Polka w związku z Egipcjaninem.
Lama la - dlaczego nie?
Codzienność, problemy, dobre rady.
I garść dowodów, że warto.
lamala@interia.eu
poniedziałek, 15 stycznia 2018

Nastał Nowy Rok, a wraz z nim pomysły, nadzieje i plany do zrealizowania :). Styczeń oboje zaczęliśmy od podwyżek. Brzmi mało skromnie, ale co mam się nie chwalić! Nie były to jakieś kosmiczne zmiany (jak zwykle przy podwyżkach), ale i tak bardzo się cieszymy. Pamiętamy czasy lepsze i gorsze, zdarzało nam się być bez pracy, więc bardzo cieszymy się z przynajmniej niewielkiego bycia docenionym.

Zbliża się też coś nowego - M. planuje w tym roku wyjazd do Egiptu do rodziny na dwa tygodnie. Już jest zestresowany, że w Egipcie będą same problemy. Znajomi mówili, że zawsze jest coś nie tak na lotnisku w dniu przylotu i wylotu. Jakoś po Europie da się latać bez przeszkód, za to w Egipcie to inna bajka. Trzymam za niego kciuki, żeby tych stresów miał na miejscu jak najmniej. To będzie jego pierwszy wyjazd do Egiptu, odkąd przyjechał do Polski :). Nowy Rok to też dobra wymówka, by snuć marzenia o wakacjach, z kolei tych wspólnych. Bo jego wyjazd do Egiptu podobno nie będzie wakacjami, czego ja trochę nie rozumiem!

No i niestety... Zrobiło się zimno. Pierwszego stycznia było optymistyczne plus dziesięć i miałam cichą nadzieję, że może by już tak zostało... Niestety przyszedł mróz, czyli wszystko po staremu - ciepłe Boże Narodzenie i śniegi do kwietnia. Mamy dużo zajęć, zleci.

czwartek, 14 grudnia 2017

Jakimś cudem za oknem pada śnieg, więc jest tak, jak w grudniu powinno być (tylko bez przesady i niech przestanie padać do popołudnia) :). Święta w tym roku w Warszawie, u nas w domu. Chyba mogę powiedzieć, że pierwszy raz w życiu będę urządzać wigilię u siebie - zawsze była albo w rodzinnym domu (czyli też u siebie, ale jednak bardziej u rodziców), albo potem u mamy. Tym razem mama i babcia przychodzą do nas. Podzieliłyśmy się pracą i nie mogę doczekać się tego okresu okołoświątecznego. W zeszłą niedzielę dwie godziny wycinałam i piekłam pierniczki, które teraz razem z M. zanosimy do naszych prac i już zapowiedziałam, że w weekend robię kolejną turę. Trochę znowu mam dziesięć lat, a trochę jak zwykle odpoczywam w kuchni. Fartuch cały w mące, zapach przypraw, skórka pomarańczowa, która nagle zaczęła mi smakować (WTF?!), w tle świąteczne piosenki. To jest to, co teraz chcę robić w niedzielę :). A po świętach... urlop.

czwartek, 23 listopada 2017

Żyjemy żyjemy, tylko oboje mamy bardzo dużo pracy. Chyba to znacie. Wychodzisz z domu - jest ciemno, rozjaśnia się dopiero jak wejdziesz do biura, zanim wyjdziesz z pracy już się ściemnia, a gdy wracasz do domu jest czarna noc. Brakuje sił na cokolwiek po godzinach, blok na przeciwko widać tylko w weekend i orientujesz się np., że sąsiedzi mają zaawansowany remont balkonu. Albo że już prawie wszystkie liście opadły. Bezustannie czekamy na weekend, chociaż M. ma wolną tylko sobotę. Fajnie, że idzie grudzień, tyle dobrego. Ta zima musi kiedyś minąć - czy ja się aby nie powtarzam? :)

czwartek, 12 października 2017

Nie wiem, jak w innych miastach, ale w Warszawie pojawiła się beznadziejna plaga, która nabiera chyba z każdym dniem coraz większych rozmiarów. Dorośli ludzie w każdym możliwym momencie siedzą z nosem w telefonie, tzn. smartfonie. W miejscu, w którym pracuję, jest dużo młodych osób, takich 20-25 lat, i oni to już wyglądają zupełnie jak jakieś roboty.

