksualnie wykorzystać, a potem podpisze następny papier, jak się turnus zmieni.

No cóż, robi się to po to, by dorośli ludzie mogli po dorosłemu robić to, co chcą. Czy związki na jedną lub kilka nocy są moralnie niepoprawne tylko w Egipcie? I czy zdarzają się tylko w Egipcie?

A jeśli to coś więcej, niż kilka nocy, i ludzie zwyczajnie chcą się poznać i być razem? Myślę, że lepiej tak, niż iść w ciemno - ale jakże czysto! - w prawdziwe małżeństwo. Można oczywiście dać sobie spokój i w ramach sprzeciwu wobec egipskiego systemu zrezygnować z międzynarodowego związku. No to już kwestia, z czego tak naprawdę się rezygnuje.

Ja nikomu specjalnie orfi nie polecam. Ale nie cierpię tego systemu i pod tym względem rozumiem, że Egipcjanie wynaleźli sobie taki sposób na obejście przepisów. Jeśli będziesz dobrze wiedziała, co to za dokument, co on dla Ciebie oznacza i czego nie oznacza, to droga wolna. Jesteście dorośli, chyba.

12:38, lamalaa , ślub
Link Komentarze (6) »
środa, 02 kwietnia 2014

Szukając w Internecie informacji na temat związków Polek z Egipcjanami (i innymi panami z tego kręgu kulturowego), natrafiałam na co najmniej niepokojące wypowiedzi dotyczące formalnych i prawnych aspektów takiego międzynarodowego związku lub małżeństwa. Niestety nie wiem, czyje to historie, bo większość to anonimy, więc nie było jak napisać i dopytać o szczegóły. Ci, co pisali, że kogoś znają, mieli przeważnie pozytywne (czytaj - normalne) historie, a ci, którzy pisali o dramatach, nie pisali o nikim konkretnym. Bo, dla ułatwienia, nikt nie napisał - sama to przeżyłam, więc słuchajcie. Ale takaż to uroda tego tematu.

Dlatego też, ponieważ zależy mi na konkretach, w lutym w towarzystwie mojej mamy spotkałam się z prawnikiem. Mecenas przeprowadził rozwód Egipcjanina z Polką i występował jako JEGO obrońca. Wcześniej pracował u Prezydenta RP. Tak więc była szansa, że trafiłyśmy na kogoś jak najbardziej kompetentnego. Postanowiłam odwiedzić go wraz z listą dwudziestu kilku pytań. Oto, czego między innymi się dowiedziałam.

Jeśli myślicie poważnie o ślubie, najlepiej dla Ciebie pobrać się w Polsce. Wszystko odbywa się na tych samych zasadach, co w przypadku ślubu z Polakiem. Trzeba załatwić formalności w Urzędzie Stanu Cywilnego, czyli złożyć stosowne papiery. Egipcjanin potrzebuje kłopotliwego ponoć zaświadczenia, że jest kawalerem. My za granicą też byśmy tego potrzebowały, tylko nasze USC bez problemu taki kwitek wydają. Egipcjanin może podobno ubiegać się o to w ambasadzie Egiptu, ale to podobno nie jest łatwe i lepiej, żeby załatwiał wydanie zaświadczenia u siebie. Ewentualnie możemy poprosić Sąd o zwolnienie z obowiązku przedstawienia tego dokumentu. A pan prawnik zaoferuje Wam w tym pomoc :).

Pobierając się w Polsce, zawierasz małżeństwo przed polskim prawem i polskim USC, więc jesteś chroniona. Lepiej nie robić tego w Egipcie, bo nie masz takiej ochrony, a i dokumenty małżeńskie trzeba potem legalizować.

Czy małżeństwo zawarte w Polsce jest wiążące dla męża na terenie Egiptu? A ja nie wiem, odpowiedział prawnik, ale to niczego nie zmienia dla Ciebie. W Internecie czytałam, że trzeba to małżeństwo legalizować w Egipcie. Jeśli Wam zależy, bo np. chcecie tam mieszkać. Na wyjazd na wakacje starczy Wasz akt ślubu, który warto ze sobą mieć (egipskie hotele kwaterują razem tylko małżeństwa - jeśli jedziesz z Egipcjaninem - chociaż o podziemiu w tym zakresie pomówimy innym razem).

Jeśli w trakcie Waszego małżeństwa luby pojedzie do Egiptu i tam się ożeni (wymyśli jakiś ślub wyznaniowy przed Imamem albo Allah wie co), jego nowe małżeństwo nie będzie uznawane w Polsce. Bo liczy się tylko małżeństwo zarejestrowane przez USC. Jeśli idiota zarejestruje tam na miejscu swoje egipskie małżeństwo z egipską żonką, to jak zachce mu się przyjechać do Polski, aresztują go na lotnisku. Ewentualnie będzie ścigany u nas za przestępstwo z Kodeksu Karnego. I tak nie chciałabyś już go widzieć.

W Polsce odziedziczysz po nim wszystko zgodnie z polskim prawem spadkowym. Czyli pic na wodę z bajkami o dziedziczeniu jednej czwartej, jednej ósmej albo innych częściach, które są wymieniane w Internecie. Pobraliście się w Polsce i polskie prawo Was obowiązuje. Jeśli będziecie mieć dzieci, one również dziedziczą. Z własnego doświadczenia powiem, że jest to bardzo proste - żona i dzieci dziedziczą wszystko po zmarłym mężu po równo, chyba, że testament wskazuje inaczej. Bracia Egipcjanina nie mają nic do Waszego majątku. Ani siostry, ani wujkowie, babcie, dziadki, bracia cioteczni, kuzyni... Chyba, że on tak zdecyduje w testamencie.

Nie ma znaczenia, czy on jest muzułmaninem, czy Koptem. Dalej obowiązuje ich wszystko jak wyżej.

No i jeszcze - żaden facet, Egipcjanin nie Egipcjanin, nie zabierze Ci domu, jeśli nabyłaś ten dom przed zawarciem małżeństwa. Ale warto sporządzać intercyzę i bardzo dokładnie zaznaczać, co do kogo należy w momencie zawierania małżeństwa. Wystarczy Ci wprawdzie zwykły akt notarialny poświadczający, że jesteś właścicielką przed ślubem, ale niechże tam, poczuj się lepiej.

Prawnik doradza ślub i życie w Polsce, bo tu mamy wszystkie nasze prawa, które nas chronią. W Egipcie nie będziesz już miała tej pełnej ochrony. Dodał, że takich związków jest sporo i że "pewnie część z nich się udaje", ale na pierwszym miejscu problematyczne są różnice na podłożu kulturowym. I że tym by proponował się zająć, a nie obawami o prawo, bo ono w naszym kraju nam sprzyja.

Pamiętam, że byłam totalnie zestresowana przed tym spotkaniem. Bałam się tego, co usłyszę. Gdyby miało istnieć prawo, które mi w jakiś sposób zagraża, musiałabym się szybko wycofać z tego związku. Albo zapomnieć o małżeństwie. Ale póki co źle nie jest.

17:52, lamalaa , ślub
Link Komentarze (6) »