Polka w związku z Egipcjaninem.
Lama la - dlaczego nie?
Codzienność, problemy, dobre rady.
I garść dowodów, że warto.
lamala@interia.eu
środa, 25 maja 2016

Cztery żony i ubrania na czarno od stóp do głów. Taką przyszłość wróżyło się w Polsce kobietom wiążącym się z muzułmaninem, nieważne, Polkom czy nie-Polkom. Dzisiaj, obecnie, wydaje mi się, że jednak jakaś światłość zeszła na Polaków i zaczęli trochę więcej myśleć, zanim wydadzą taką opinię. Islam jest popularnym, medialnym wręcz tematem, więc i rośnie wiedza na jego temat.

Ale jest niezbywalnym faktem, że muzułmanin zgodnie ze swoją religią - powtarzam, religią - może ożenić się z czterema kobietami. Niby są obostrzenia, że pierwsza żona musi zgodzić się na kolejną, wszystkie muszą mieć tyle samo kasy i świecidełek i tak dalej, ale teoria sobie, a praktyka sobie, wszystko zależy od człowieka. Chociaż, o ile mi i M. wiadomo, jak już któryś bierze sobie drugą żonę, to znaczy, że z kasą problemu raczej nie ma. Religia na to pozwala, prawo krajowe niekoniecznie. Mamy w Polsce Polaków-muzułmanów i mogą sobie co najwyżej pomarzyć o wielożeństwie albo wyjechać, droga wolna. M. nie zna osobiście nikogo, kto ma więcej niż jedną żonę. U niego się to potępia. Mniejsza o to, chciałabym powiedzieć teraz o czymś innym.

Trafiam czasem na blogi albo wypowiedzi w internecie kobiet, Polek, które prowadzą dyskusje na temat wielożeństwa. Nie wiem, jakiego bywają wyznania, ale powiem szczerze, czarno na białym. We mnie jest zdecydowany sprzeciw wobec posiadania kilku żon. Nie chodzi o to, że będę walczyć z milionami ludzi i ich przekonaniami. Chodzi mi o to, że my Polki, Europejki, w większości byłyśmy wychowane inaczej. Rodzina, małżeństwo czy związek partnerski to miłość dwóch osób. Co dom, to inny dramat, rozwody, zdrady i tak dalej. Ale zdrada ogólnie jest obiektem potępienia. Prowadzenie równoległego życia też. Nikt tego nie popiera, mało kto sam by się na to zdecydował na progu dorosłości. Wszystko jest ok, jeśli wszyscy uczestnicy układu akceptują taki stan rzeczy. A jak tam, akceptujecie zdradę partnera? Spoko jest?

Dlatego jak czytam, że Polka pisząca pięknie po polsku, w naszym ojczystym języku, wypowiada się, że podoba jej się idea wielożeństwa, bo to daje więcej uprawnień kobiecie, dba o kobietę, że kochanka jest nikim a druga żona jest kimś, to mnie no... kurwica bierze. Chyba mam jakieś ograniczone horyzonty. Może jestem za mało nowoczesna.

Czy można godzić się na coś, co uderza w fundamenty naszej wiedzy o społeczeństwie, o życiu rodzinnym? Nie mówię, że nasze zasady społeczne i kulturowe są jedyne słuszne. Każda nacja ma swoje, ale u nas wielożeństwa NIE MA - nie ma, że facet może mieć kilka żon i sobie otwarcie przed każdą z nich oświadczać, że kocha je wszystkie tak samo. Bo tam bardzo o tę otwartość chodzi, właśnie w kontekście religijnym. Tam nie ma miejsca na sekrety, małżeństwo nie jest tajemnicą.

Jako ograniczona światopoglądowo Europejka wolę, by facet przynajmniej miał problem na głowie, jak tu ukryć romans. Bo jak by przyszedł do mnie i powiedział spokojnie, że coś czuje do tej drugiej i chce być z nami obiema naraz, to tylko w pysk dać. Been there, done that, wcale nie z M.

Tym bardziej mnie dziwi, gdy takie opinie wydają żony muzułmanów, żony nie-muzułmanki. Czy aż tak wtopiły się w tę arabską kulturę, że nie widziałyby problemu w równoległym małżeństwie własnego męża? Bo w taką możliwość wierzą miliony ludzi na całym świecie? Zanim się coś powie, zwłaszcza, jak się jest taką właśnie "pierwszą" żoną, należałoby przemyśleć, co się stanie, jak Twój któregoś dnia Ci powie, że ma pomysł na kolejny ślub, nie z Tobą. Spróbuj sobie wyobrazić, jak to jest, gdy Twój ukochany oświadcza oficjalnie, że ma ochotę na kogoś innego. Że przecież ma prawo! Czemu tak posmutniałaś? Przecież Cię nie zostawię, będę kochać Was obie.