Chociaż... Roboty to jeszcze za dobrze brzmi. Stoją lub siedzą faceci, głowy pochylone, ekranik świeci się w dłoni. Garb rośnie (strach pomyśleć, co będzie z tym pokoleniem za kilka lat takiego wichnięcia karku). Nie rozmawiają z nikim i nie rozglądają się. Internet, zamiast otwierać im okno na świat, zamyka ich w introwertycznym kokonie, a już na pewno nie pomaga w nawiązywaniu prawdziwych kontaktów. Ci wszyscy ludzie strasznie się przy tym infantylizują, bo wyglądają jak nieco wyższa i motorycznie ustabilizowana wersja nieśmiałego uczniaka z podstawówki bawiącego się game boyem (żeby!). Przychodzi taki gość do nowego miejsca i głowa oczywiście pochylona, ja się niczym nie stresuję i nie boję, w ogóle co to nie ja, ale nos dalej w Facebooku i tylko raz na jakiś czas, z obawą żeby nikt nie zauważył, podnosi głowę i patrzy spod oka dookoła, szukając pokoju lub człowieka. Woli dokopać się do maila, żeby sprawdzić numer sali, zamiast zapytać najbliżej stojącą osobę.

Jak dla mnie taki facet, gapiący się w dół na jakiś durny ruchomy obrazek formatu pięć na dziesięć, w ogóle nie jest atrakcyjny. Zastanawiam się, czy w czasie spotkania z dziewczyną też nie rozstaje się z telefonem, trzymając go gdzieś w bezpiecznym zasięgu dłoni, żeby wypełnić czymś ewentualną chwilę ciszy na randce. Oczywiście nie gadamy z tego powodu, że jesteśmy tak zajęci pracą w telefonie. No na pewno nie dlatego, że jestem nudziarzem, który już dawno zatracił umiejętność błyskotliwej rozmowy z ludźmi.

To wszystko piszę oczywiście pół żartem pół serio, chociaż często myślę sobie, co takiego fajnego jest w regularnym gapieniu się na telefon. Zróbcie sobie czasem taką grę, wejdźcie do byle jakiego autobusu czy pociągu i spójrzcie na byle jaki rząd siedzeń i w byle jakim kierunku, zawsze się znajdzie jakiś młotek z telefonem. Ja po ośmiu godzinach patrzenia w komputer wcale nie mam ochoty kontynuować czytania na małym ekranie. Może to jest mimo wszystko chwilowa moda, tak jak laptopy ustąpiły miejsca smartfonom (pod kątem tej właśnie funkcjonalności, bo prościej wziąć telefon niż rozkładać się z komputerem na korytarzu), tak może i telefony w końcu się znudzą i ludzie zajmą się czymś innym? Czytaniem książek lub codziennej prasy na przykład? Wyglądaniem za okno autobusu? Po prostu siedzeniem i odpoczywaniem, nie daj Boże?

Nie ma ta notka wiele wspólnego z międzykulturowością, no, może tylko tyle, że smartfonowe zdziecinnienie społeczeństwa dotyczy nie tylko Polaków, ale też krajów Zachodnich (spójrzcie na takich turystów, siedzi piątka studentów w restauracji w centrum Warszawy i każdy z nosem w telefonie) i arabskich, bo w takim np. Egipcie już dawno wszyscy przytwierdzili się do telefonów. Gdy poznałam M. cztery lata temu, nie mogłam się nadziwić, co tak wszyscy dookoła trajkoczą przez telefon, chociaż trajkotanie to jeszcze inna i z pewnością wyższa sprawa, niż marnowanie czasu w sieci. To M. pokazał mi, jak działają internetowe komunikatory. Przyszła zaraza i do nas. Jak bardzo ci naturalni smartfonowcy będą kiedyś różni od nas?

