Polka w związku z Egipcjaninem.
Lama la - dlaczego nie?
Codzienność, problemy, dobre rady.
I garść dowodów, że warto.
lamala@interia.eu
piątek, 03 sierpnia 2018

Polskie lato. Gorąco, słonecznie. Pięknie... Przestałam już liczyć, ile narzekań dziennie na to słyszę :). Że za gorąco, że myśleć się nie da, że ukrop i tak dalej. Pomnicie swe słowa w listopadzie! Ja z tymi temperaturami jestem w RAJU.

Zaraz zaczynam krótki urlop-bez-męża, czyli tradycyjny wyjazd z mamą. A co do męża, to mam takie małe przesłanie do świata: dbajcie o swoich facetów. Tym razem w tym sensie, że zapiszcie go do jakiegoś lekarza, niech zrobi sobie badania krwi. Jak M. pracował w Sharm, to miał takie badania robione co roku. Po przyjeździe do Polski wziął się za to dopiero teraz. No i zaczęła się runda po lekarzach... Chuderlakiem nie jest, a jednak nazbierało mu się braków tego i owego.

Tego lata ja i M. dołączyliśmy do prywatnego ubezpieczenia w mojej pracy. I chociaż co miesiąc obcinają co nieco z pensji, to myślę, że to była najlepsza decyzja. Zaczynamy generalne przeglądy zdrowia. Życzę tego wszystkim! Dbajcie o siebie. Żebyście mogli uniknąć różnych nikomu niepotrzebnych stresów, a wakacje służyły do cieszenia się wakacjami.

PS, bo chyba tutaj o tym nie wspominałam: M. zaczął naukę pływania. Tak, mój mąż nie umie pływać! A raczej nie umiał jeszcze do niedawna :). Dziwi mnie, jak facet pochodzący z kraju o dwóch ciepłych morzach może nie umieć pływać. I nie on jeden z jego otoczenia. Cóż, czego nikt nie dopilnował za młodu, facet nadrabia w dorosłości. Mamy niedaleko nas mały basen, M. zapisał się na indywidualne lekcje. On się uczył, a ja w tym czasie sobie pływałam. To były moje ukochane lipcowe wieczory. Zaczął od zera, a niedawno widziałam, jak płynie obok mnie kraulem bez żadnej pomocy. Przed nim jeszcze sporo nauki, ale, jak widać, dorosły też może nauczyć się pływać, jeśli się za to weźmie :). A nowy sport to teraz dla niego idealny timing.

środa, 04 lipca 2018

Dziś chciałabym poruszyć pewną kwestię, na którą być może nie zwraca się zwykle uwagi, ale która jednak trochę mówi o nas i naszych związkach z cudzoziemcami. Polki przebywające w związku z Egipcjaninem (albo przedstawicielem innej nacji) często rozpoczynają poszukiwania wskazówek, w jaki sposób ich luby może przyjechać do Polski, o ile w niej jeszcze nie był. To chyba najpopularniejszy wskaźnik międzynarodowych miłości: jak tu ściągnąć ukochanego do naszego kraju. Zamiennie z Polską rzadziej pojawiają się nazwy innych państw europejskich, a czasem jeszcze jest to wręcz bliżej nieokreślony kraj, byle w Europie. To normalna rzecz, że para chce być razem, a Polka niekoniecznie chce się wyprowadzać do Egiptu.

Kobiety poszukujące informacji o zaproszeniach, wizach, kartach pobytu trafiają wreszcie na internetowe fora, grupy na portalu społecznościowym, a nawet na blogi, i na tych wszystkich stronach zadają sobie wzajemnie pytania i czekają na odpowiedzi. Od kilku lat śledzę różne strony tego typu, bo sama poszukuję różnych informacji. Całe szczęście, że mamy takie źródła. Stosunkowo szybko można dotrzeć do przeróżnych wskazówek, na przykład - gdzie i jak wystawić zaproszenie dla cudzoziemca, jakie dokumenty są potrzebne do zaproszenia itd. Na tym często polega zadanie polskiej strony - trzeba przygotować oficjalne zaproszenie w urzędzie. Do tego potrzebne są polskie papiery potwierdzające dochód i miejsce zamieszkania. Wiadomo, strona zapraszająca musi wykazać, że jest w stanie tego cudzoziemca przez jakiś czas utrzymać.

Dziewczyny kochane! No to czemuż to co trzecie pytanie w tych przestrzeniach komunikacji brzmi jak niżej:
Jakie dokumenty Egipcjanin musi złożyć w Ambasadzie?
Co to jest za dokument, który załatwia się w Mugammie?
Gdzie Egipcjanin kupuje to ubezpieczenie na wyjazd do Polski?
Kto może wystawić zaświadczenie o pracy Egipcjanina?
Gdzie Egipcjanin załatwia zaświadczenie o niekaralności?
Czy Egipcjanin może wykupić wycieczkę do Polski w Egipcie i przyjechać na dwa tygodnie?
Jaki urząd w Egipcie wystawia zaświadczenie o stanie wolnym?
Gdzie się załatwia orfi?

Ok, tylko nie gniewajcie się, proszę. Te wszystkie pytania (to tylko przykłady) brzmią zupełnie normalnie, wszystkie dotyczą istotnych kwestii związanych z podróżą egipskiego partnera do Polski albo naszego pobytu tam. Rozmowy na te tematy są też bardzo ciekawe i pouczające. Ale! Wszystkie powyższe pytania mają wspólny mianownik, mianowicie - dotyczą tego, co się dzieje TAM, w Egipcie. Bez wątpienia to egipski ukochany sam składa sobie dokumenty w Ambasadzie, kupuje ubezpieczenie i wydobywa papiery o niekaralności. Od tego ma dowód osobisty, żeby swoje egipskie sprawy załatwiać u siebie, w swoim języku, w swoim własnym kraju a nawet we własnym mieście! Pośredniczenie przez daleką zimną Polskę naprawdę jest w tym momencie niepotrzebne.

