Polka w związku z Egipcjaninem.
Lama la - dlaczego nie?
Codzienność, problemy, dobre rady.
I garść dowodów, że warto.
lamala@interia.eu
środa, 25 czerwca 2014

M. się zachwyca, co jest chyba naturalną reakcją :). Ciągle robi zdjęcia i każe je robić sobie (z zamiarem wrzucenia na Facebooka, żeby wszyscy mu zazdrościli, cytuję). Zwraca uwagę na rzeczy, których ja od dawna już nie zauważam. A to piękna skałka, a to mostek, a to ładne drzewa. Numerem jeden jest woda w potoku, M. zatrzymuje się przy każdym większym rozlewisku i po prostu się gapi. Numer dwa to fresh air. No i zieleń.

Ludzie? Wbrew moim wcześniejszym obawom niespecjalnie mnie to obchodzi. No patrzą sobie. Przy czym jeśli już to widzę, to przeważnie patrzą na mnie, nie na niego. Zwykle patrzą przez chwilę, a potem dają sobie spokój. Najbardziej zdziwione są osoby starsze, którym zdarza się czasem skrzywić, osoby w średnim wieku gapią się tylko trochę, a młodzi prawie w ogóle. Raz zdarzyła się grupka łysych i czerwonych na twarzy chłopaków, którzy jak nas dostrzegli z daleka, to aż głowy wykręcali z miną, która przystoi zapewne kibolom, a rozmowy zamarły, chyba, że się w ogóle nie toczyły. No niestety kolega jest ze mną.

M. zadziwiająco dobrze radzi sobie z polskim. Jakimś cudem rozumie część moich rozmów, nie wiem, skąd. Z wymową nie ma większego problemu, to znaczy, nie różni się zbytnio od innych cudzoziemców próbujących mówić po polsku, również pod względem zabawności jego polskich dźwięków :). "Dzień dobry" na szlaku jest za każdym razem lepsze. Problem wcale nie tkwi w naszych żż szz i innych takich, tylko w samogłoskach, czyli czystych dźwiękach, których próżno szukać w arabskim. Myślałam, że trudniej jest wymówić ż lub dż, a tu się okazuje, że jest to łatwiejsze, niż nasze piękne, niepozorne, wszędobylskie polskie A.

Z górską pogodą nie ma problemu.

Standardowy news: w sklepie wszystko ma cenę :).

sobota, 21 czerwca 2014

M. + znajomi = nieśmiałość. W sumie mu się nie dziwię. Obcy język, w angielskim nie wymiata, nowa kultura i tak dalej. Może to też znak, że mu zależy. Myślę, że wszyscy widzą, że jest dość przejęty i wykazują sporo zrozumienia - jeszcze :). Swoją drogą ciekawe zjawisko, gdy pierwszy raz rozmawiam ze znajomymi niemal wyłącznie po angielsku. Brzmią inaczej :). Chyba wolę słuchać ludzi w ich własnych językach. Włącznie z M.

Zdążyłam się już przyzwyczaić do facetów, którzy nie są duszą towarzystwa. Wtedy patrzysz na innych i myślisz wooow, oni potrafią brać udział w rozmowie i zabawiać innych :). Druga strona medalu jest taka, że zdarzają się na tyle otwarci, że nie mają problemu by mówić o prywatnych sprawach - dobrych i niedobrych - publicznie i czasem reszta musi ratować sytuację przy stole.

Miałam kiedyś chłopaka, który był duszą towarzystwa i był atrakcyjnym kompanem podczas spotkań dla wszystkich dookoła, ze szczególnym uwzględnieniem kobiet - z wyjątkiem mnie, oczywiście. Drugi w ogóle się do nikogo nie odzywał, lubił tylko własnych znajomych i w efekcie nie spotykaliśmy się prawie z nikim.

Widziałam M. w Egipcie i wiem, że jest towarzyską osobą wśród swoich znajomych, na ulicy w naszej dzielnicy co pięć minut się z kimś wita, ciągle wisi na telefonie i wszystko dla wszystkich załatwia. Chciałabym, żeby miał tu jakichś znajomych, najlepiej kogoś, z kim może porozmawiać w swoich szlaczkach. Ale to pomału.

W każdym razie, jak dotąd, jeśli ktoś myślał, że M. jest tyranem zagrażającym ludziom i ogólnie partnerskim mordercą, to po dwóch minutach wie już, że to nie do końca tak :))).

