Polka w związku z Egipcjaninem.
Lama la - dlaczego nie?
Codzienność, problemy, dobre rady.
I garść dowodów, że warto.
lamala@interia.eu
środa, 19 października 2016

Chcę się pochwalić (a może nie się, tylko kogoś innego), że znajoma z kręgu okołorodzinnego wyszła niedawno za mąż za Egipcjanina. Mieszkają tam, on jest Koptem. Dwaj egipscy mężowie w jednej rodzinie - taka polska sytuacja :).

Ostatnio przekonuję się trochę, co to znaczy być zapracowanym. Swoją pracę mam, do tego praca M., co do której co jakiś czas obiecuję sobie, że ukrócę to jeżdżenie tam i siedzenie z nim, niech sam robi, skoro tak chciał. Weekend ostatni raz miałam po urlopie. Czekaj, jakim urlopie w ogóle? ;) Na szczęście w mojej pracy dodatkowa fucha tymczasowo nie doszła do skutku, więc przynajmniej nie dojdzie mi więcej obowiązków, na razie. Zamiast tego zaczął się doktorat, co też wymaga trzeźwości umysłu. Od dwóch tygodni chcę zrobić zupę dyniową i nie jestem w stanie. Może dziś? Ale czemu ja mam robić zupę dyniową, skoro mam kucharza w domu? Ano tak to jest właśnie, szewc bez butów chodzi. Naszą nową normą jest jedzenie gotowych dań odgrzewanych w mikrofali, raz w tygodniu staram się zrobić zacniejszą kolację, której zazwyczaj nie kończymy, bo albo komu chce się jeść o dziesiątej wieczorem, albo przysypiamy na kanapie. Uwielbiałam naszą domową kuchnię i tradycję niedzielnych rybnych obiadów, teraz mam wrażenie, że istnieje tylko fast food :). Tak nie będzie zawsze - moja nowa mantra.

Ale nie piszę tego wszystkiego w klimacie narzekania lub malkontenctwa. Bardzo, naprawdę bardzo się cieszę, że M. ma prawdziwą pracę, robi coś dobrego dla innych i dla nas. Spełnił swoje marzenie o własnej firmie, chociaż wiadomo, że taka praca ma wiele odcieni, dobrych i słabszych stron. Ale zapadł mi w pamięć jeden obrazek z internetu, taka życiowa rada: gdy masz ochotę ponarzekać na swoją pracę, pomyśl o tych, którzy w ogóle jej nie mają. My akurat oboje wiemy, co to znaczy, dlatego tym bardziej doceniamy każdy pracowity dzień, nawet jeśli kończy się po 22. Na razie wszystkie ręce na pokład i rozwijamy interes wspólnymi siłami. Co nie znaczy, że dziś nie zamierzam zrobić sobie wolnego. Po własnej pracy. Dzięki. :)



wtorek, 04 października 2016

Szybko to wszystko poszło. Ciekawe, że najpierw człowiek tygodniami, miesiącami robi plany i zastanawia się, jak to wszystko będzie we własnej firmie wyglądało. A potem w końcu ją otwierasz i wszystko zaczyna pędzić. Czasem aż mnie to trochę przeraża i onieśmiela, że M. załatwia coraz to nowe sprawy i przed niczym się nie wycofuje. Dopóki wszystko pozostawało w sferze planów i względnej niemożliwości, fajnie było sobie tak gadać i snuć różne wizje. A teraz już jesteś w tej sytuacji, masz tę swoją działalność gospodarczą i możesz realizować to, co sobie założyłeś. Nawet nie tyle możesz, co musisz.

Gdyby ktoś potrzebował porady, jak się otwiera firmę, to ja chętnie pomogę ;). Polecam szczególnie moment, gdy orientujesz się, że została na przykład jeszcze tylko jedna rzecz do załatwienia. Czyli resztę z listy można sobie odhaczyć. Wszystko to brzmi dość abstrakcyjnie, ale organizacja własnej firmy to dla mnie zupełnie nowy teren. I do tego tak mi się w życiu złożyło, że to nie ja jestem właścicielką tej firmy, tylko mój egipski mąż. Przechodzę więc przez wszystko razem z nim, żeby mu w miarę możliwości pomóc. Ale zauważam też po mału z satysfakcją, że M. już na tym wsparciu tak bardzo nie polega. Sam spotyka się z tymi wszystkimi ludźmi, dzwoni, wysyła, zamawia, sam zaczyna odwiedzać urzędy. Im więcej wyzwań, tym mu zresztą lepiej idzie. Odpukać.