Skąd Polka ma wiedzieć, czy egipskie biura podróży organizują wycieczki do Europy i czy pomagają w uzyskaniu wizy? Chybaśmy z takich usług same nigdy nie korzystały? No to bierze Egipcjanin telefon w łapkę i dzwoni po kumplach i instytucjach i się dowiaduje. Gdzie się załatwia orfi? No na miłość boską, marzy facet o wskoczeniu do łóżka ze swoją narzeczoną, to i jest w stanie wydobyć orfi spod ziemi! To samo dotyczy dokumentów z Mugammy i wszelkich innych papierów, które trzeba sobie przygotować. My tutaj w Polsce możemy mieć jakąś orientację w tej tematyce, ponieważ mamy kontakt z innymi międzynarodowymi parami i non stop wymieniamy się informacjami. Także nic nadzwyczajnego, że my Polki też zastanawiamy się, gdzie chłopak pozałatwia taki dokument czy inny. Ale do czego zmierzam?

Tak na mój ogląd, wiele kobiet wpada w pułapkę bierności egipskiego partnera. Pułapkę, bo facet musi wykonać dużą pracę, aby przyjechać do Polski, a najchętniej zwaliłby to wszystko na swoją dziewczynę. Chciałby dostać wszystkie dokumenty na tacy, a najlepiej to jeszcze żebyśmy mu narysowały mapkę z zaznaczonym egipskim urzędem, numerem telefonu, pokoju i godzinami przyjmowania! A idealnie, gdyby jeszcze wrzucić to do jakiejś aplikacji i żeby GPS go zaprowadził pod same drzwi! Skąd my mamy takie rzeczy wiedzieć? Egipcjanin swoje papiery niech załatwia sam. Niech sam dzwoni do Ambasady i pyta, co musi przynieść. Niech pyta kolegów, znajomych znajomych, w końcu tak się chwalą swoimi daleko zakrojonymi relacjami i że w dzielnicy wszyscy wszystkich znają. No to proszę bardzo! Świetna okazja wykorzystać swoje wzorcowe relacje społecznościowe.

Oni są tam na miejscu. Mieszkają w Egipcie, mają dookoła swoich rodaków. Facet będzie w stanie wszystko załatwić, tylko musi ruszyć swoje cztery litery, a nie poprzez Europę dowiadywać się, kto mu w pracy wystawi zaświadczenie o zatrudnieniu. Czy my pytamy egipskiego partnera, gdzie w Polsce składa się wniosek o zaproszenie? Albo jaki dokument potwierdzający prawo do nieruchomości będzie akceptowany w urzędzie? WTF?

Wiem, pewnie zaraz pojawią się opinie, że ja jestem jakaś nieżyciowa, niewspierająca dla mojego męża, nie pomagam nikomu i oczekuję chyba cudów, bo wiadomo jak skomplikowane są procedury migracyjne. Oczywiście, że są skomplikowane, i dlatego ja towarzyszyłam, choć zdalnie, mojemu M. na każdym kroku, gdy załatwiał swoje dokumenty do wizy. Ba, sama wypełniłam wniosek wizowy i wysłałam mu wersję wordowską, żeby tylko pokopiował odpowiedzi do formularza online i wysłał. To nie znaczy jednak, że M. zadawał mi pytanie, gdzie może sobie na przykład wykupić ubezpieczenie. Na pewno o tym rozmawialiśmy, ale kwestie egipskie były jednak jego działką. Ani razu nie dzwoniłam do Ambasady w Kairze.

Organizacja przyjazdu Egipcjanina do Polski to sprawa zajmująca sporo czasu. Niech więc stanie się okazją do sprawdzenia, na ile mu zależy, czy jest obrotny, czy się łatwo zniechęca. Nie przejdziesz przez to sama! On też musi działać, na równi z Tobą. Wiza do Polski to dopiero początek. Jeśli facet nie potrafi zebrać nawet nie tyle dokumentów, ile informacji o wymaganych dokumentach tam, w swoim kraju, to co będzie, jak przyjedzie do Polski?

Być może to wszystko zabrzmiało dość groźnie, więc chcę tylko wyjaśnić dwie sprawy:

My, Polki - rozmawiajmy o wszystkim, dzielmy się informacjami, pomagajmy sobie. To chyba całkiem nieźle nam wychodzi. Ja też czekam na wszystkie pytania od Czytelniczek i nikogo nie oceniam. Sama wielokrotnie szukałam i szukam nadal wsparcia w internecie.

Ale otwórzmy sobie oczy, czy nasz ukochany czasem się trochę nie obija i nie zrzuca na nas pracy, którą powinien bez problemu wykonać sam. Niech szuka sam, my możemy szukać równolegle z nim i porównywać informacje, szukać inspiracji w historiach innych par. Ale same nie róbmy za niego nic, co należy tylko do niego! I tak mamy sporo na głowie w związku z jego przyjazdem.

wtorek, 26 czerwca 2018

M. złożył wczoraj wniosek o pobyt stały. W tym celu udaliśmy się razem do Wydziału ds. Cudzoziemców. Póki pamięć jest jeszcze świeża, opiszę szczegóły składania tego wniosku. Trzeba chyba zaznaczyć, że wniosek był składany w Warszawie, a wymogi dotyczące dokumentów są aktualne, hm, na dzień dzisiejszy :). M. złożył wniosek jako mąż obywatelki RP. W trakcie przygotowywania dokumentów kierowaliśmy się przede wszystkim informacjami zawartymi na stronie UDSC oraz na stronie warszawskiego Wydziału, ponieważ to w nim był składany wniosek.

Jeśli wniosek o pobyt stały ma być złożony na podstawie małżeństwa z Polakiem, wymagane jest przebywanie minimum 3 lata w tym małżeństwie oraz minimum 2 lata ukończonego pobytu czasowego w Polsce na podstawie tego małżeństwa. Oba wymogi zostały w przypadku M. spełnione, stąd i jego aplikacja o stały pobyt. Jego karta czasowego pobytu jest jeszcze ważna ok. pół roku od dziś, ale to nie przeszkadza, by wcześniej złożyć wniosek o stały pobyt.