Z newsów: ogórki małosolne i śledzie w oleju mają też w Egipcie, za to nie mają serów pleśniowych.

czwartek, 19 czerwca 2014

Pierwsze wrażenia na temat Warszawy:

- zielono
- dobre drogi (dobre???)
- czysto, bez śmieci
- cicho na ulicach
- każdy dom ma numer :)
- samochody przepuszczają pieszych

Ciekawie patrzy się na swoje miasto oczami cudzoziemca :)

sobota, 14 czerwca 2014

Stresuję się jak przed egzaminem. Znam go przecież, wiem, jaki jest dla mnie dobry. Sama leciałam do jego dzikiego kraju i dałam radę. Ale teraz jest inaczej. Może boję się za niego? Trzeba przecierpieć pierwsze chwile, a potem już będzie dobrze. Butelka wina, spokojny wieczór. Wolałabym się nie stresować przed upragnionym i wyczekanym spotkaniem z moim chłopakiem. Ale u nas nic nie może być normalnie.

Jutro reset. Wszystko już przygotowane, pomalowane paznokcie uniemożliwiają jakiekolwiek dalsze prace i całe szczęście, bo chyba nigdy nie skończyłoby się to remontowanie, podmalowywanie, przenoszenie, wyrzucanie i inne takie. To, co mi zostało, to kupić i zamrozić pstrągi (taki twórczy pomysł) i zmienić pościel w poniedziałek rano. Pojutrze o tej porze już będziemy razem :)!

czwartek, 12 czerwca 2014

To jest jakaś masakra. To, co oni mają w Egipcie z nazwiskami, to ja się nie dziwię, że w tym kraju nic nie działa. To znaczy, z całym szacunkiem, ale to jakieś przedpotopowe metody administracyjne. Nie można krytykować obcej kultury tylko dlatego, że jest obca, ale Europejczykowi to się w głowie nie mieści, nawet Hiszpanowi. A piszę o egipskich nazwiskach (A RACZEJ ICH BRAKU) teraz, ponieważ M. dostał wczoraj wizę, w której jest nie do końca takie nazwisko jak w paszporcie. To nie znaczy, że wiza nie działa, ale już wyjaśniam.

W Egipcie nie ma czegoś takiego jak nazwisko. Są imiona rodowe, które pełnią funkcję nazwisk. Jak to wygląda? Egipcjanin otrzymuje imię oraz trzy kolejne imiona - po ojcu, po dziadku i... jeszcze po kimś. Może nie powinnam się odzywać, dopóki nie jestem czegoś pewna, ale mniejsza o to, nazwiska/imiona są trzy. I uwaga, to nie jest tak, jakby u nas Jan Kowalski Nowak Strzelecki, tylko... Jan Michał Andrzej Józef. A dobre jest jeszcze to, że na co dzień używają tylko imienia i pierwszego imienia rodowego, czyli Jan Michał. Dwa ostatnie not important. Dajcie spokój.

Kobiety mają takie same zasady z nazwiskiem (i też używają tylko pierwszego), po ślubie nie zmieniają nazwiska.

Problem zaczyna się wtedy, gdy europejskie urzędy muszą jakoś określić, jak facet ma na imię, a jak na nazwisko. My przyjęliśmy dotąd we wszystkich formularzach to, co ma wpisane w paszporcie, czyli imię to M. a nazwisko ma trzy człony. Czyli wszystkie trzy imiona ojców to jego nazwisko. Do tej pory wszystko działa. Ale uwaga teraz: wiza M. została wystawiona na jego ostatnie nazwisko. Konsul miał w ręku paszport, gdzie w jednej rubryce jest imię (M.) a w drugiej nazwisko (trzy słówka). I wpisał mu w wizie tylko ostatnie słówko. No piknie.

Ja się nie przejmuję, każdy może sobie łatwo sprawdzić, że wiza jest jego i to jego nazwisko, ale kurde no... Ale mają bajzel.

Czytałam jakieś rewelacje, co się dzieje, gdy pobierają się zmiksowane pary. Jest wielki problem, jakie nazwisko ma przyjąć żona. Jedni mówią, że można sobie wybrać jeden człon z nazwiska męża, inni mówią, że nie ma takiej opcji. I że polskie urzędy akceptują papiery z maksymalnie dwoma nazwiskami (czyli z trzecim jest już problem). Nie wiem tylko, czemu te dziewczyny robią sobie taki wielki problem, zamiast zostać przy własnym nazwisku, dać je dziecku i mężowi. Co, nie da się? Czy kolesie nie chcą? Gdy rozmawialiśmy o tym z M., rzeczywiście on nie ma problemu z tym, by nasze dzieci miały moje nazwisko, ale jakoś nie jest przekonany do przyjęcia mojego dla siebie :))) A miałby znacznie prostsze życie z polskimi urzędami i ogólnie polskim wszystkim. Jego biznes, może się namówi. Ja chętnie bym zmieniła nazwisko na jego pierwsze, bo właśnie z takim nazwiskiem go poznałam, gdy jeszcze nie wiedziałam o tych dziwnych zasadach. Ale że mogą być problemy - dajmy se spokój. Na szczęście jeszcze nigdzie nie wychodzę.