Nasze życie też błyskawicznie się zmieniło. Miałam faceta w domu i nagle nie mam :). Szybciutko opustoszała lodówka, pranie zaczęło zalegać, śmieci same się nie wynoszą. Z pracy przed komputerem przeskoczył na pracę siedem dni w tygodniu po dwanaście godzin, plus dojazdy. No ale na swoim. Ja po swojej pracy jeżdżę do niego i działamy razem. Tak nie będzie zawsze, ale na starcie chyba tak milej, jak ktoś z tobą jest.

To jest taki stan, taka sytuacja, której kompletnie bym nie przewidziała jeszcze pół roku temu. Po raz kolejny okazuje się, że sytuacja zawodowa nie jest dana raz na zawsze i że jest w stanie w krótkim czasie diametralnie się zmienić :).

środa, 28 września 2016

Tak, Moi Drodzy :). Dzieje się.

Wspominałam niedawno, że M. zmienia pracę. Jednak bardziej adekwatnym określeniem byłoby, że zaczyna pracę. Parę dni temu zarejestrował działalność gospodarczą w Polsce. W innej branży, niż spędził ostatni rok, ale w zasadzie w tej samej, w której pracował pół życia w Egipcie i nawet jeszcze w Polsce. I jedynej, która go tak naprawdę interesuje, o czym się chyba wreszcie przekonał. Nie wspominałam o tym właściwie nikomu, dopóki nie było pewne, że to wszystko dojdzie do skutku.

To temat nowy, długi i złożony, dlatego zacznę od samego procesu rejestracji działalności gospodarczej. Oczywiście, łatwo i prosto nie mogło być :). Podstawowym problemem było naturalnie jego nazwisko, z którym walczą wszystkie polskie urzędy. Problem o tyle poważny, że w nazwie firmy musi to nazwisko wraz z imieniem wystąpić. Spedziliśmy przy stanowisku rejestracji działalności gospodarczej ponad godzinę, ale większość tego czasu zajmowało prostowanie kwestii jego danych osobowych. Siedzieliśmy sami przy okienku, a pan gdzieś krążył po urzędzie z naszymi papierami. Stanęło na tym, że poprzedni pan, zajmujący się meldunkami i odpowiedzialny za wprowadzanie danych do rejestru PESEL, pomylił się. "Głupoty opowiadał", stwierdziła druga pani, która przyszła z pomocą. Czyli że jednak Egipcjanin ma nazwisko, a nie brak nazwiska. Aż się boję, co będzie przy kolejnych meldunkach.

W jaki sposób Egipcjanin otwiera firmę w Polsce?

Zacznijmy od prostej prawdy, że egipski mąż Polki zakłada działalność na identycznych zasadach, co Polacy. Akurat nasz pan w urzędzie trochę tego nie był pewien, ale go doedukowałam :).

Samo założenie firmy, jak wszyscy opowiadają i mają rację, jest naprawdę proste. Wystarczy przeczytać jakikolwiek poradnik w internecie na ten temat, albo sięgnąć do najprostszych krótkich publikacji, które są dostępne za darmo w różnych urzędach. Wniosek wypełnia się przez internet, a potem idzie się do swojego urzędu dzielnicy (gminy), aby go podpisać. We wniosku trzeba podać swoje dane, adres i wybrać z bardzo intuicyjnej listy rodzaje działalności, które będzie się prowadziło. Zasady wypełniania wniosku są takie same, jak w przypadku Polaków. Jedyna wątpliwość może dotyczyć wyboru sposobu prowadzenia księgowości - do rozwiania w pięć minut, gdy się o tym poczyta. Do wniosku dołączamy na końcu skan decyzji Wojewody o pobycie czasowym, jej numer trzeba też wpisać we wniosku w odpowiednim miejscu. Decyzja i paszport to tutaj podstawowe dokumenty.