Na złożenie wniosku można umówić się przez internet za pomocą kalendarza. Wspominałam Wam o tym niedawno w jednej z notek. Wniosek można też wysłać do urzędu pocztą, wtedy przychodzi pismo z wezwaniem do urzędu - trzeba pokazać paszport i dać odciski palców. Nie sprawdzaliśmy tej metody. Szczerze polecam zapisanie się przez internet :)

Dokumenty, które wczoraj złożyliśmy do wniosku o pobyt stały:

  • 2 wypełnione na komputerze i wydrukowane egzemplarze wniosku o pobyt stały, podpisane przez M. we wskazanych miejscach. Wniosek można wypełnić online i wygenerować sobie PDF-a na tej stronie. Właśnie z tego skorzystaliśmy
  • 4 zdjęcia jak do dowodu osobistego
  • potwierdzenie przelewu 640 zł - opłata skarbowa za wniosek o pobyt stały. Numer konta był na stronie warszawskiego Wydziału
  • 2 kserokopie wszystkich wykorzystanych stron w paszporcie i strony ze zdjęciem
  • 1 kserokopia aktualnej karty czasowego pobytu
  • oryginał odpisu aktu małżeństwa - Pani wolała oryginał, niż xero
  • 1 kserokopia mojego dowodu osobistego
  • PIT-y M. za ostatnie 3 lata - ksero całych PIT-ów i potwierdzenia złożenia; dwa razy było to UPO (M. złożył dwa PIT-y przez internet) i raz ksero pocztowego potwierdzenia nadania
  • 1 kserokopia aktualnej umowy o pracę
  • 1 kserokopia potwierdzenia ubezpieczenia
  • 1 kserokopia aktualnego zaświadczenia o zameldowaniu czasowym

Co do PIT-ów i umowy o pracę Pani nie była pewna, czy będą potrzebne, ale je wzięła, ponieważ jest wymóg nieprzerwanego pobytu i te dokumenty mogą się przydać jako potwierdzenie pobytu. Mieliśmy te wszystkie kopie ze sobą, bo chcieliśmy możliwie ograniczyć późniejsze wezwania do uzupełniania papierów. Mam nadzieję, że takich wezwań będzie jak najmniej, a najlepiej to żeby w ogóle ich nie było...

Pani po kolei prosiła o dokumenty, aż doszła do momentu pt. "Co jeszcze mamy na dzisiaj?" :) i wtedy właśnie dałam jej PIT-y, umowę o pracę, meldunek i akt małżeństwa. W międzyczasie M. złożył odciski palców na tym małym skanerku. Pani dała mu też ten stempel do paszportu, potwierdzający z datą złożenie wniosku o pobyt stały. Rozmowa odbywała się w języku polskim, czyli w zasadzie ze mną ;), jedynie w sprawie odcisków palców Pani zwracała się po angielsku do M.

Na koniec wizyty M. dostał wydrukowane pismo będące potwierdzeniem złożenia wniosku. W treści pojawia się przewidywany termin rozpatrzenia wniosku, za niecałe cztery miesiące. Z tego, co słyszałam, to mało prawdopodobny termin, ale zobaczymy :). Do pisma podpięty był wydruk z loginem, hasłem, numerem sprawy i adresem strony internetowej, na której można się zalogować i sprawdzić status sprawy. Już tego samego dnia się zalogowałam i rzeczywiście wyświetla się numer sprawy M., data i godzina jej rejestracji w systemie oraz krótki komunikat, że wniosek jest w trakcie rozpatrywania.

Kilka wskazówek na temat składania dokumentów:

  • Wszystkie powyższe dokumenty trzeba mieć w oryginałach i kopiach. Pani zabiera kopie i poświadcza sobie za zgodność, oryginały trzeba tylko pokazać. Np. mieliśmy ze sobą trzy zaświadczenia o czasowych meldunkach, plus ich kserokopie. Niestety tylko dwa były w oryginałach, bo naprawdę nie wiem, gdzie posiałam trzeci oryginał. No to kopii tego trzeciego Pani nie chciała wziąć. Ale koniec końców i tak wzięła tylko ostatnie, najnowsze zaświadczenie, które na szczęście mieliśmy w oryginale i w kopii.
  • Odpis aktu małżeństwa musi być wystawiony najwcześniej 3 miesiące przed złożeniem wniosku. Ja uzyskałam nowy odpis w maju.
  • Akt małżeństwa daliśmy w oryginale, chociaż mieliśmy też kopię. Pani uznała, że akt małżeństwa jest ważny tylko 3 miesiące, więc nie będzie nam już potrzebny, hm :)
  • Egipcjanin nie ma nazwiska (akurat w tym urzędzie :)), więc we wniosku nie wpisuje się nazwiska. Wszystkie imiona wpisujemy w polu "imiona". Jeśli wypełniacie wniosek we wspomnianym wcześniej interaktywnym formularzu, system nie pozwoli pozostawić pola "nazwisko" pustego; można tam wpisać kilka spacji i przejdzie.
  • M. ma 4 imiona, one nie chciały się zmieścić w jednym polu "imiona", ale na szczęście do dyspozycji są dwa takie pola (pewnie dla normalnych ludzi, którzy mają imię pierwsze i drugie :)). Wobec tego podzieliłam jego 4 imiona na dwie części i wpisałam po dwa w oba okienka. W wygenerowanym wniosku w PDF-ie wszystko prezentuje się po prostu jako "imiona".
  • Ponieważ pole "nazwisko" jest puste, trzeba je po wydrukowaniu wykreskować.
  • We wniosku nie ma miejsca (nie ma nawet okienek, krateczek) by przy dacie dopisać miejsce złożenia. Dopisałam ręcznie "Warszawa" nad datą na prośbę Pani.
  • Cudzoziemiec podpisuje wniosek w kilku wskazanych miejscach całym swoim full name, czyli trzeba podpisać się wszystkimi członami nazwiska.
  • Wniosek w formularzu online wypełniałam drukowanymi literami, tzn. na Caps Locku. Nie wiem, czy system sam by sobie zmienił zwykłą czcionkę na litery drukowane. W każdym razie wniosek musi być wypełniony drukowanymi literami, również na komputerze.

 

System kolejkowy na miejscu w urzędzie :)

Na duży plus oceniam organizację składania wniosków w urzędzie. To już nie te czasy, że stało się godzinami w kolejkach. Termin złożenia wniosku rezerwujemy przez internet, czyli wybieramy dzień i godzinę (z dokładnością do chyba 20 czy 25 minut). Po dokonaniu rezerwacji system generuje nam bilet o dziwnym numerze typu X523. Trzeba to wydrukować i wziąć do urzędu, bo to jest właśnie nasz numerek jak na poczcie.

