Polka w związku z Egipcjaninem.
Lama la - dlaczego nie?
Codzienność, problemy, dobre rady.
I garść dowodów, że warto.
lamala@interia.eu
środa, 20 lipca 2016

Tak sobie myślę, jak wielkim dziełem przypadku jest nasze życie. Brzmi prozaicznie, ale popatrzcie. Dzisiaj mija rok i miesiąc od naszego ślubu. Kilka dni temu stuknęliśmy się kieliszkiem, bo minęły nam trzy lata znajomości, dwa lata mieszkania razem i jakieś dwa i trzy czwarte roku związku. To, że teraz jesteśmy razem, że jesteśmy razem w Polsce, jest wynikiem cudzej decyzji - decyzji konsula. To nie zależało od nas. My mogliśmy tylko przynieść wszystkie papiery, wypełnić wnioski, ale decyzja nie należała do nas. To konsul przyznał wizę, umożliwiając nam życie razem, kontynuację naszego związku. Nie można powiedzieć, że przyznanie wizy to naturalna kolej rzeczy dla każdego petenta, który zgłasza swoją aplikację o wyjazd. Mało który egipski turysta dostaje wizę.

Co by było, gdyby decyzja była odmowna i M. nie dostałby wizy? Czy nadal bylibyśmy razem albo czy bylibyśmy małżeństwem? Czy ja bym wyjechała do Egiptu do pracy, tam podejmowalibyśmy kolejne próby zdobycia wizy i przeprowadzki do Polski? Czy te wszystkie trudności by nas nie poróżniły? Wiem, że niektóre kobiety żyją całe lata na odległość. Trzy lata, pięć lat, spotkania co kilka miesięcy. Albo wyjeżdżają do niego, "na jakiś czas". Regularne wizyty w Ambasadzie i kolejne odmowy. Niepewność przyszłości, czy mamy tutaj zostać, czy założyć rodzinę, czy się wycofać. Wieczna tymczasowość i stan, który nie jest docelowy. Lata lecą, w Polsce coraz mniejsze zaplecze. Czy tak się da żyć?

Naprawdę wielkim dziełem przypadku jest nasz związek i nasze małżeństwo. To nie tylko kwestia pozytywnej decyzji konsula o przyznaniu wizy. To też - a może przede wszystkim - efekt tego, że te trzy lata temu wsiadłam z mamą do samolotu i pojechałam na dwa tygodnie rajskich wakacji, które miały być po prostu wakacjami w gorącym kraju, z pyszną kuchnią, drinkami i snurkowaniem.

Gdyby ktoś do mnie wtedy podszedł, do tej kolejki do odprawy, co zacięła się drukarka i czekaliśmy, aż ktoś ją naprawi, albo gdy siedziałyśmy z mamą przy wysokim stoliku za odprawą w tłumie ludzi, pijąc białe wino, gdyby ktoś do mnie podszedł i powiedział, że dzisiaj poznasz swojego przyszłego męża, on jest Egipcjaninem i pracuje w barze w Waszym hotelu, on się zakocha w Tobie od razu, Ty będziesz potrzebowała jeszcze pół roku, przyjedziesz do niego jeszcze cztery razy. Pobierzecie się za dwa lata w Warszawie, Wasz ślub będzie cichy i kameralny, a sukienkę będziesz miała taką, jak sobie wymarzyłaś jeszcze w poprzednim związku. Aktualnym związku. Czy wsiadłabym do tego samolotu?

Pamiętam nie tylko tę zaciętą drukarkę i wino, pamiętam też kolor paznokci, który wybrałam u kosmetyczki, upał, gdy schodziłam do podziemi do kantoru, gdzie sprzedają jednodolarówki. Pamiętam, jak podpisywałyśmy umowę w biurze podróży w marcu i jak mój chłopak sam mnie przekonywał, że powinnam pojechać do Egiptu z mamą, bo jego samego to nie interesuje. Wybierałyśmy między dwoma hotelami. W tym drugim M. zresztą też kiedyś pracował, tak samo jak w obiekcie, w którym byłam już parę lat wcześniej. Pamiętam też pierwszą kolację w hotelu, spadającą gwiazdę, które to zjawisko zobaczyłam po raz pierwszy w życiu, pierwszy wieczorny spacer po plaży i leżak, na którym siedziałam każdego dnia, czując, jak z każdą chwilą Polska coraz bardziej się oddala.

Można tak w nieskończoność, wkraczając na kolejne poziomy łzawości ;). Gdyby nie M., pewnie nie byłabym w tej chwili niczyją żoną, najprawdopodobniej byłabym sama, bo ani ze mnie podrywacz, ani imprezowicz, raczej klasyczna nudziara bez większego poczucia humoru, stroniąca od zachowań ryzykownych, może wpadłabym w pracoholizm. Zawsze to jakieś rozwiązanie.

Jak wiecie, łatwo z Egipcjaninem w Polsce nie jest, ale i tak wsiadłabym do tego samolotu. A losowi dziękuję, że te dwa lata temu był nam przychylny, tam, w tej dyplomatycznej dzielnicy Zamalek ;).

wtorek, 12 lipca 2016

Lato w Polsce. Temperatury od 13 do 32 stopni, zależnie od pory dnia. Od deszczu, przez nawałnice, upały, grad, aż po listopadową mżawkę i przeszywający lodowaty wiatr. To, co latem w Warszawie jest pewne, to brak pewności, w co się rano ubrać. I puste (względnie) ulice. Wracam z pracy średnio dwadzieścia minut krócej, niż poza sezonem wakacyjnym. Teraz to tu można żyć :).

Okazało się, że zamiast jednego wolnego tygodnia mogę mieć dwa, więc skrupulatnie już ten czas zaplanowaliśmy. Po raz pierwszy od piętnastego roku życia wybieram się nad polskie morze. Będzie więc tak samo nowe dla mnie, jak dla M. Tak samo z Mazurami, które zobaczyliśmy podczas dwóch weekendów. Jednym z moich planów na ten rok było pokazanie trochę więcej Polski M. i jakimś cudem mi się to udaje. Kraków, Mazury, zaraz Toruń i Bałtyk. To sporo jak na jeden rok dla osób, które nie ruszały się poza Warszawę lub Zakopane. No i zobaczymy, co mu się spodoba najbardziej. Do dziś zwraca uwagę, gdy jest zielono i pusto lub cicho. Czyli dokładna odwrotność Egiptu.

Lato jest takie krótkie, korzystajmy! :)