środa, 11 czerwca 2014

Da się? Da się!

Za pierwszym razem, bez miliona na koncie, z zaproszeniem od kobiety (bo plotki krążyły, że bardziej dadzą z męskim zaproszeniem, niż żeńskim), z egipskim zatrudnieniem gdzieś po środku sharmowych widełek, bez znajomości polskiego i bez znajomości w ogóle.

Jeszcze do mnie to zbytnio nie dociera, ale jak już dociera, to za każdym razem czuję się jak w poranek wigilii Bożego Narodzenia. Albo jak po rozdaniu świadectw w czerwcu. Pamiętacie? Ładnych parę osób cieszy się razem ze mną.

Będzie tu za pięć dni. Będę mogła go zobaczyć. Będzie ze mną, tuż obok mnie.

Nie do wiary.

To moje prywatne święto.

poniedziałek, 09 czerwca 2014

Tydzień do planowanego przyjazdu M. Jeszcze nie chodzę po ścianach, ale emocje coraz większe, bo czekamy na decyzję, czy dostał wizę czy nie. Spędzam ten czas na nieustannym remontowaniu domu i... planowaniu. Na przykład, co zrobię, gdy M. dostanie wizę. Albo co zrobię, gdy nie dostanie. Albo co by było, gdyby nam nie wyszło. Im więcej czasu ma człowiek, tym gorzej dla jego zdrowego rozsądku.

Gdy M. przyjedzie, w pierwszej kolejności pokażę mu moje ulubione miejsca w mieście, zorganizuję survival z polską kuchnią w roli głównej i zabiorę na parę terenowych wycieczek. Potem pokażę stare albumy ze zdjęciami i rodzinne filmy nagrywane dwadzieścia lat temu, zabiorę na zakupy i zlecę całą czarną robotę, która nazbierała się w domu i nadaje się dla męskich rąk. Marzę o obiadach w ogrodzie i drinkach na tarasie późnym wieczorem. Ale to wszystko dopiero wtedy, gdy wypuszczę go z łóżka.

Jeśli M. nie przyjedzie, napiję się i pomyślę, co dalej. Pojadę do niego. Prędzej czy później, na krócej lub dłużej. Do Egiptu już i tak tęskno. Właśnie zaczął się sezon i skręcam się w środku w supełek, ale wiadomo, jak jest.

Skończyłam wczoraj czytać książkę o stewardesach i oczywiście zaczęły się marzenia. No co, jak szłam na studia, to też w ogóle nie brałam pod uwagę specjalizacji, którą pięć lat później ukończyłam z wyróżnieniem. Może nie zdecydowałabym się tak łatwo na życie w chmurach i w ogóle poza czasem, ale dzięki ostatnim dziewięciu miesiącom przekonałam się, że nie trzeba bać się języków obcych, że cudzoziemcy nie gryzą i nie są co do zasady lepsi od nas no i że można przestać traktować angielski jak język obcy. O ile kiedyś nie wyobrażałabym sobie pracy lub dłuższego pobytu za granicą, teraz nie widzę w tym problemu. To jest plan C, wolałabym go nie uskuteczniać, ale wolę to, niż pakować się znowu w to, co miałam serwowane przez parę ładnych lat przed M.

Bo to jest święta prawda, wszystko dzieli się na to, co było przed i po.

czwartek, 05 czerwca 2014

Pewnie zastanawiacie się, jak to tak naprawdę jest z tą legendarną Zemstą. Ponoć nieciekawy jest los osób, które ten problem dotyka. Byłam w Egipcie siedem razy, co daje łącznie 13 tygodni pobytu. Jadłam w super hotelach, małych obskurnych knajpkach i na ulicy. Sama wybierałam ryby wyłożone na lodzie w roju much, jadłam egipskie fasolki z chlebem, nie myjąc uprzednio rąk. Piłam soki wyciskane z bambusa, który chwilę wcześniej leżał na plastikowych krzesłach na słońcu na chodniku pośród ulicznych śmieci i samochodowych spalin. Jem warzywa i owoce bez obierania już pierwszego dnia pobytu, piję mnóstwo drinków w szklankach wypełnionych kostkami lodu, które pomiędzy jednym turystą a drugim są zaledwie płukane w gorącej wodzie i myję zęby wodą z kranu. Nigdy nic mi nie było, ani podczas pobytu, ani po powrocie do Polski. Jak to robię?