Na stronie warszawskiego Wydziału doczytałam, że do pokoju, gdzie składamy wniosek, wchodzi się po wezwaniu, tzn. po wyświetleniu naszego numerka. Na stronie podane były dwa pokoje, w przypadku Warszawy są to pokoje nr 10 i 11. Idziemy pod te drzwi, po drodze omijamy kolejkę osób do biletomatu (w jakichś przypadkach nadal trzeba pobierać numerki, ale jeśli masz rezerwację internetową, to nie pobierasz). Na korytarzu są monitory, na których wyświetlają się nasze numerki i numer pokoju, do którego trzeba wejść. Ponadto nad drzwiami pokoi też są wyświetlacze, tak samo przy biurkach w tych pokojach (w "naszym" pokoju wnioski przyjmowało ok. 6 osób). I nie ma co się martwić, wszystko się na miejscu zgadza.

Warto tylko wiedzieć, że w jednej minucie może się wyświetlić numer X520, tuż po nim X525 a potem X517. To nic nie szkodzi, po prostu taki tam mają system :). Jak byliśmy w środku i Pani sprawdzała nasze dokumenty, w międzyczasie zajrzały dwie osoby z pytaniem, czy ich numerek może już był. Polecam być trochę wcześniej w urzędzie, żeby się niczym nie przejmować i śledzić te numerki. U nas było opóźnienie ok. 20 minut.

Gdy czekaliśmy na naszą kolej, w międzyczasie z jednego pokoju dwa razy wyszła jedna Pani i pytała na głos, czy ktoś czeka "z listy rodzinnej". Nikt nie czekał. Nie wiem, co to za lista, nigdzie nic nie wisiało, ale może Wam się przyda taka informacja.

Także, podsumowując te techniczne sprawy, jeśli zapisałaś się na złożenie wniosku przez internet, to nie musisz już szukać żadnych list, chodzić do portierni itp. Idziesz ze swoim wydrukowanym numerkiem pod odpowiednie drzwi i czekasz, aż Cię wyświetlą :).

Sama wizyta przy biurku trwała u nas ok. 20 minut. Niektórzy siedzieli dłużej, bo brakowało jakichś kopii, zdjęć, wpłat. Najlepiej mieć to wszystko ze sobą przygotowane, żeby jak najszybciej załatwić sprawę i iść do domu. Ja tego dnia wzięłam wolne, ale M. musiał jechać do pracy. Po złożeniu wniosku wyszliśmy niestety na deszcz, załatwiliśmy dla M. jeszcze Kartę Warszawiaka korzystając z chwili wolnego (opowiem innym razem) i poszliśmy na krótką kawę. I wtedy dopadło mnie zmęczenie oraz... wielka ulga :).

środa, 20 czerwca 2018

Kolejna rocznica ślubu :). Może powinnam to zostawić dla siebie, bo temat jest prywatny i w końcu robi się nudny. Ale tym razem rocznica ma dla nas też nowe znaczenie, bo oficjalnie otwiera drogę do aplikacji M. o pobyt stały. Taki to romantyzm! Wszystko już jest przygotowane (oprócz zdjęć...), stres przed wizytą w urzędzie jest jak zawsze, ale staram się wewnętrznie uspokajać, że te cztery lata temu bardzo sobie życzyłam, aby być już w przyszłości i mieć doświadczenie w całej tej dokumentacji. Wizja wniosku o pobyt stały była tak samo odległa, jak wizja wychodzenia za mąż ;) i pamiętam, jak myślałam sobie, że przy stałym pobycie to będziemy już starą parą i będziemy wszystko wiedzieć, więc co to dla nas. Cóż, ślub i małżeństwo przyszło w swoim czasie, cztery lata pobytu M. w Polsce zleciały, choć burzliwie, i znowu stajemy z papierami w ręku przed urzędem. Dzisiaj urząd ma już inny adres, tak jak my. W ogóle wiele rzeczy się pozmieniało przez te kilka lat, tylko na szczęście my jesteśmy dalej razem. Z tych wszystkich przeróżnych decyzji, które podejmowaliśmy przez blisko pięć lat związku, ta o małżeństwie była naszą najlepszą. Tak jak rok temu, polecam wszystkim!

Żeby nie było, że ja tylko taka formalistka jestem i o papierologii myślę w dniu naszej trzeciej rocznicy, to zapewniam, że znowu mam ten sam problem, czyli co zrobić na kolację. Większe wyjście rocznicowe planujemy na weekend. Na głowie stanęłam w zeszły piątek, gdy zaczynały się święta M. Teraz najchętniej wolałabym, żeby to on stanął na głowie. Takie życie, że M. wraca codziennie późno do domu, ja mimo wszystko jestem w domu o siedemnastej i na mnie spada przygotowanie kolacji. No żal mi człowieka, żeby o dwudziestej czy wpół do dziewiątej musiał gotować, mi w międzyczasie pozwalając umrzeć z głodu. Robienie kolacji weszło mi w nawyk, tym bardziej cieszę się, że w weekend gotować nie będę!

Dam znać, co i jak z urzędem. Parę informacji udało mi się znaleźć w internecie, ale nie wystarczająco tyle, ile chciałabym wiedzieć. Trochę nadal przecieramy szlaki. Dlatego wszystko opowiem po powrocie, bo wiem, że to może być przydatne na przyszłość dla innych. Zresztą... Co rok to nowe przepisy, więc i tak te wszystkie wskazówki nie są gwarancją sukcesu ;).

poniedziałek, 28 maja 2018

Od paru dni próbuję zapisać M. na składanie wniosku o pobyt stały. Tym razem można to zrobić za pomocą specjalnego systemu, który, cóż, nie działa. Zaglądałam do niego co parę dni już od jakiegoś czasu, ale dopiero od niedawna poluję na jakiś termin złożenia wniosku. Do wniosku o pobyt stały cudzoziemiec musi być minimum trzy lata mężem (bo M. akurat będzie opierał swój wniosek na małżeństwie). Zaraz nam trzy lata miną. A system nie działa! :)

Pamiętam jego pierwszy wniosek i godziny spędzane w kolejkach na korytarzu na Długiej. Na drugą kartę już się umówił telefonicznie, a teraz, na trzecią, dołączyli system elektronicznej rejestracji. Wszystko teraz jest w systemach. Może w końcu zadziałają :)

Od ponad miesiąca się nie odzywałam. Odkąd pamiętam, maj zawsze był ciężkim miesiącem. Nagle wszyscy się orientują, że nic nie jest zrobione, a zaraz będzie sezon urlopowy / wakacje i zachciało się nadrabiać całoroczne braki. Tym samym nie wiem, kiedy ten miesiąc minął, ale może zacznie się trochę sytuacja uspokajać. Idzie Boże Ciało, pracownik roku jak zawsze będzie w pracy, na przykład szkoląc się z RODO :) I mam nadzieję, że najbliższym dniom będą towarzyszyły te cudowne, około trzydziestostopniowe temperatury. Bo wreszcie przyszedł... czerwiec :).


