Polka w związku z Egipcjaninem.
Lama la - dlaczego nie?
Codzienność, problemy, dobre rady.
I garść dowodów, że warto.
lamala@interia.eu
sobota, 22 marca 2014

Tak, jak wszystkie tego typu ckliwe historie się zaczynają. Pojechałam z mamą na dwa tygodnie na wakacje do Sharm el-Sheikh, popływać, powylegiwać się i trochę po polsku pojeść dobrych rzeczy (umówmy się, kto wie, ten wie, że jedzenie w Egipcie jest rewelacyjne, zarówno to hotelowe, jak i uliczne). Byłam w tym czasie w kilkuletnim już związku z Polakiem. Tak mi się w życiu złożyło, że w ostatnich latach w mojej rodzinie zaszły duże i dramatyczne zmiany. Związek trwał, chociaż perspektyw żadnych nie było. Mój chłopak nie potrafił mówić o małżeństwie, zaręczynach, dzieciach i tak dalej. Zawsze nie wiedział. Przez równiutkie pięć lat. Do tej pory nie wiem, jakie imiona chciałby dać swoim dzieciom, które przecież będzie kiedyś miał.

W Egipcie poznaliśmy się już pierwszego dnia, bo on oczywiście był pracownikiem baru. Widywaliśmy się raczej rzadko, bo my z mamą spędzałyśmy całe dnie na plaży, a nie na jego basenie. Ale ilekroć przychodziłyśmy na popołudniowego czy wieczornego drinka, próbował bezskutecznie nawiązać ze mną kontakt. Nie chciałam rozmawiać ani wychodzić na żadną kawę. Miałam chłopaka, poza tym z obcym Arabem? Muzułmaninem? W dzikim kraju? Na pewno by mnie porwał lub zrobił coś równie strasznego. Poza tym wszyscy wiedzą, jacy są Egipcjanie. Niech próbuje z młodszymi i tymi, które są trochę bardziej blond. 

Więc ta nasza znajomość ograniczała się do dwuminutowych rozmów przy moim stoliku i przy mamie (która, bez wcześniejszych egipskich doświadczeń, była zachwycona), które przeważnie wyglądały tak samo: nie, nie wyjdę z tobą. Mam chłopaka. Tak, boję się. Niee, nie tak bardzo, ale jesteś obcy. Dziękuję bardzo. Nie. Nie. NIE!!! Potem, przy tym samym stoliku, dał mi dwa małe prezenciki, co mnie totalnie zaskoczyło na tyle, że nie zdążyłam ich nie przyjąć. Ale pomyślałam sobie, że ma pewnie tego całą szufladę, uzupełnianą co turnus, więc nie muszę się przejmować.

Dawałam mu trzydzieści pięć lat. Okazało się, że ma dwadzieścia osiem, czyli wtedy jeszcze cztery więcej, niż ja. Młodszy niż mój X, pomyślałam. Pokazał mi na telefonie filmiki z jakiejś imprezy rodzinnej, gdzie zobaczyłam całkiem sporo tańczących osób. Po kolei wymieniał imiona czwórki rodzeństwa. Bardzo miło, tylko po co? Nie wyszłam z nim.

Na koniec wymieniliśmy się Facebookami i numerami telefonów. I tak oto wróciłam do Polski, do równie ciepłej, sierpniowej rzeczywistości.

Czy coś wtedy zaiskrzyło? Skłamałabym mówiąc, że nie. Podobało mi się, że całkiem fajny facet tak o mnie zabiega. Komu by się nie podobało? Ale cały czas miałam przekonanie, że to tylko wakacyjne, egipskie żarciki, które bardzo dobrze już wtedy znałam (byłam wcześniej dwa razy na podobnych wakacjach w tym kraju). Nie było o czym mówić, ja byłam w związku. Przez wszystkie lata tego związku nigdy nie spojrzałam na innego chłopaka. Z ręką na sercu. Tu w Sharmie to był pierwszy raz. Ale to było coś tak nierealnego, że nie trzeba było specjalnie się tym przejmować. W niemieckim funkcjonuje coś takiego jak sfera niemożliwości i to właśnie było wtedy.

Pamiętam tylko kilka swoich myśli, które nachodziły mnie wtedy na plaży, o różnych porach dnia, wcale nie w jego obecności. Że nikt nigdy tak na mnie nie patrzył. Że Polak dawno by zrezygnował. Że ktoś do mnie podchodzi sam i to nie ja muszę inicjować wszystko. Że nie chciałabym, żeby to było nasze ostatnie spotkanie, ale cóż.

To ja napisałam pierwsza.

piątek, 21 marca 2014

Pierwsza myśl - ten blog by się nie sprzedał. Nie będę tu opisywać porwań ludzi, przemocy, wymuszeń, zdrad czy innych historii, które niewtajemniczonym przychodzą na myśl o związkach Europejki z Arabem. Nic takiego mnie nie spotkało, chociaż poziom normalności naszej relacji znacznie odbiega od średniej polskiej :) Czy kogoś to dziwi?

Od około pół roku jestem w związku z Egipcjaninem. Oboje jesteśmy po studiach, ja mieszkam w Polsce, on w swoim kraju. Broniłam się nogami i rękami przed tą relacją, ale uczucia nie zawsze dają nam dużo miejsca na wybór. Na swojej drodze mieliśmy całe mnóstwo przeszkód do pokonania, a sporo ich zresztą pewnie jeszcze przed nami. Jedna z ważniejszych nauk, jakie do tej pory z tego związku wynikły, to fakt, że jesteś przekonany, że coś Ciebie nie trafi, dopóki Ciebie właśnie nie trafi.

"Lama la?" - znaczy po arabsku (mniej więcej :)) dlaczego nie? Było coś do stracenia?

Myślę, że są osoby, które miały lub mają podobną historię i chciałyby czasem zobaczyć, jak radzą sobie inni. Tak więc, ku potomności, to będzie blog ze szczerymi informacjami i radami. No i właśnie, za bardzo by się nie sprzedał, bo budzących trwogę dramatów tutaj, póki co, moi Drodzy, nie będzie. Dramaty mniejsze i większe znajdują się zupełnie gdzie indziej, niż na początku przypuszczałam, i o tym trzeba mówić. Ale nie tylko o tym, bo oprócz wielu trudności jest też druga strona tego związku - zwyczajnie chce się żyć :).

19:51, lamalaa
Link Komentarze (2) »
1 ... 16 , 17 , 18