Po wysłaniu wniosku przez internet wyświetla się możliwość wydrukowania go sobie w wersji roboczej, co oczywiście robimy. Zabieramy wydruk ze sobą do urzędu. Oprócz tego przezornie wzięłam parę innych dokumentów i dobrze, bo pan i druga pani oglądali je wszystkie (to przez te nazwiska), wszystko oryginały:
- oczywiście decyzja o zgodzie na pobyt czasowy
- zaświadczenie o zameldowaniu na pobyt czasowy
- potwierdzenie nadania numeru NIP sprzed dwóch lat
- akt małżeństwa
- paszport
- aktualna karta czasowego pobytu

Niby nigdzie to wszystko nie jest wymienione, ale i tak się przydało. Po szczęśliwym nadaniu nazwiska M. :), pan wydrukował nasz wniosek w dwóch egzemplarzach, przejrzeliśmy go jeszcze raz, M. podpisał i gotowe. Na pojawienie się wpisu w internetowym rejestrze czekaliśmy potem trzy dni.

Urząd Skarbowy i ZUS

Kilka dni później postanowiliśmy załatwić sprawę deklaracji, że M. będzie odprowadzać podatek VAT. Wydrukowałam z internetu formularz (3 strony), wypełniliśmy go z innym poradnikiem w ręku, wysłaliśmy pocztą. Podobno wszystko jest ok, przynajmniej tak twierdzi pan, który będzie prowadził nam księgowość.

Teraz przed M. kolejne kroki, identyczne jak w przypadku Polaka otwierającego firmę, na przykład:

- zakup kasy fiskalnej, jej fiskalizacja i rejestracja w Urzędzie Skarbowym
- zgłoszenie jego ubezpieczenia do ZUS, takie samo, co wypełniamy przy umowie o pracę (mamy na to 7 dni od terminu rozpoczęcia działalności - w naszym przypadku nie jest to termin złożenia wniosku o otwarcie firmy, tylko trochę później)

Oprócz tego M. ma już otwarte konto bankowe dla przedsiębiorcy i czekamy na pieczątkę. Jego firma formalnie jeszcze nie działa, bo przeznaczył sobie na początek czas na mały rozruch i dokończenie wszystkich spraw. Ogólnie rzecz biorąc, cudzoziemiec przechodzi przez to samo, co Polacy, gdy otwiera firmę. Jeśli kiedyś miałyście już styczność z tą procedurą, tutaj raczej nic Was nie zaskoczy :).

poniedziałek, 26 września 2016

Mocne wejście.

Po ponad dwóch latach pobytu M. w Warszawie, po raz pierwszy usłyszałam rasistowski tekst. Nie wiem, czy był kierowany pod naszym adresem, czy chodziło o zaczepkę, czy tylko wbicie szpilki ale tchórzliwie, pół-anonimowo, jak w internecie, żeby pokazać, do kogo należy ten kawałek europejskiej ziemi. Dorosły człowiek generalnie nie wypowiada się w ten sposób publicznie, więc jak zwał tak zwał.

Stoimy sobie na przystanku, czekamy na autobus, żeby podjechać do sklepu budowlanego w pobliżu. Dobra dzielnica, piękna pogoda, ja wietrzę głowę bo od czterech dni jestem na lekach na zapalenie oskrzeli, słońce świeci, wokół cisza i spokój. Południe. Niedziela.

Dokładnie w momencie, w którym robię krok w stronę zadaszenia, aby zerknąć na rozkład jazdy, bo nic nie jedzie (niedziela w końcu), słyszę męski, starszawy głos: "Tych Arabów to tylko pomordować". Zaskakujące przerwanie ciszy i ćwierkania ptaków. Nic nie mówię do M., szukam autobusu na rozkładzie. Chyba tylko połowicznie dociera do mnie, co usłyszałam. I czy to na pewno chodziło o nas?