piątek, 22 września 2017

Wrzesień dał nam pogodowo popalić. U mnie w pracy jeszcze nie grzeją, niby zapasowy piecyk jest rozkręcony, ale to niewiele pomaga i w efekcie ostatnie trzy dni przesiedziałam w zimowych swetrach. Wydaje mi się, że jesień przyszła wcześniej, niż powinna. Ale tym razem ta pora roku zaczyna się dla nas w idealny sposób - urlopem :). Kończymy lato ciepłym, miejmy nadzieję, wyjazdem. Bez monitorów, maili, może w ogóle bez internetu (najlepiej). Taki przerywnik w tym pędzącym roku. Do zobaczenia! :)

czwartek, 31 sierpnia 2017

Wczoraj były moje dwudzieste dziewiąte urodziny. Może dama nie powinna mówić o swoim wieku, ale co mi tam ;). W ramach akcji urodzinowej zakładamy z M. akwarium. Marzyłam o jakimś zwierzątku, a nie mogłam się zebrać i podjąć jakiejś decyzji. No to mamy namiastkę... Rybek na razie jeszcze nie ma, bo akwarium musi dojrzeć i wyregulować sobie skład wody. Dzisiaj mają dojechać korzenie i roślinki. W dzieciństwie miałam wielkie akwarium, stało u nas jakieś czternaście czy piętnaście lat. Po kilku latach przerwy reaktywacja, chociaż zaczynamy we dwoje od mniejszego litrażu :).

M. zaczął półintensywny kurs polskiego. Normalny, płatny, w normalnej szkole. Widzę już poprawę w jego gramatyce, gdy odrabia prace domowe. Z drugiej strony i tak powinnam pominąć to wszystko milczeniem, skoro facet jest tu już trzy lata. Ale przymykam oko, chyba za to akwarium ;). Polskie lato dobiega końca, ludzie wrócili do Warszawy i znowu zaczynamy stać w korkach. Ale za jakiś czas, po jego kursie, zmykamy na porządny urlop.

W ramach urodzin oglądaliśmy wczoraj trzecią część "Harry'ego Pottera" na DVD. Po raz pierwszy oglądałam to razem z M., który, chociaż lubi fantastykę tak samo jak ja, nigdy nie chciał się przekonać do tych kilku ulubionych książek mojego dzieciństwa. Z niektórych rzeczy nie wyrosłam, a może one wcale nie są dla dzieci :).

poniedziałek, 24 lipca 2017

W sobotę M. trzeci raz podszedł do komputerowego testu na prawo jazdy. Znowu nie zdał! Zabrakło dziesięciu punktów. Tyle dobrego, że umiemy do tego podejść na luzie, nie chodzi mi tutaj o samą naukę bo akurat on się uczy, nie spinamy się za bardzo. Chociaż M. trochę się wkurza, bo polski egzamin na prawo jazdy jest pierwszym niezdanym egzaminem w jego życiu. To już jego problem, że na studiach nie był prawdziwym studentem i z pola bitwy wracał zawsze z tarczą. Trzeba czasem oblać, żeby wiedzieć, jak to jest! I mówię to ja, jeden z większych kujonów na mojej ówczesnej specjalizacji. Prawo jazdy też zdałam za pierwszym razem, zarówno teorię jak i praktykę, ale to może były jakieś inne czasy. Już zapisaliśmy się na kolejny termin, a wszystko przebiegło w naprawdę miłej atmosferze. Panie pracujące w wybranym przez nas WORD-zie są bardzo miłe, nie to co kiedyś.

Poza tym - lato w pełni, zielone drzewa, wieczorne burze, które uwielbiam. Pustki w Warszawie, w mojej okolicy prawie brak korków, w niedziele prawdziwa cisza i spokój. Mniej fajnie, że w sobotę po egzaminie wezwali M. do pracy, nasz jedyny wspólny wolny dzień. Wkrótce wybieram się na krótki urlop, M. zostaje w pracy. Nasze wakacje jeszcze przed nami. Niech ten czas trwa :).

wtorek, 18 lipca 2017

M. jest w Polsce trzy lata i nadal nie mówi po polsku. Jest jełopem. No, niby coś tam mówi, np. w pracy z Polakami rozmawia tylko po polsku, ale wyobrażam sobie, co to za rozmowa. W Excelu pisze po polsku, smsy po polsku (smsy to jakiś ważny kanał ich służbowej komunikacji, btw, taka firma), przez telefon rozmawia łamanym polskim, bo słyszę, ale ze mną na co dzień to bardziej półsłówka, niż normalna rozmowa.