Nie potępiam innych kultur, niech sobie żyją jak im się podoba, po prostu dla mnie samej jest to niewyobrażalne. I szczerze nie rozumiem, jak kobieta wychowana w Polsce mogłaby mieć luz w sytuacji chęci jej mężczyzny na równoległe życie. Dla mnie to zdrada, nie znajduję innego słowa.

środa, 18 maja 2016

Pytacie czasem, jak to jest żyć na co dzień w związku z muzułmaninem. Chcecie wiedzieć, czy to, co mówią, to prawda. Czy jest się czego obawiać i jak wychwycić sygnały ostrzegawcze. Albo czy jego religia tak strasznie determinuje jego życie.

To jest oczywiście temat rzeka, dzisiaj zresztą bardzo modny. Dobrze się składa, że my akurat możemy się w tym temacie wypowiadać, bo mamy o czym :). Jeśli nam się chce, w sensie. Na blogu mi się chce, bo zaglądają tu osoby szukające konkretnych i prawdziwych informacji. A nie tylko wody na młyn :).

Każdą rozmowę lub rozważania na temat międzyreligijnego, konkretnie katolicko-muzułmańskiego związku należałoby zacząć od ustalenia paru faktów. Na dzisiaj wybieram te dwa:

1. W przypadku obu religii Bóg jest ten sam, tylko inaczej to słowo brzmi w języku polskim i arabskim. Według islamu nie ma boga nad Allaha. Brzmi znajomo?

2. Nie każdy muzułmanin i nie każdy katolik żyje w zgodzie ze swoją religią lub według jej zasad.

Szczególnie interesujący i zabawny jest ten ostatni fakt. Zabawny dlatego, że tak wygodnie się o nim zapomina. A więc przejdźmy do meritum :).

Jak ktoś nie ma większego pojęcia o islamie, bo np. nie miał okazji się nigdzie dowiedzieć, albo w ogóle go to nie interesowało, to myśli, że każdy muzułmanin jest mega wierzący i jest praktykującym betonem. A to nieprawda, tak samo jak nie każdy katolik jest mega wierzący i betonowy.

Nie każdy muzułmanin modli się lub chodzi modlić się do meczetu pięć razy dziennie, tak jak nie każdy katolik chodzi co niedzielę do kościoła. To raz. Nie każdy muzułmanin rezygnuje z picia lub popijania alkoholu oraz nie każdy muzułmanin zachowuje przedmałżeńską czystość. To samo dotyczy katolików, to dwa. Nie każdy muzułmanin regularnie lub chociażby raz w roku pomaga biednym, tak jak nie każdy katolik przestrzega przykazania „nie kradnij”. Nie każdy muzułmanin przestrzega postu w czasie Ramadanu, tak samo jak nie każdy katolik pości w piątki. Wymieniać dalej?

Ja na co dzień, można powiedzieć, prawie nie pamiętam, że M. nie jest katolikiem, tylko muzułmaninem. Nie jest jakoś szczególnie religijny, chociaż czasem się modli. Nie widuję tego za bardzo na co dzień. Rok temu na urodziny dałam mu nawet dywanik taki tylko dla niego :).

Rzeczywiście nie je wieprzowiny. Mówiłam mu, że w Polsce jest dobra, że można znaleźć dobrą jakościowo itd. Jest zdecydowanie na nie :). Alkohol pije od wielkiego dzwonu. Raczej piwo lub szampana. Wino wtedy, gdy gorzej się czuje i chce się „odczulić”. Nie upija się po jednym kieliszku, uprzedzając pytania :). W moim domu nie ma mocniejszych alkoholi, więc i nie ma tematu.

W czasie Ramadanu w Polsce nie pości. Były już dwa, za każdym razem nie pościł. Nasz ślub rok temu był w czasie Ramadanu. Jego przyjaciel, który był na kolacji weselnej, czekał do 21 żeby móc coś zjeść. M. nie przestrzegał postu. Zobaczymy, jak będzie w tym roku :).

Popiera pomysł porządkowania domu raz na jakiś czas, by oddać niepotrzebne rzeczy potrzebującym. Ale sam tego specjalnie nie inicjuje. To tak a propo jednego z pięciu filarów ich wiary. Jałmużna i pomoc biednym jest obowiązkiem muzułmanów. Jednym z miliarda, których nie przestrzegają.