Mija sekunda i M. stwierdza, że jednak budowlankę ogarnie sam, żeby czasu nie tracić i moje gardło trochę oszczędzić. Wycofujemy się i kierujemy w inną stronę, mijając nasz przystanek. Mam więc okazję przyjrzeć się, jak wygląda człowiek, który mówi takie rzeczy do innych ludzi.

Niebezpieczeństwa chyba nie ma - pan w stylu pijaczka, pewnie w średnim wieku, choć wygląda starzej. Zaplute tenisówki i kurtka, plecak ze szkoły podstawowej, nieogolony, nieumyty, wszystko brudne. Ale trzeźwy i twarz myśląca. Razem z nim kolega, wygląda podobnie, nie rozmawiają. Nasze oczy się spotkały, więc posłałam mu jedno z moich najserdeczniejszych spojrzeń i to on pierwszy odwrócił wzrok.

Trochę nie wiem, jak powinno się poprawnie zachować w tej sytuacji. Odpowiedzieć mu coś? Zapytać, czy mówi do nas? Poprosić, by doprecyzował? Dopytać, czy ma na myśli, że powinno się na przykład zabić mojego męża? Z tym mordowaniem, to naprawdę o nas chodziło? A może od razu na Policję?

Nie było niebezpiecznie, wolę drobnego pijaczka niż młodego kibola. W takim drugim przypadku chyba wolałabym nieźle zwiewać. Musiała się taka sytuacja w końcu zdarzyć, chociaż poczucia zagrożenia nie było absolutnie żadnego. M. co swoje nasłuchał się półtora roku temu w pracy. Wie, jak jest w Polsce i można się przyzwyczaić. Ale że obok niego byłam teraz ja, kobieta, Polka, a dziad takie rzeczy mówi, to wstyd za mojego rodaka.

Chyba nie ma co odwoływać się do wartości demokratycznych, że w wolnym kraju każdy mówi i robi co chce, bo i do tych samych wartości sięgając wiemy, że moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. A gdy mówimy o potrzebie mordowania, to chyba jednak naruszamy tę cudzą wolność. Więc poprawność polityczną chowam do kieszeni.

I to w taki piękny dzień, słoneczna niedziela!

poniedziałek, 12 września 2016

Mała anegdotka z codziennego życia małżeńskiego z Egipcjaninem. Nie mówię, że kroczek po kroczku każdego człowieka się na coś przekabaci, bo ja wcale nie chcę tego robić. Ale być może pewne rzeczy dzieją się gdzieś w tle, przypadkiem, biegiem czasu. M. rozsmakował się w kolorowych piwach, takich, co w Polsce uważane są za dziewczyńskie. Niskoprocentowe, czasem nawet w ogóle zero procent. Przeważnie okazuje się dopiero w domu, jak dopatrzysz się składu tym małym druczkiem. Kupował sobie do każdego meczu Polski z kimś tam w czasie Euro (sam środek Ramadanu), albo gdy gra jakaś jedna z miliona ważnych drużyn, teraz kupuje sobie do kolacji lub programu w TV. W piątek wieczorem idę na basen i mówię, że w drodze powrotnej kupię sobie jakieś wino na weekend. A ten mnie prosi o kupienie mu piwa :). Polski mąż. Do odświętnej kolacji wczoraj sam zaproponował otworzenie szampana.

Eid Mubarak! :)

wtorek, 06 września 2016

Wszystko co dobre szybko się kończy ;). Wróciliśmy po urlopie do pracy, na szczęście jest jeszcze szansa na parę ciepłych dni w Polsce i to nawet w ten weekend? A potem już pewnie szara i chłodna rzeczywistość. M. chyba nie byłby sobą, gdyby nie wzięło go na zmianę pracy. Próbuje teraz robić co innego, pewnie dlatego, że poprzedni biznes jednak mu nie wypalił. To znaczy wypaliło i się skończyło. Czasem naprawdę nie wiem, jak M. wyobraża sobie własną zawodową przyszłość i jak to się w końcu przełoży na nasze małżeństwo i nasze życie. Z pewnością mogę Was uprzedzić, że Egipcjanie nie mają w Polsce łatwo z pracą, a jak już coś mają, to nigdy nie wiesz, na jak długo. Taka to huśtawka. Ale to nie oznacza, że pracy nie ma wcale.