Później, tzn. następnego dnia rano


Jest termin! W domu to M. zwykle przypominał mi, że a może by tak sprawdzić w systemie, czy coś się ruszyło. Nie to, żeby nie umiał obsługiwać komputera / czegokolwiek mobilnego, ale tak to już w naszej rodzinie jest, że co sprawa urzędowa, to ja. Odświeżyłam stronę w telefonie i... bingo! System nagle postanowił działać. Szybka decyzja co do godziny, wpisujemy kilka danych osobowych M. i załatwione. M. dostał potwierdzenie rezerwacji terminu spotkania z informacją o dniu, godzinie i z numerem biletu. Nie ma numeru pokoju, ale to pewnie znajdzie się już na miejscu.

Wysłałam przez ePUAP wniosek o wydanie odpisu aktu małżeństwa, bo trzeba dołączyć do wniosku odpis nie starszy, niż trzymiesięczny. Małżeństwo było zawierane w innym USC, niż ten, obok którego teraz mieszkamy (chociaż też w Warszawie). Odpis odbiorę osobiście, będzie gotowy za 10 dni. Niby można wydrukować wersję elektroniczną, ale przypadkiem widziałam na którejś ze stron Urzędu Miasta, że wydruk z wersji elektronicznej nie jest dokumentem urzędowym. Urzędowa jest tylko wersja elektroniczna załączana online np. w jakichś formularzach. Dmuchajmy na zimne, niech będzie tradycyjny dokument.

Do tego M. (tzn. ja) wypełni wniosek o pobyt stały, teraz można to zrobić w interaktywnym formularzu na stronach UdsC, który, hm, nakazuje wpisanie nazwiska. Może kreseczki w tym miejscu przejdą? A co tam, spróbujemy. Wydrukujemy tego kilka sztuk, bo nie doszukałam się jeszcze jednolitej wersji wydarzeń, ile tych egzemplarzy wniosku faktycznie ma być.

Plus ksera wszystkich wykorzystanych stron w paszporcie, strony ze zdjęciem, mojego dowodu osobistego, może jeszcze potwierdzeń jego czasowych meldunków i umowy o pracę. No i 4 zdjęcia. Tak na szybko prezentuje się lista dokumentów do zebrania. Zleciały trzy lata :)

 

Jeszcze później, tzn. po jakichś 3 godzinach

 

Odpis aktu małżeństwa jest już do odbioru w moim obecnym USC, także wraca wiara w systemy informatyczne naszych Urzędów :).

wtorek, 10 kwietnia 2018

Trochę nie wiedziałam, jak opisać Wam to, czym się jakiś czas temu zajmowaliśmy, żeby nie zdradzić zbyt wiele, a jednocześnie przekazać nowiny :). Więcej szczegółów będzie później, ale na razie chcę się skromnie pochwalić! :) - Edit: jedziemy do Tunezji, teraz już mogę się przyznać :).

Jeszcze jesienią zeszłego roku postanowiliśmy, że za rok wybierzemy się na wakacje do ciepłego kraju. Byliśmy już dwa razy wspólnie w Grecji, co było cudowne, i chcieliśmy powtórzyć taki urlop, tylko w innej destynacji. W końcu decyzja zapadła, kraj naszej planowanej podróży został wybrany - Tunezja - i okazało się, że M. będzie potrzebował wizy turystycznej na taki wyjazd. Oczywiście! On to chyba nigdzie bez wizy się nie ruszy. Żartuję, bo przecież bez przeszkód może jeździć do państw strefy Schengen oraz do kilku (nastu?) krajów egzotycznych. W każdym razie ten urlop postanowiliśmy spędzić w innym miejscu, także trzeba było uruchomić procedurę wizową.

Skontaktowałam się z Ambasadą Tunezji mailowo, po jakichś dwóch tygodniach dostałam odpowiedź z załączonym wnioskiem wizowym. Wniosek wydrukowaliśmy, wypełniliśmy (tzn. ja go wypełniałam, jak zwykle ;)), był krótki bo dwustronicowy, do tego dołączyliśmy jedno zdjęcie jak do dowodu osobistego i kopię rezerwacji z biura podróży. A tak - bo my takie cepry, z biurem podróży jedziemy.

M. pojechał do Ambasady, złożył dokumenty, uiścił opłatę wizową i pani powiedziała, że zadzwonią do niego za dwa-trzy tygodnie. Paszportu nie musiał zostawiać. Telefon był po ponad trzech tygodniach, że wiza została przyznana, ale że należy się po nią zgłosić dopiero w maju lub czerwcu, bo inaczej przeterminuje się do naszego wyjazdu. Grunt, że jest zgoda.

Tak naprawdę cały myk polegał na tym, że najpierw zrobiliśmy rezerwację w biurze podróży, a dopiero później aplikowaliśmy o wizę. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana!, jak to powiedziała nam pani w biurze podróży. Ja nie cierpię ryzyka, ale na szczęście mieliśmy spory limit czasowy na bezpłatną zmianę rezerwacji, gdyby jednak z wizą się nie udało. Koniec końców i tak ryzyko było - Ambasada zadzwoniła dosłownie cztery dni po tym terminie bezpłatnych kombinacji w biurze. Na szczęście.