Pytanie, czy M. mówi po polsku, to jedno z pierwszych, które zadają mi znajomi. Z czasem pytania o znoszenie polskiej pogody i o choroby zostają zastąpione takim właśnie tematem-rzeką :). To tak dla Was, na przyszłość. Wtedy ja odpowiadam, że trochę mówi, ale nie za bardzo. I wtedy pada zawsze ta sama odpowiedź, że ja powinnam go uczyć polskiego i rozmawiać z nim tylko po polsku! Czas postawić parę spraw jasno.

To się tylko tak w teorii wydaje, że międzynarodowe małżeństwo ma cudowną okazję do nauczenia się wzajemnie swoich języków. No błagam, to jest oczywiste, okazja idealna! Gorzej z wykonaniem. Aby ten plan zadziałał, musi być spełnione kilka warunków:

- oboje musicie wiedzieć cokolwiek o nauczaniu języków, a idealnie, gdyby ta wiedza dotyczyła nauczania języka własnego jako obcego - w zasadzie nauczanie innego języka obcego nie ma z tym wiele wspólnego
- oboje musicie być super poprawni w swoich językach, co chyba wiąże się z punktem numer jeden, czyli mówić powoli, wyraźnie, poprawnie gramatycznie, ładnie akcentować, tak by zrozumiał Cię cudzoziemiec i był w stanie naśladować
- oboje musicie mieć czas po pracy na wzajemne nauczanie się tych języków, czyli czas na dwa kursy w ciągu tygodnia (no bo nauczając polskiego niekoniecznie z automatu nauczysz się arabskiego, jakby)
- musicie wybrać dobre podręczniki (to akurat najprostsze) i umieć z nimi pracować (to gorzej), chyba, że macie czas na samodzielnie przygotowywanie materiałów do nauczania języka obcego - dzień w dzień - tydzień w tydzień - miesiąc w miesiąc - aż małżonek się nauczy.

Ja wiem, wiem. To wszystko nie tak! Nie o to chodzi! Ty masz do niego mówić po polsku, a nie robić mu lekcje! Wtedy on nauczy się naturalnie, jak dziecko! (Dorosły człowiek nigdy niczego nie nauczy się naturalnie jak dziecko).

Słyszałam opowieści o tych, którym się udało :). Że siedział facet w domu trzy, cztery miesiące, wkuwał cały dzień, bo nie pracował, wszyscy do niego mówili tylko po polsku, to go bardzo motywowało, i teraz on, cud świata, włada wzorową polszczyzną. Bardzo bym chciała, żeby to szczęście przydarzyło się także mnie i żeby mój mąż swoją ciężką pracą i naszą żelazną konsekwencją posiadł umiejętność rozmawiania w moim ojczystym języku, na tym samym poziomie co ja. Niestety, trafił mi się leń, młotek i ignorant bez zdolności językowych, albo jak go tam jeszcze nazwiecie :).

M. dla mnie jest przede wszystkim moim mężem i partnerem. Na pewno nie jest moim dzieckiem albo moim uczniem. Gdy wracam z pracy, albo gdy zwyczajnie spędzamy ze sobą wspólny wolny czas, chcę rozmawiać z nim jak z moim facetem, a nie z podopiecznym. I tak związek z cudzoziemcem stawia Cię milion razy na pozycji kuratora, konsultanta, reprezentanta i Bóg wie jeszcze kogo, bo musisz załatwiać za niego różne sprawy, szczególnie na początku. Uwierzcie mi, to się nudzi. Masz wreszcie ochotę nie myśleć o poprawności i dydaktycznym wymiarze swoich słów i działań, chcesz po prostu komunikować się z facetem jak człowiek, bo to Twój partner i kropka. Język polski przemyca się w tej komunikacji tak czy tak, ale gdybym miała wszystkie nasze rozmowy prowadzić tylko po polsku, chyba nic bym z nim nie załatwiła. Wszystko trwałoby dwa razy dłużej. Jestem cierpliwą osobą, ale i mnie by w końcu szlag jasny trafił.