Piszę o tym teraz dlatego, że dostałam ostatnio w tym samym czasie kilka wiadomości od Was z pytaniem, jak to jest z pracą dla Egipcjanina. Myślę, że podstawowe problemy w tej materii są tylko trzy:

1. On nie zna języka polskiego. A jesteśmy w Polsce, więc po jakiemu niby mamy się komunikować w pracy. Jest oczywiście cała masa stanowisk, gdzie mówi się tylko po angielsku lub tylko po niemiecku i tak dalej i takie stanowiska właśnie będą w obrębie Waszych zainteresowań. Niestety, sporo z nich to stanowiska wysoko ulokowane w strukturach organizacji, gdzie trzeba mieć odpowiednie doświadczenie zawodowe. Czyli, w skrócie, praca niekoniecznie dla barmana z Sharmu, jakimkolwiek informatykiem czy prawnikiem w rzeczywistości by nie był.

2. On nie ma doświadczenia zawodowego. Czyli patrz wyżej. Studia skończone pięć, dziesięć lat temu i ani jednego dnia spędzonego w zawodzie. Może i nawet pracował kiedyś tam, gdzie by naprawdę chciał, ale w Polsce raczej nie będzie to brane na poważnie. Prowadzenie sklepu przez ileś lat w Egipcie? Toż to prehistoria w porównaniu z jakże rozwiniętą Polską :). Wiadomo jednocześnie, że realia pracy w Egipcie są zupełnie inne niż w Polsce. Różnimy się pod względem:
- sposobu zawierania umowy, np. w Polsce po prostu ją zawieramy, tam niekoniecznie
- sposobu wypłaty, tam nie każdy ma konto bankowe, ale i w Polsce tygodniówki bywają wypłacane do ręki
- czasu pracy, to w ogóle niebo a ziemia
- przepisów prawa i bezpieczeństwa pracy (są tam jakieś?)
- sposobu otwierania biznesu, pod tym względem naprawdę łatwiej żyć w Egipcie.
Przydatność dyplomów jest w naszych krajach na jednakowym poziomie, no i rekrutacja do pracy przebiega podobnie, gdyby tak spojrzeć prawdzie w oczy. Z tym wyjątkiem, że u nas chyba każdy ma szansę na pracę w komórkach państwowych. Tam musisz mieć mocne znajomości, zacną rodzinę albo portfel. Z kolei w Egipcie taka praca jest poważana, bardzo dobrze płatna i wszyscy jej zazdroszczą. Nie to co u nas.

3. Polacy nie chcą zatrudniać Arabów. To pewnie trochę krzywdzące dla osób pozytywnie nastawionych wobec cudzoziemców, ale umówmy się. Arab to w dalszym ciągu terrorysta, i szuka pracy?, tyran, bije ludzi, fanatyk religijny i do tego się nie myje. Nawet, jeśli nie każdy reprezentuje takie przestarzałe już opinie, to jednak podchodzi się do obcokrajowców z rezerwą i brakiem zaufania. To jasne, że na to ostatnie każdy z nas w pracy musi sobie zasłużyć, ale niestety nie zawsze będzie taka szasna Egipcjaninowi w Polsce dana. Myślę, że sporo się na takim podejściu traci, bo Egipcjanin może być fajnym pracownikiem. Dla niego kilkunastogodzinne zmiany to normalka, jeden dzień wolny w tygodniu to już luksus, urlop bierze się maksymalnie na tydzień raz w roku. Do tego chodzi jak w zegarku, bo w Egipcie za byle co wylatuje się z roboty.