Dlaczego tak późno M. złożył wniosek o wizę? Przecież mógł to zrobić tuż po dokonaniu rezerwacji w biurze podróży, a najlepiej to w ogóle przed rezerwowaniem czegokolwiek? Cóż, po pierwsze, do wniosku wizowego trzeba dołączyć potwierdzenie rezerwacji wczasów. Taka jednodniowa bezpłatna rezerwacja się nie liczy, bo przepada po 24 godzinach, a wniosek wizowy leży w Ambasadzie trzy tygodnie. Po drugie, rezerwację zrobiliśmy dawno, to było takie ekstremalne wręcz first-minute, a w międzyczasie M. planował wyjazd do Egiptu. Nie wiedzieliśmy, czy taka zagraniczna wiza nie zrobi mu jakiegoś kłopotu na egipskich lotniskach. O wizę na nasz urlop postanowiliśmy się ubiegać po jego powrocie z Egiptu.

Gdyby ktoś chciał dowiedzieć się czegoś więcej o wyjeździe Egipcjanina z Polski do Tunezji, to piszcie śmiało na maila :).

Tak swoją drogą, chyba czas skończyć z tym gadaniem "aplikowaliśmy... dołączaliśmy... składaliśmy...". To M. aplikuje, nie ja! :) Ale z tego, co się zorientowałam, to taka globalna, a w każdym razie ogólnopolska tendencja językowa.

Co poza tym? Nastała wiosna, temperatury oscylujące wokół 25 stopni na plusie, a raptem trzy tygodnie temu było minus sześć. Rzadko choruję, ale teraz nadszedł ten moment. Był katar, jest kaszel. Piękna pogoda za oknem, w niedzielę siedziałam w słońcu na balkonie, a tutaj takie przeziębienie. Podobno wszyscy teraz chorują, trzeba być twardym. Jeśli jeszcze Was nie złapało (tak właśnie, jeszcze), to nie rezygnujcie z witamin i leków osłonowych, które braliście w zimie. Ja je brałam w marcu, potem odstawiłam tylko na tydzień, bo co to nie ja, i od razu przyszło choróbsko. Natomiast chora kobieta to nie chory mężczyzna, także działamy normalnie, biorę lekarstwa i piję litry gorących naparów i jakoś to będzie :).

piątek, 09 marca 2018

Niedawno ktoś mi napisał, że miałam szczęście, że mój M. został pozytywnie przyjęty w mojej rodzinie i otoczeniu. Że w ogóle mogliśmy być razem i inni nie stawali nam w poprzek. Na początku trochę się dziwiłam, no bo kto miałby stawać w poprzek dwudziestopięciolatce? Studia skończone, głowa na karku, w historii tylko dwa długotrwałe związki a tak naprawdę to jeden, taty już nie ma, raczej nie byłam trzpiotką. No kto zabroni dorosłej osobie? Okazuje się, że zabroni i to jak. Może nie zamkną Cię w piwnicy (w przeciwieństwie do arabskiego męża ;)), ale tak porobią, że żyć się odechce. Nie wiedziałam, z ręką na sercu, nie wiedziałam, że w Polsce jest aż tak duży problem z uprzedzeniami, stereotypami i rasizmem, spaczeniami, które bezpośrednio wpływają na rodzinne relacje. I koniec końców - tak właśnie, rodzina skutecznie zabrania dorosłej kobiecie rozpoczynania związku z Arabem.

Ja nie wiedziałam, że tak jest, albo że jest aż tak, bo w moim otoczeniu ludzie nie są jacyś rasistowscy. Jak tak pomyślę o mojej rodzinie, przyjaciołach i znajomych, ludziach z mojej pracy, to raczej nikt nie wychyla się z jakimiś uprzedzeniami. Być może mają je w środku, bo i kto nie ma, ale nie pokazują tego na zewnątrz, ani nie wpływa to nijak na nasze relacje. No, może dosłownie jeden taki przypadek przychodzi mi do głowy, ale akurat nie jest dla mnie priorytetowy :). Ale tak jest teraz. Na początku nie było tak różowo.

Na początku, jak dowiedzieli się, że zainteresowałam się Egipcjaninem, to oczywiście były obawy, czasem dość niewybredne. Dochodziły do mnie różne głosy różnych osób. Były komentarze, że zniknie już w Paryżu, nakaże nosić chustę, porwie dzieci, zakaże kontaktów, sprzeda do haremu. Zabawne, że największe piekło, jakie może sobie wyobrazić mężczyzna, miałoby być moim udziałem. Jak tak o tym pomyślę, to w sumie mnie i mojemu M. należałyby się jakieś przeprosiny. Ale koniec końców niewiele te teksty znaczyły, bo ja nie tyle robiłam coś na przekór innym, ile robiłam swoje, skupiając się na tym, co było ważne: sprawach formalnych, dokumentacji, śledzeniu przepisów. I byłam z tym prawie zupełnie sama, mimo wszystko. Pomagała mi tylko mama - w urzędach i sercowo. To ona, nie ja, zapytała: dlaczego nie? Niezachwiane poparcie i wsparcie miałam od niej od początku i bez tego szczerze przyznam, że nie wiem, co by było. Czy ja bym pojechała jeszcze raz zobaczyć się z M., czy on by przyjechał tutaj, czy by został. Jak dotąd, to mama miała rację od początku. Przyjaciele i otoczenie, jeśli miało jakieś obawy, przywykło do mojego nowego partnera i zaakceptowało go. Bo widzą, że nie jest złym człowiekiem, a sugerowanie mu tych bandyckich zachowań było tak sprawiedliwe, jak twierdzenie, że każdy jeden Polak to złodziej.

I z jednej strony może trochę pomaga to, że większość tych osób jest wykształcona, mieszkamy w Warszawie, większość od urodzenia. Tutaj nikt nikogo nie zna, nie znamy nawet naszych sąsiadów zza ściany, setki osób przyjeżdżają i wyjeżdżają, zdarza się zobaczyć cudzoziemca. Ale z drugiej jednak nie wśród samych wykształciuchów się obracam i znam mnóstwo osób, które na żadne studia się nie wybierały i nie wybierają, a serce mają na dłoni. Profesorom czasem zdarza się nie mieć żadnego serca i wiem co mówię. Są takie artykuły, w których badacze (a może żadni z nich badacze) próbują udowodnić, że tolerancyjne będą osoby po studiach i z dużych miast. Że jak po podstawówce i ze wsi to zakuta pała. Cóż, czytam o tak zwanych dobrych rodzinach, zacny dom, fura na podjeździe, dzieci na swoim, ale jak przychodzi co do czego i córka informuje, że zakochała się w Arabie, to koniec świata, awantura, męka pańska i szlaban na trzy zdrowaśki.