Oczywiście, zdarza się, że zwracam się do niego po polsku i on już większość tych zwrotów zna. Nie kosztuje to znowu tak dużo, żeby czasem powiedzieć coś po polsku, zamiast po angielsku, szczególnie w naturalnych sytuacjach, typu podaj to, przynieś mi tamto, czy możesz zrobić itd. Staram się pamiętać o tym, by do M. trafiały moje komunikaty po polsku. Ale przyznam, że nie przychodzi mi to zbyt naturalnie :(. Od początku rozmawialiśmy po angielsku, on ten swój angielski w międzyczasie bardzo podciągnął, i dziwnie jest mi teraz przestawić się na polski. Gdzie tam przestawić, zresztą! Długa droga do Rio.

M. wziął udział w dwóch bezpłatnych kursach języka polskiego, które były organizowane przez fundacje lub stowarzyszenia. Nic mu to nie dało, więcej nauczył się w pracy. Taka cecha bezpłatnych kursów, że przez dwa tygodnie analizujesz mapkę Europy lub Polski i uczysz się nazw miast. Na kurs z prawdziwego zdarzenia od początku nie było nas stać i być może to jest jeden z wielu naszych błędów? Z jednej strony wysokie ceny, z drugiej nieregularne godziny pracy, które towarzyszą M. do dziś. Szukaliśmy prywatnego nauczyciela i nikt się nie znalazł, może uciekali na wieść, że mają uczyć Araba :). Żeby było jasne, książki oczywiście mamy, zarówno samouczki jak i podręczniki do pracy z lektorem, a próby wspólnej pracy podejmowaliśmy kilkakrotnie. Guzik z tego!

Jestem ciekawa, jak to tak naprawdę wygląda u innych par. Co robią, żeby przejść z tego poziomu dukania do względnie normalnej komunikacji, którą trzeba tylko szlifować. Znam już wszystkie opinie, że mój to nauczył się sam w miesiąc!!! i że wystarczy tylko jego motywacja i ciężka praca, bo to, uwaga, nigdy do niczego nie wystarczy. Pewnie coś tam zależy od tego, co jegomość robił do tej pory i gdzie państwo się poznali. Cóż, mojego męża poznałam za barem w Egipcie, w żadnym wypadku nie był koptyjskim studentem medycyny na warszawskiej Akademii Medycznej, po prywatnej amerykańskiej szkole w Kairze ;))). Ktoś coś, Szanowne Czytelniczki? :)

wtorek, 20 czerwca 2017

Dwa lata :) Kolorowe, intensywne dwa lata małżeństwa. Raz lepiej, raz gorzej. W tym czasie nastąpiły różne zmiany w naszym życiu. Przeprowadzka, zmiana pracy i znalezienie tej dobrej, druga karta pobytu M., dwa razy piękne wakacje, porażka z firmą i ciągłe poszukiwanie pracy dla M. Kłopoty z kasą i przelotne problemy ze zdrowiem, oby już nie wracały. Moja spalona próba nauki arabskiego, ale bardziej udany powrót do pracy nad doktoratem. Jeden porządny kryzys zaliczony, za to brak kłótni. Niektórych oczekiwań polskich i egipskich nie spełniliśmy. Polskich, bo nadal nie zamknął mnie w piwnicy. Egipskich, bo nie śpimy na kasie i jeszcze nie jesteśmy w ciąży :).

Chciałabym powiedzieć Polakom, tym, których obchodziłaby moja opinia, że ślubu nie ma co się bać. Małżeństwo jest bardzo fajną sprawą. Pozwala poczuć się lepiej we własnej skórze i jakby zaistnieć w społeczeństwie. Pokazać, że nie jesteśmy dziećmi, za to jesteśmy odpowiedzialni. Chociaż przed ślubem nie byłam jakoś specjalnie zniewolona :), to jako żona mam wrażenie, że mam więcej do powiedzenia, mogę mieć swoje oczekiwania. Już prawie nie pamiętam, jak to było być po prostu w związku. Nie wiedzieć, na czym się stoi, jaka jest moja rola, jaka jest moja przyszłość w tej relacji. To jesteśmy razem na poważnie, czy tak nie do końca? Mam myśleć o nim jako o kimś na zawsze, czy może on zastąpi mnie kimś innym? Kto kogo tutaj bardziej chce? Po ślubie też tego nigdy nie wiesz, ale podobne obawy, jeśli Cię najdą, możesz w miarę szybko rozwiać, bo po to właśnie wzięłaś ślub, by czuć się bezpiecznie. Tego trzeba się trzymać.

