Polka w związku z Egipcjaninem.
Lama la - dlaczego nie?
Codzienność, problemy, dobre rady.
I garść dowodów, że warto.
lamala@interia.eu
piątek, 19 sierpnia 2016

Drugi egzamin M. też oblał. Komputer był ten sam, pan prowadzący egzamin tym razem inny, nie mówił po angielsku, ale to i niepotrzebne. Za to poświęcił więcej czasu na obejrzenie karty pobytu M. z obu stron (po parę razy!). Być może pierwszy raz zobaczył cudzoziemca na oczy :). Kiedyś musi być ten pierwszy raz, nawet w pracy. Na kolejny termin M. chce się zapisać dopiero po urlopie.

Lipiec i połowa sierpnia zleciały mi błyskawicznie. Było parę ciepłych dni, ale coś mi się wydaje, że już się skończyły. Drzewa za oknem brązowieją. Ale to już? :( Nie przeszkadza to jednak faktowi, że od jutra, a nawet od dziś zaczynam urlop! Cudnie :)

Przy okazji poruszę temat, z którym pewnie się stykacie lub zetkniecie, gdy Wasz luby przyjedzie na stałe do Polski. Dużo osób i bardzo często pyta mnie, kiedy M. wybiera się do Egiptu. Zadają to pytanie za każdym razem osoby, których nie widziałam na przykład miesiąc. A ja zawsze odpowiadam im to samo, chociaż swoją wiedzę też czasem sama aktualizuję. M. nie wybiera się na razie do Egiptu. Nic się nie zmieniło od dwóch lat. Obecnie ilekroć go o to pytam, odpowiada tak samo, że może w przyszłym roku albo w jeszcze następnym. Nie spieszy mu się jakoś. Z perspektywy imigranta może to i dobrze, że mu nie tak tęskno, bo to przecież łatwiej żyć, niż gdyby zdychał tu z żalu za krajem. Dla mnie też, przyznaję, lepiej. Chociaż ja sama nie wyobrażam sobie, że mogłabym tak siedzieć za granicą i nie chcieć wrócić albo przyjechać do Polski raz na jakiś czas. Może punkt widzenia zależy od punktu siedzenia?

Nikomu z jego arabskich znajomych przebywających w Polsce nie spieszy się do Egiptu i innych krajów. To nie znaczy, że nie jeżdżą. Mniej więcej raz na dwa lata robią sobie taką wycieczkę, która trwa od tygodnia do miesiąca, zależnie od sytuacji. Częściej lata tylko jeden znajomy, który nadal prowadzi w Egipcie biznes i chce go czasem doglądnąć. Podobno wyjazd do kraju wiąże się z kłopotem pod tytułem prezenty. Rodzinka oczekuje w końcu czegoś z Europy, zwłaszcza, że nie widuje faceta całe lata. Tak samo, jak my czekaliśmy i czekamy na prezenty ze Stanów :). To chyba zrozumiałe. I weź tu obdaruj to stado ludzi. Starają się ograniczyć do prezentów dla dzieci, ale to i tak dużo. Dla mnie akurat kupowanie prezentów to wspaniała sprawa, ale rzeczywiście, trzeba się do tego nieźle przygotować.

Żony najczęściej zostają w Polsce z dziećmi. I stresują się, co tam się w Egipcie dzieje, a obecnie to jeszcze, czy samolot aby na pewno doleci, a potem wróci. Nastawialiśmy się na pierwszą podróż do Egiptu razem, ale po ostatnich akcjach M. przestawia się bardziej na podejście, że może jednak pojedzie sam. Chociaż wtedy to może też już będzie inna sytuacja polityczna i będzie bezpieczniej.

Przy okazji, zorientowaliśmy się, że jeszcze jakieś półtora roku i M. będzie musiał składać kolejny wniosek o kartę pobytu. O ile przepisy się nie zmienią (w sumie to na pewno się zmienią, ale załóżmy), będzie to już karta stałego pobytu. Przypomnieliśmy sobie, że to właśnie wtedy nadejdzie ten moment, kiedy M. ucieknie do Paryża, chociaż poprawia mnie, że woli do Berlina. Z taką stałą kartą bardziej się opłaca. Czyli mam jeszcze jakieś w przybliżeniu dwa lata małżeństwa przed sobą ;))). Chyba nie powinnam nigdy pisać, mówić ani nawet myśleć takich rzeczy, bo nie wiadomo, co jeszcze los nam przyniesie. I nie mam na myśli żadnej europejskiej dezercji. Teraz piszę to serdecznie, wyłącznie w charakterze żartu, który rozumiecie tylko Wy, partnerki Arabów w Polsce :).

Tym humorystycznym akcentem żegnam się z Wami na parę dni i życzę mocno, aby mój dobry nastrój (naprawdę dobry! pierwszy raz od dawna!) udzielił się też Wam. Może czasem wystarczy po prostu wziąć wolne :).

poniedziałek, 08 sierpnia 2016

Oczywiście - nie zdał :). Nie brakowało mu wielu punktów, to znaczy mogło być gorzej, ale niestety trzeba będzie odwiedzić ośrodek egzaminacyjny jeszcze raz albo nieraz. Dobra wiadomość jest taka, że nie było żadnych wpadek proceduralnych. M. był na liście gdzie trzeba, miał ustawiony egzamin po angielsku, nawet pan prowadzący egzamin rozmawiał z nim po angielsku. Oprócz niego zdawało jeszcze dwóch cudzoziemców, reszta to Polacy. Cudzoziemcy nie zdali, polscy sąsiedzi przy biurkach obok też nie. Pan sprawdzający listę (tak na wszelki wypadek - wyczytuje wszystkich po kolei, wtedy wchodzi się do sali, podpisuje listę, a pan podaje numer komputera; szczegółowe instrukcje pan przekazuje po polsku, a potem króciutko po angielsku) każdego pytal "Pan po raz pierwszy?". Do wejścia na egzamin wystarczy cudzoziemcowi karta pobytu. Po egzaminie poszliśmy zapisać się na kolejny termin, też wystarczyła już sama karta, bez Profilu Kandydata. Wszystko już jest w systemie, tylko wybieramy sobie termin i opłacamy.