Rodziny sprzeciwiają się mieszanym związkom zarówno młodych dziewczyn, studentek i absolwentek, jak i dorosłych a czasem zupełnie! dorosłych kobiet. To mnie najbardziej zadziwia, że dorosła kobieta, która jest po rozwodzie, ma duże dziecko, może podlegać jakimś narzuconym przez rodzinę ograniczeniom. A tak naprawdę się zdarza. Każda z nas jest w coś uwikłana. Jeśli ktoś przez całe lata potulnie podlegał decyzjom rodzinki, to nic dziwnego, że informacja o przygruchaniu sobie arabskiego partnera jest szokiem. I zaczyna się wojna... Nie wiadomo, co gorsze - inwektywy pod adresem obcego człowieka, czy posądzanie kobiety o szaleństwo i postradanie zmysłów. Ja nie wiedziałam, że jest aż tak źle. To smutna wróżba dla Czytelniczek, które dopiero wchodzą w związek z Egipcjaninem. Oby Wasze otoczenie było Wam bardziej przychylne.

Co tu można doradzić? Ja chyba nie mogę się wypowiadać. Miałam wsparcie mamy i zawsze mogłam na niej polegać. Jej optymizm, może czasem nawet nieco zbytni, w połączeniu z moją zimną krwią i skupieniem na procedurach poskutkowały moim małżeństwem, w którym jestem od trzech szczęśliwych lat. Tak naprawdę nie wiem, jak czuje się dziewczyna, która nie ma niczyjej akceptacji, a każda osoba w domu odradza wchodzenie w związek z Arabem. Nie mając żadnych doświadczeń w tym temacie, a często nawet żadnego nie znając. Poczucie niesprawiedliwości sięga zenitu. A bez wsparcia ciężko cokolwiek zrobić z tym związkiem. Musisz planować swój wyjazd, zaproszenie, jego przyjazd, legalizację pobytu, poszukiwanie pracy... A to wszystko w obcym języku, z człowiekiem z innego świata, którego rzadko kiedy widzisz, ale przepadłaś dla niego. Każdy kiedyś dla kogoś przepadł.

Na mniejsze zło może pomóc taki myk, który ja zastosowałam raz a dobrze. Przy czym to tylko w stosunku do osób, które coś tam mają przeciwko Arabowi, ale ogólnie niewiele mogą i jedynie uprzykrzają już i tak pokomplikowane (patrz wyżej) życie. Jeśli za którymś kolejnym razem poczujesz, że kończy Ci się cierpliwość do słuchania historii o porwaniach dzieci i zakazach wychodzenia z domu, łagodnie poproś o namiary do znajomych tejże osobie Egipcjan. Żeby Twój M. nie był sam, jak już przyjedzie do Polski. Jak ręką odjął.

Tak serio, to w poważniejszych sytuacjach, gdy cała rodzina jest bardzo przeciwna, a pewnie tak się dzieje na początku związku (bo dopiero co się dowiedzieli), to pojawia się dylemat, czy warto ryzykować wszystko dla człowieka, którego jeszcze tak mało się zna. Czy stawiać wszystko na ostrzu noża, jechać wbrew "zakazom", wprowadzać stan wojenny w domu? Szczególnie, gdy wykorzystało się już wszystkie możliwe argumenty i nic nie trafia? Nie wiem. To koszmarna sytuacja. W sumie to łatwiej dać sobie spokój. Jesteśmy w stanie stworzyć dobry związek z wieloma osobami, tylko nie zdajemy sobie z tego sprawy. Ale gdybym ja wtedy wybrała łatwiejszą drogę, bo perspektywa poszukiwania polskiego partnera z pewnością lżej się prezentuje, to być może nie byłabym od trzech lat niczyją żoną. To jest niekończące się gdybanie.

Wszystkim Paniom, które znalazły się w trudnej sytuacji, jaką jest brak wsparcia rodziny na wieść o arabskim chłopaku, życzę dużo wewnętrznej siły i opanowania. Nic na szybko, nic pod wpływem emocji. Na pewno trudno powściągnąć emocje, gdy słyszysz, że Twój ukochany to brudas i możesz jechać do niego do Egiptu i więcej nie wracać.

Pytanie, o co tutaj tak naprawdę warto walczyć?

czwartek, 22 lutego 2018

Wpuścili go z powrotem ;). Po dwóch tygodniach pobytu w rodzinnym mieście w Egipcie M. zgodnie z planem wrócił do Polski. Mieliśmy oboje sporo obaw związanych z jego wyjazdem, ale w sumie to nic z tego się nie potwierdziło. Były to obawy napędzane opowieściami innych Egipcjan, którzy zaliczyli już wizytę w kraju. Tymczasem M. stwierdza, że bierze go jakieś przeziębienie. Mówiłam! Tutaj akurat MÓWIŁAM! :)

Zacznę od spraw formalnych. Nie było żadnego problemu z przekraczaniem granic, w jedną i drugą stronę. Znajomi i nieznajomi opowiadali, jak to trzepią na egipskich lotniskach, cofają, czepiają się pieczątek, każą otwierać bagaż itp. Na całe szczęście nic z tych rzeczy nie spotkało M., mówię - szczęście, bo najwięcej zależy od tego, na kogo na lotnisku się trafi. Wszystkie rezerwacje były ok, nikt nie zadawał zbędnych pytań, przystemplowali tam gdzie trzeba. Jedynie pan na lotnisku we Włoszech, gdzie M. miał przesiadkę w drodze powrotnej, zapytał, jakie jest jego imię, bo rezerwacja wygląda inaczej niż paszport. Wiadomo, że wygląda inaczej, my też mamy rezerwację bardziej na Kowalski Jan, niż odwrotnie :). Nawet w Kairze przymknęli oko na 1,5 kg nadbagażu. Oj tak, mąż przywiózł PREZENTY :).