Ja przed ślubem nie miałam wielkich doświadczeń z mężczyznami. Po pierwsze dlatego, że wyszłam za mąż mając 26 lat, więc nie miałam czasu na jakieś na mega doświadczenia. Po drugie, ponieważ jestem jedną z bardziej nudnych osób jakie znam :), o czym już Wam kiedyś wspominałam. Raczej z dala od imprez, w domu zawsze na czas, z dala od używek grubszych niż miks wina z szampanem ;). Nigdy nie miałam romansów ani przygód. Nie mieszkałam z żadnym facetem. Byłam raptem w dwóch związkach, z czego jeden dwuletni licealny (chociaż miłość wielka!), a drugi pięcioletni na studiach, na koniec którego okazało się, że równie dobrze mogę sobie być lub nie być, znacie to. Przy M. dopiero poczułam się jak kobieta i nie wiedziałam tego wcześniej, co to tak naprawdę znaczy czuć się jak KOBIETA.

Swoją drogą, tak to się czasem składa, że osoba rozważna i nudna z wyboru nagle trafia na Araba w dzikim kraju i dwa lata później wychodzi za niego za mąż.

Można by uznać, że może ten brak doświadczeń powoduje, że niewiele wiem o życiu, o ludziach, że uwierzyłam w międzynarodową miłość, bo tak naprawdę jeszcze nic nie przeżyłam i gdybym dała sobie trochę więcej czasu i szans, to bym znalazła sobie innego, "lepszego" męża. Ale po co miałabym szukać, skoro nigdy nie chciałam? Po raz pierwszy wiedziałam coś, czego nie wiedziałam nigdy wcześniej. I to przyszło w odpowiednim momencie.

Tak podejrzewam, że życie z żadnym mężczyzną nie jest usłane różami. To codzienne docieranie się, chodzenie na kompromisy, walka charakterów. Ale ponad wszystko dla mnie M. to dom i mój facet. Każdego dnia trochę inaczej, ale bezustannie :).

Te górnolotne rozważania zamknę przyziemnym problemem pod tytułem: co dobra polska żona może przygotować na rocznicową kolację?

11:18, lamalaa , ślub
Link Komentarze (3) »
środa, 31 maja 2017

Spokojnie, to nie będzie tekst o nikim konkretnym ;).

Chciałabym poruszyć kwestię pewnego, hm, fenomenu? W każdym razie zjawiska, które się powtarza i wygląda na niewiarygodne. A jednak. Od czasu do czasu dostaję od Was maile i wiadomości na FB z zapytaniem, co sądzę i czy mogłabym coś doradzić w następującej kwestii... W tym momencie powinnam jeszcze raz podziękować wszystkim za zaufanie i że w ogóle mam szansę poznać nowe osoby, to jest naprawdę ekstra :).

Polka poznała Egipcjanina. Chce go ściągnąć do Polski, a jeśli się nie uda, to polecieć tam i wziąć ślub. Ta ostatnia opcja jest oczywiście najbardziej pracochłonna, bo trzeba przygotować masę dokumentów i wyrobić się ze wszystkim na miejscu w dwa tygodnie. Po zawarciu związku małżeńskiego pełni wiary we wspólną przyszłość będziemy się ubiegać o wizę do Polski. Przylecimy, aplikujemy o pobyt czasowy, zaczniemy szukać pracy. Albo inaczej, zostaniemy tam, zamieszkamy w Egipcie, same znajdziemy sobie pracę i rozpoczniemy nowe życie na emigracji, na tymczasem lub na zawsze. W sumie standardowa historia, dotyczy pewnie tak z 90% z nas.

Jest jednak jeden mały szczególik: Państwo poznali się przez Internet i jeszcze nigdy w życiu nie spotkali się twarzą w twarz.

Nie uwierzycie, jak często się to zdarza. Powinnam dodać, że w przypadku rozważania wyjazdu do Egiptu bywa, że Pani nigdy nie była w tym kraju na wakacjach. Trzeba wziąć parę głębszych wdechów, wyłączyć podstępny głosik w głowie namawiający do wykrzyknięcia "Kobito, w co Ty się pakujesz?!" i zastanowić się, co tu robić, co tu powiedzieć :).