Egzamin składa się z (chyba) 32 pytań, maksymalnie 74 punkty do zdobycia, wystarczy 68 aby zdać. Większość to pytania TAK-NIE, masa filmików. Jest czas na przeczytanie pytania, potem czas na filmik, potem czas na odpowiedź. Nie można wrócić do poprzednich pytań. Każde pytanie inaczej punktowane. My to mieliśmy kiedyś prościej, 18 pytań wielokrotnego wyboru, razem 18 punktów, 16 zdaje. Teorię robiło się z palcem w nosie. Następny termin egzaminu niebawem :).

poniedziałek, 01 sierpnia 2016

Jakiś czas temu rozpoczęliśmy procedurę wymiany egipskiego prawa jazdy na polskie. Sprawa posunęła się do przodu, aktualnie czekamy już na egzamin teoretyczny. W międzyczasie zadziało się parę rzeczy, a mianowicie:

Jakiś tydzień po złożeniu przez nas papierów w urzędzie dzielnicy odebrałam telefon od pani, która przyjmowała dokumenty, że konieczne będzie potwierdzenie prawdziwości egipskiego prawka przez Ambasadę Egiptu. Tak mi się zdawało od początku, że to jeden z kroków, ale nic w tym kierunku nam wcześniej nie sugerowano. No i w związku z tym mamy dwie opcje: pojechać osobiście do Ambasady i załatwić sprawę, lub dostarczyć prawo jazdy do urzędu i oni sami je wyślą. M.owi nie uśmiechało się jechanie przez pół miasta, czekanie w kolejce i płacenie kolejnej stówki za dokumenty od Ambasady (jakoś tak za każdym razem musieliśmy płacić sto złotych, za wydanie jakiegokolwiek dokumentu), więc postanowił zanieść prawo jazdy do urzędu i niech oni sami wysyłają.

Dotarł na miejsce, a tam za biurkiem była inna pani. Ani słowa po angielsku, pani bierze do ręki egipskie prawo jazdy i nie wie, co z nim zrobić. No to M. dzwoni do mnie, abym przez telefon wytłumaczyła o co chodzi. Pani nie chciała się zgodzić z moją wersją wydarzeń, (z lekkim oburzeniem) Państwo sami to załatwiają we własnym zakresie, ale jak poszła  zapytać koleżanki, to okazało się, że jednak niekoniecznie sami we własnym zakresie. M. zostawił zatem prawo jazdy na pastwę urzędu i poczty polskiej (chyba).

Kolejne dwa lub trzy tygodnie później przyszło do nas pismo, że ze względu na złożoność sprawy i brak odpowiedzi od instytucji właściwych do wydawania decyzji, urząd nie wyrobi się z realizacją naszej sprawy i przeciągnie się ona do 30 września. Spoko, nie pali się.

Następnego dnia zadzwoniła do mnie "nasza" pani z informacją, że jest już odpowiedź z Ambasady, potwierdzili prawdziwość egipskiego prawa jazdy i możemy odebrać Profil kandydata na kierowcę.

W takim razie tydzień temu, w poniedziałek (bo w poniedziałki pracują do 18) poszliśmy do urzędu, M. coś tam podpisał i odebrał Profil. Egipski dokument został w urzędzie, bo po zdaniu egzaminu zostanie odesłany do Egiptu. Ciekawe, czy będą wiedzieli, gdzie to wysłać :))). Inaczej mówiąc, M. będzie miał tylko polskie prawo jazdy. Nic więcej w urzędzie nie musimy robić, dopiero po zdaniu egzaminu pani zadzwoni do mnie z informacją, że jest już polskie prawo jazdy do odbioru.

Z tym Profilem i jego kartą pobytu udaliśmy się w sobotę do najbliższego nam Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego i M. zapisał się na egzamin teoretyczny w języku angielskim. Pani w okienku życzliwie poinformowała, że gdyby nie powiodło się za pierwszym razem, to wszystkie dane są już w systemie, włącznie z prośbą o wersję angielską. Niech mu komputer lekkim będzie, M. nie wierzy za bardzo w swoje możliwości, bo ponoć żaden cudzoziemiec nie zdaje za pierwszym razem. Rzeczywiście, jak oglądałam płytę z pytaniami i aktualną wersją egzaminu, to jest trochę gorzej, niż było osiem lat temu. A weź to jeszcze spróbuj zrozumieć po angielsku. Ale najważniejsze, że nie musi zdawać praktyki.

Tymczasem zaczął się sierpień, mój ulubiony miesiąc w roku, tym razem chociażby dlatego, że przybliża mnie do upragnionego urlopu :). Na dzień dobry pada, ludzie się cieszą, że upały się skończyły, zaraz się zacznie, że za zimno, a ja płaczę za tymi trzydziestoma stopniami, że gdzie one się podziały?! Podobno w piątek przyjdzie ocieplenie i znów Polakom będzie za ciepło. Co do urlopu, jakiś pierwotny chyba instynkt jednak wziął górę nad odkrywczymi pomysłami i zrezygnowałam z tygodnia nad morzem. Zamiast tego - parę dni więcej w Tatrach. Gdy tylko sobie to uzmysłowiłam, że dlaczego nie, spłynęło na mnie oświecenie i ogromnie mi ulżyło. Prawie dwa tygodnie w górach, to już można coś porobić :).