Tutaj przechodzimy do kwestii rodzinnych i towarzyskich. To była nasza kolejna obawa, na jaką bombę (o ironio) M. w domu trafi. Wiadomo powszechnie, jak to Arabowie wyobrażają sobie życie w Europie. I znowu, na szczęście rodzinka i znajomi powstrzymali się od komentarzy i przesłuchań. O ile M. nikogo za bardzo nie wybiela :) to wszyscy chyba rzeczywiście po prostu cieszyli się, że widzą go całego i zdrowego. Znowu inaczej, niż nam opowiadano! Dobry wujek przywiózł wór prezentów, może to też trochę zadziałało. Rodzina przyznała się do ukrywania kilku faktów na temat zdrowia poszczególnych osób. Nie niepokoili go, żeby się z dalekiej Polski nie martwił. Tylko potem przyjeżdżasz po latach i widzisz, że niektórzy wyglądają kompletnie inaczej, niż ostatnim razem.

Wbrew naszym oczekiwaniom nie pojawiły się też pytania pt. "a kiedy Wy". Myślałam, że M. otrzyma co najmniej lincz za brak dwójki dzieci na tym etapie. I tutaj na szczęście rodzinka darowała sobie te uwagi, chociaż ja i tak podskórnie uważam, że na pewno kipią z ciekawości i lekkiego zdumienia, dlaczegóż to M. nie doczekał się jeszcze potomka. Jak na tradycyjne społeczeństwo, w którym jedynym celem życia kobiety jest się ustawić i urodzić, to duże pozytywne zaskoczenie, że dali mu spokój. To w naszej superświetnej nowoczesnej Polsce ludzie wbijają szpilki przy prawie każdej okazji, że gdzie to dziecię, gdzie ta ciąża, a czemu dziś nie pijesz???

Następny raz pojedziemy razem, tylko nie planujemy na razie, kiedy to będzie. W rodzinie po angielsku duka tylko kilkoro dzieci, także zastanawiam się, jak będzie przebiegała nasza komunikacja :). Będzie mi chyba sprzyjał mój wiek. Po trzydziestce w Egipcie to już są stare dziady i wielcy państwo. No i mam też immunitet żony. A potem zobaczymy, czy cokolwiek z tych opowieści jest prawdą.

poniedziałek, 12 lutego 2018

Pierwsze, ogólne sygnały z Egiptu. Przede wszystkim, da się rozmawiać głosowo przez Messengera. Połączenie tnie się trochę mniej niż przed laty, na jedną dłuższą rozmowę dziennie starczy :). Nie ma problemów z prądem, jest za to problem z wszechobecnym piaskiem. Do niedzieli było ponad trzydzieści stopni, ale Egipcjanie twardo nosili kurtki, luty w końcu.

Ceny podobno naprawdę są wyższe, niż kiedyś. Jakiś przykładowy batonik kosztował kiedyś 50 groszy, teraz kosztuje 2-3 złote. A pensje te same, oczywiście. Oglądam zdjęcia pysznego jedzenia, które M. je to tu, to tam. Ma full service, co było do przewidzenia. Mówię mu, żeby doceniał to lenistwo, bo w domu tak lekko to nie będzie :).

Nie zmienił się styl i wystrój domów rodzinki. Jak widać, przez te lata Ikea nadal do nich nie dotarła :). Nie wiem, czy rodziny Waszych partnerów też tak mają, ale u mojego wszystkiego jest pełno - dywany, kapy, kotary, poduchy, wielkie fotele, ciężkie meble, dekoracje. O gustach się nie dyskutuje, ja patrzę na to jak na folklor i tak się tylko zastanawiam, czy M. nie sądzi, że u nas w domu to bida jakaś?

Minęła już połowa jego pobytu. Śmiesznie, że jak się jedzie na dwutygodniowy urlop, to czas leci jak szalony. A jak się na kogoś czeka przez ten sam czas, to trwa to zdecydowanie dłużej. Zatem, żeby się za bardzo nie nudzić, korzystam z uroków mieszkania bez-męża. Zajęcia sportowe bez spinki, że muszę szybko lecieć do domu, zdrowa dieta jednoosobowa, porządek w kuchni, zmywarka tylko raz w tygodniu, płyty z romantyczną "nudziarską" muzyką, marnowanie czasu na tablecie bez wyrzutów sumienia, a nawet lampka wina o jedenastej rano w sobotę. Najlepsze opowieści pewnie będą dopiero wtedy, gdy wróci i powie, co tam się tak naprawdę działo :).

wtorek, 06 lutego 2018

Zapowiadana przeze mnie wcześniej rzecz w końcu się stała - M. wyjechał na dwa tygodnie do Egiptu. Jest to sytuacja trochę nowa zarówno dla mnie, jak i dla niego. Dla mnie, bo po raz pierwszy od jego przyjazdu do Polski spędzimy osobno więcej niż tydzień :) a ja po raz pierwszy w życiu w ogóle będę mieszkać sama przez "taki" czas. Dla niego, bo to jego pierwszy wyjazd do kraju odkąd przeprowadził się do Polski. Pytanie brzmi, czy będzie tam jak jakaś gwiazda, co to nie wiadomo co, bo z Europy. A może będzie normalnie?

M. chciał lądować w Kairze, więc kupił sobie bilety z przesiadką. Wyszło taniej, niż charter, więc miał chyba jakieś wielkie szczęście. Podróż zajęła mu w sumie cały dzień i noc. Zimowy wylot miał swoją zaletę pod tytułem niska cena biletów. I w gratisie dwa tygodnie polskiej zimy z głowy. Na lotniskach nie było żadnego problemu z odprawą i kontrolą. Oby tak było też w drodze powrotnej, chociaż wiadomo, jak to jest. Jak Arab chce wyjechać z Europy, to z pocałowaniem w rękę, niech leci. Leki stresik był związany z Kairem, który szuka okazji do zbijania kasy na każdym kroku. Na szczęście nie mieli na czym zbić i nie robili zbyt wiele szumu wokół rodaka przyjeżdżającego z kraju, gdzie złoto i euro leżą na ulicy. Zapewne gorzej będzie w drodze powrotnej, ech i to na każdym kroku. Taki los ekonomicznego emigranta! Trzeba było się żenić z egipską dziewicą :).

Czekam na wieści, co słychać u rodziny, jak wygląda jego miasto po tych kilku latach, jakie są ceny i o co tak naprawdę chodzi w tym kryzysie ekonomicznym Egiptu. Mi tymczasem w domu jakoś dziwnie, pusto, za cicho. Zabieram się za prezenty walentynkowe, tyle dobrego, że nikt mi w nich nie będzie przeszkadzał :).

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18