Drodzy Czytelnicy, jeśli nie jesteście osobiście lub blisko związani ze sferą kolorowych związków międzykulturowych, nie doświadczyliście poważnej relacji z cudzoziemcem, nie zdarzało się Wam wyjeżdżać - drodzy Państwo, chcę od razu poprosić o niestrzelanie opiniami, nieatakowanie, bo naprawdę łatwo i wygodnie jest kogoś ocenić, nie znając kontekstu sprawy. Z tego wyrastają stereotypy, które potem my, kobiety Arabów, musimy własnym przykładem zwalczać.

Mogę jednak założyć, że gros moich Czytelników to osoby obeznane z sytuacją i posiadające troszkę większą wiedzę o realiach międzynarodowych związków :). To dobry początek.

Przyznam, że za każdym razem jestem w lekkim szoku ale i ogromnie zaintrygowana, gdy czytam o historii dziewczyny, kobiety, która stwierdza, że zakochała się w kimś przez Internet. Jestem w szoku, a chyba nie powinnam być, bo zdarza się to stosunkowo często. Oczywiście, co wtedy robię - pytam Was o różne aspekty tej relacji, bo zanim cokolwiek doradzę chociażby w kwestii formalnego wystawiania zaproszenia, chcę mieć chociaż trochę większy pogląd na sytuację. A potem gadamy sobie i gadamy i to jest w tym najlepsze :).

Wiecie, różnie w życiu bywa. Wyświechtany frazes, że można kogoś znać wiele lat, a i tak się na nim nie poznać, ma w sobie wiele prawdy. Wychodzisz za mąż za świetną warszawską partię, mąż wykształcony, zarabiający, z dobrej rodziny, a potem i tak Wam nie wychodzi z któregoś z miliarda powodów, z którymi co dzień się spotykamy. Nie da się walczyć z tym argumentem. Nigdy do końca nie poznasz drugiego człowieka. Dlatego równie dobrze można podjąć ryzyko rozpoczęcia relacji z kimś... zupełnie obcym. Podstawowa zasada to zachować swój rozum, czy to polski mąż, czy egipski kolega z Facebooka.

Internet po to między innymi jest, żeby poszerzać nasze horyzonty i przekraczać różne granice. Moim zdaniem nie ma nic złego w poznaniu kogoś przez Internet. Ale po tym pierwszym kontakcie, skoro się tak polubiliśmy przez te Messengery, Skypy, Vibery i tak dalej, powinniśmy wykonać kolejny krok, czyli spotkać się w realu.

A dopiero potem zastanawiać się, czy spędzimy ze sobą resztę życia jako małżeństwo i rodzina.

Zawsze można się rozwieść, ale przeca nie po to wychodzimy za mąż, żeby zaraz się rozwodzić.

Też co prawda to prawda, można sobie wyjść za mąż w Egipcie, jak po miesiącu się znudzi to wrócić do Polski, nie rejestrować małżeństwa i żyć dalej jak gdyby nigdy nic. On sam raczej nie zarejestruje Ci małżeństwa w polskim USC, bo potrzebny byłby Twój podpis (chociaż tak daleko się w tych sprawach nie orientuję). Mimo wszystko scenariusz odradzam.

No i kusząco brzmi oferta małżeństwa od przystojnego mężczyzny, który o Ciebie nawet onlajnowo zabiega. Oferta małżeństwa to w ogóle w Polsce jest już coś! Trochę trąci desperacją, ale nie mówcie, że nie mam świadomości. To tak jak Saudyjkom się wygodnie żyje, nie muszą uganiać się za facetem przez osiem lat, aż ten będzie łaskaw kupić pierścionek. Ok, żarty na bok.

Miłość, a chyba o niej powinnam mówić, skoro moje Czytelniczki wspominają o planowanym małżeństwie z tajemniczym nieznajomym-znajomym, to związek dusz (jakkolwiek ckliwie to brzmi), charakterów i ciał. Kontakt przez Internet być może pozwala nam poznać czyjąś elokwencję, jego wiedzę o świecie, w ogóle pozwala zebrać mnóstwo rozmaitych informacji o tej drugiej osobie. Ale przez Internet nie zobaczysz i nie doświadczysz, jak on naprawdę wygląda, jak się porusza, jak zachowuje się przy znajomych, rodzinie, przy Tobie. Jak prowadzi samochód, jak się uśmiecha, w jaki sposób zamawia kawę, jakie ma swoje małe śmieszne nawyki, które być może pokochasz :).