Na tydzień przed wyjazdem zaczynam brać Trilac. To zwyczajny lek osłonowy wydawany bez recepty, który bierze się też np. podczas kuracji antybiotykowej. Nie przejmuję się zaleceniami ulotki, tylko robię tak, jak dawno temu doradziły mi osoby mające za sobą wczasy w Egipcie. Jedna tabletka rano przed śniadaniem. Zaczynam 7 dni przed wylotem, biorę w Polsce, potem cały czas tak samo w Egipcie i kontynuuję 7 dni po powrocie do Polski. Sporo tego wychodzi (na tygodniowy pobyt potrzeba łącznie 21 tabletek), ale jest spokój.

Czy zawsze tak robię? Powinnam zacząć od tego, że tak przykładnie się "osłaniałam" przez pierwsze trzy wyjazdy. Przy czwartym nie brałam Trilacu już po powrocie do Polski, podczas kolejnych pobytów brałam tabletki tylko w Egipcie, a w trakcie ostatnich wakacji w ogóle przestałam je brać jeszcze w Sharmie.

Nie wierzę w zbawienne działanie polskiej wódki, którą niektórzy turyści kupują na lotnisku, aby codziennie rano na dzień dobry w formie sety sobie aplikować. Część z nich zresztą później z tego rezygnuje i niewypita butelka służy za prezent dla polskich animatorów :). Od wódki jest mi niedobrze, więc nie będę sobie dodatkowo szkodzić. Trilac w zupełności mi wystarczał, a wcale nie żałowałam sobie tych wszystkich dobrodziejstw egipskiej gastronomii.

Kret w swojej książce przedstawia teorię, że Zemsta Faraona atakuje turystów, którzy spędzają całe dnie, wylegując się na słońcu nad basenem, mieszając alkohol i pochłaniając ogromne ilości jedzenia. Wiadomo, że w Polsce tak nie robią, a w all inclusive ma się zwrócić. Ja swojego czasu też jadłam niemal wszystko, co się da, w ilościach nieprzystających młodej studentce, a potem gniłam na leżaku z książką. I nic mi nie było. Teraz już nie jem aż tyle (podczas ostatniego all inclusive pobytu w ogóle nie jadłam obiadów, bo mi się nie chciało), ale wsuwam egipskie owoce, napoje z lodem i smażone na moich oczach na megasyfiastej blasze ryby.

Delikatniejszym żołądkom z czystym sumieniem polecam Trilac i może na początku przynajmniej nie eksperymentujcie za bardzo z jedzeniem na mieście. Co ciekawe, z tego, co widziałam w hotelach, chore były głównie dzieci - być może dlatego, że nie piją alkoholu, który ich rodzicom w dzisiejszym przemyśle turystycznym  pięknie konserwuje układ trawienny.

wtorek, 03 czerwca 2014

Sisi wygrał zeszłotygodniowe wybory prezydenckie w Egipcie z wynikiem 96,91%, frekwencja wyniosła 46%. Da się? Da się.

Przypomnijmy sobie naszą frekwencję w ostatnich wyborach do europarlamentu w naszym pięknym, wolnym, bogatym, demokratycznym i europejskim kraju. Ok, w wyborach prezydenckich będzie lepiej. Ale takiego wyniku dla jednego kandydata jak Polska długa i szeroka od morza do Podhala to się ni chuchu nie spodziewajmy.

Tyle się już nie widzimy. To taki dowód upływu czasu, ale im dalej w las, tym gorzej. Znacznie lepiej jest na początku, gdy przytłacza Cię wizja nadchodzących wielu tygodni spędzonych osobno i nie wiadomo w ogóle, ile to będzie trwało. Później jest gorzej, bo raz: nadal nie wiesz, kiedy się zobaczycie a dwa: ta spora ilość czasu, która minęła, powoduje, że czujesz się nieswojo. Przed moim wylotem w lutym najgorsze były, słowo daję, ostatnie trzy dni, kiedy myślałam, że to już nigdy się kurna nie skończy. Nic nie można zaplanować, a gdy już jakimś cudem spotkasz się ze swoim chłopakiem, po dwóch dniach znowu zacznie się odliczanie do kolejnego rozstania i znowu ogarnie Cię wizja rozłąki. Ogólnie stosunek ilości czasu spędzonego razem do tego spędzonego oddzielnie jest do dupy. Co z tego, że potrafimy już doceniać to, co trzeba i jak trzeba. Jestem mistrzem doceniania i co z tego.

Można się nie angażować i w ogóle w to nie bawić. Widziały gały, co brały. Niestety, to nic nie pomaga. Nie chciałaś się angażować. W zależności od Twojego charakteru, masz do wyboru dwa podsumowania:

1. Miało być jak nigdy, a wyszło jak zawsze.

2. Miało być jak zawsze, a wyszło jak nigdy.

Czasem takie zjazdy są, ale Skype pomaga :). Niech mi ktoś teraz powie, że nie mam silnego charakteru.