Co do sławnego zamykania kobiet w piwnicach itp. Stosunek mężczyzny do kobiety jest chyba w dużej mierze uwarunkowany kulturowo, nie wiem czy aż tak religijnie. Jak na razie uważam, co potwierdzają znajome w polsko-arabskim związkach, że arabski partner bardzo dba o swoją kobietę. Nosi na rękach, dmucha na zimne, zamiata pyłki spod nóg, można powiedzieć. Chociaż z tym noszeniem na rękach to bardziej przed ślubem niż po ;). Tak serio, to myślę, że oni są tak po prostu wychowani. Chociaż mój M. nie jest jakimś wielkim rycerzem, to jednak jest opiekuńczy i odpowiedzialny w małżeństwie. Mimo to nadal czuję, że jesteśmy partnerami. Czasem trochę „walczymy”, ale to już kwestia charakterów. Tutaj akurat nie dobrały się dwa łatwe :).

Partnerstwo w mieszanym związku jest inne, niż w polsko-polskim. Mogę sobie pozwolić czasem na odpuszczenie czegoś i zwalenie tego na M., bo w końcu jestem kobietą. Na przykład, żeby on coś za mnie zrobił w domu, na mieście itd. M. przejmuje wtedy stery. W poprzednim związku owszem, byłam partnerką. Najbardziej to czułam wtedy, gdy musiałam godzić się na luzacko-kumpelskie podejście do przyszłości, teraźniejszości i w ogóle mojej osoby. Że przecież wszystko jest dobrze i nie trzeba się o cokolwiek starać ani nic planować :). No żeszzzzz.

Temat rzeka się nie kończy, jeszcze tu wrócimy.

czwartek, 05 maja 2016

O tym chyba jeszcze nie było. Od prawie dwóch lat mój M. mieszka w Polsce, ale kontaktu z polską kuchnią zbyt wiele nie ma. Nie lubię polskiej kuchni, w moim domu nikt tego nie robi i nie je (kiedyś robiła babcia, ale nawet jej już się odechciało). Taka prawdziwa, tradycyjna polska kuchnia jest szczególnie kłopotliwa dla muzułmanina - gdzie nie spojrzysz mięcho. Bo akurat serwowanie zepsutego jedzenia mamy z Egiptem wspólne :).

Powiem nieskromnie, że my z M. prowadzimy ogólnie bardzo dobrą i zdrową kuchnię. Przy nim nauczyłam się gotować, nadal się uczę, dzięki niemu pokochałam ryby i oswoiłam się z mocnymi przyprawami. Kiedyś wszystko było bez smaku, teraz wszystko MA smak! Bardzo dużo gotujemy w domu, mamy swoje małe kuchenne tradycje, które uwielbiam. Raczej nie chodzimy do knajp. Jeśli już, to do fast-foodów. Może czasem tęskni się za glutaminianem sodu :). No i szczerze, jak już, to raczej nie zamawiam ryb w restauracjach. Już dawno przehandlowałam knajpowe jedzenie za cappuccino z bezą w mojej ulubionej kawiarence w naszej dzielnicy :).

Tak sobie myślę o polskim jedzeniu i dochodzę do wniosku, że współczesna Polska trochę się wstydzi swojej ciężkiej kuchni. Pewnie znajdziemy gdzieś doskonałe restauracje z tradycyjną polską kuchnią, ale większość nowych knajpek dla zwykłych ludzi oferuje zupełnie inne dania. Mix wszystkiego, co się dało pożyczyć z południa i zachodu. Ani krzty w tym polskości. Dla mnie nie ma w tym nic złego, bo nie lubię płynących tłuszczem mięsiw.

Ale popatrzmy na basen Morza Śródziemnego albo chociażby kraje arabskie. Oni nie zmieniają swojej kuchni aż tak. Mają od lat te same, tradycyjne dania i wszyscy je normalnie jedzą. Świeże warzywa, fasolki, pasty, owoce morza. Z prostych składników robią pyszne rzeczy. W Polsce modnie jest podawać makarony i sałatki (przepraszam - pasty i sałaty ;)) w jakichś dziwnych połączeniach z warzywami, których nie da się kupić w sklepie, albo hamburgery (sorry - BURGERY za 17 złotych) w papierku. Kto by się odważył w takim bistro zaproponować schabowego.

Być może też nie mam porównania, jak to wygląda na co dzień w Polsce. Przecież nie siedzę z nosem w cudzych talerzach :). Czy Polacy generalnie nadal preferują kotlety z kapustą zasmażaną i zupę ogórkową, zamiast kurczaka z grilla z ryżem i warzywami z wody? Na własnym podwórku przede wszystkim cieszę się, że sama wolę lekką i kolorową kuchnię, zamiast polskiej. Dobrze się złożyło. Dla dobra mojego małżeństwa :).