W dobie zapośredniczenia niemal wszystkiego przez Internet całkowicie rozumiem, że w sieci można się kimś zainteresować i chcieć pociągnąć tę znajomość do realu. Ale jakoś trudno mi uwierzyć, że można tego człowieka pokochać, znając go tylko zza klawiatury. Tak się akurat składa, że internetowe kanały komunikacji są zbawieniem dla związków na odległość, o czym wiemy, bo większość z nas zdążyła się o tym przekonać na własnej skórze. Komunikacja przez Internet - jak najbardziej, ale potem. Trzeba dać sobie szansę na prawdziwe spotkanie, a jeśli okaże się, że to coś więcej, wrócicie do tych swoich komunikatorów. Do czasu następnego spotkania ;).

Mogłabym podsumować te moje wszystkie wątpliwości prostym pytaniem:
A co będzie, jak on Ci się nie spodoba??? :)

Ok, biorę poprawkę na to, że mogę być takim małym niedowiarkiem z tego samego powodu, dla którego znajome Polki pukają się w czoło i pytają, jak mogłam związać się z Arabem. Kto się nie zna, niech nie gada.

Przedstawię mój uniwersalny przepis na to, jak można by poradzić sobie z sytuacją zainteresowania się Egipcjaninem przez Internet. Czego by nie mówić, takiego wariantu nawiązywania relacji raczej nie planowałyście, więc trzeba teraz pomyśleć, jak tu sobie poradzić :).

Najlepiej pojedź tam do Egiptu na wakacje, z Polakami, rezydentem, do jednego z dziesiątków tych pięknych hoteli. Możesz jechać sama, w końcu jesteś dorosła (jesteś, prawda? :)). Nic nie ryzykujesz, poza generalnym ryzykiem, ekhm, w ogóle przebywania w tym kraju, a zyskujesz cudowne wakacje. Z nim spotkaj się na mieście, na przykład w okolicy Twojego hotelu. Jeśli się tak lubicie, on przyjedzie wszędzie, gdzie chcesz :). Jedna kawa, druga kawa, szybko się zorientujesz, czy jest jak zawsze czy jak nigdy :). Jeśli on Ci się nie spodoba, zmyjesz się po deserze, wrócisz do hotelu i więcej go nie zobaczysz. To Ty kierujesz tą sytuacją.

Odradzam pomysł wielu Czytelniczek, żeby zapraszać kolegę od razu do Polski. Że w Polsce się poznacie. Poza tym, że konsul raczej nie da wizy (trzeba osobiście znać osobę zapraszającą, przynajmniej w przypadkach tych tradycyjnych wiz turystycznych), to tak naprawdę zapraszasz do domu nieznajomego człowieka, który może okazać się świrem albo nudziarzem, a Ty go będziesz miała na głowie. Nawet, jak wyrzucisz go za drzwi, to jak coś nabroi, bierzesz za niego odpowiedzialność, bo go zaprosiłaś :).

Tobie łatwiej jest pojechać tam, niż jemu tutaj. Skoro myślisz o ślubie, a przynajmniej o wspólnej przyszłości, jest to godne inwestycji w wycieczkę all inclusive, o jej wszystkich pozostałych zaletach nawet nie wspominając :). Przy sprzyjających wiatrach do Egiptu można polecieć na tydzień za mniej niż 1500 zł, czy nie jest to rozsądna cena za spotkanie z przyszłym narzeczonym?

Na koniec posypię głowę popiołem i przyznam, że znam jedną parę, która poznała się przez Internet, on nie Egipcjanin ale mniejsza o to, byli w kontakcie przez jakiś rok, po czym ona wzięła córkę, pojechała tam na całe lato, zakochali się w sobie, wzięli ślub, a teraz szczęśliwie mieszkają w Polsce. Różnie w życiu bywa :)!

12:46, lamalaa , ślub
Link Komentarze (3) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18