Gdzie zatem szukać pracy? No cóż, wszędzie, jak wszyscy. Wysyłać CV z uporem maniaka, nawiązywać znajomości z innymi cudzoziemcami, pytać wśród polskich znajomych. Można też starać się o własny biznes, ale to będzie wymagało oczywiście kasy i skutecznego poznania realiów samozatrudnienia w Polsce. Chciałam dodać "i nie poddawać się", ale chyba akurat to Egipcjanom niepotrzebne, skoro dali już radę wyjechać z kraju i zamieszkać w Polsce.

piątek, 19 sierpnia 2016

Drugi egzamin M. też oblał. Komputer był ten sam, pan prowadzący egzamin tym razem inny, nie mówił po angielsku, ale to i niepotrzebne. Za to poświęcił więcej czasu na obejrzenie karty pobytu M. z obu stron (po parę razy!). Być może pierwszy raz zobaczył cudzoziemca na oczy :). Kiedyś musi być ten pierwszy raz, nawet w pracy. Na kolejny termin M. chce się zapisać dopiero po urlopie.

Lipiec i połowa sierpnia zleciały mi błyskawicznie. Było parę ciepłych dni, ale coś mi się wydaje, że już się skończyły. Drzewa za oknem brązowieją. Ale to już? :( Nie przeszkadza to jednak faktowi, że od jutra, a nawet od dziś zaczynam urlop! Cudnie :)

Przy okazji poruszę temat, z którym pewnie się stykacie lub zetkniecie, gdy Wasz luby przyjedzie na stałe do Polski. Dużo osób i bardzo często pyta mnie, kiedy M. wybiera się do Egiptu. Zadają to pytanie za każdym razem osoby, których nie widziałam na przykład miesiąc. A ja zawsze odpowiadam im to samo, chociaż swoją wiedzę też czasem sama aktualizuję. M. nie wybiera się na razie do Egiptu. Nic się nie zmieniło od dwóch lat. Obecnie ilekroć go o to pytam, odpowiada tak samo, że może w przyszłym roku albo w jeszcze następnym. Nie spieszy mu się jakoś. Z perspektywy imigranta może to i dobrze, że mu nie tak tęskno, bo to przecież łatwiej żyć, niż gdyby zdychał tu z żalu za krajem. Dla mnie też, przyznaję, lepiej. Chociaż ja sama nie wyobrażam sobie, że mogłabym tak siedzieć za granicą i nie chcieć wrócić albo przyjechać do Polski raz na jakiś czas. Może punkt widzenia zależy od punktu siedzenia?

Nikomu z jego arabskich znajomych przebywających w Polsce nie spieszy się do Egiptu i innych krajów. To nie znaczy, że nie jeżdżą. Mniej więcej raz na dwa lata robią sobie taką wycieczkę, która trwa od tygodnia do miesiąca, zależnie od sytuacji. Częściej lata tylko jeden znajomy, który nadal prowadzi w Egipcie biznes i chce go czasem doglądnąć. Podobno wyjazd do kraju wiąże się z kłopotem pod tytułem prezenty. Rodzinka oczekuje w końcu czegoś z Europy, zwłaszcza, że nie widuje faceta całe lata. Tak samo, jak my czekaliśmy i czekamy na prezenty ze Stanów :). To chyba zrozumiałe. I weź tu obdaruj to stado ludzi. Starają się ograniczyć do prezentów dla dzieci, ale to i tak dużo. Dla mnie akurat kupowanie prezentów to wspaniała sprawa, ale rzeczywiście, trzeba się do tego nieźle przygotować.

Żony najczęściej zostają w Polsce z dziećmi. I stresują się, co tam się w Egipcie dzieje, a obecnie to jeszcze, czy samolot aby na pewno doleci, a potem wróci. Nastawialiśmy się na pierwszą podróż do Egiptu razem, ale po ostatnich akcjach M. przestawia się bardziej na podejście, że może jednak pojedzie sam. Chociaż wtedy to może też już będzie inna sytuacja polityczna i będzie bezpieczniej.

Przy okazji, zorientowaliśmy się, że jeszcze jakieś półtora roku i M. będzie musiał składać kolejny wniosek o kartę pobytu. O ile przepisy się nie zmienią (w sumie to na pewno się zmienią, ale załóżmy), będzie to już karta stałego pobytu. Przypomnieliśmy sobie, że to właśnie wtedy nadejdzie ten moment, kiedy M. ucieknie do Paryża, chociaż poprawia mnie, że woli do Berlina. Z taką stałą kartą bardziej się opłaca. Czyli mam jeszcze jakieś w przybliżeniu dwa lata małżeństwa przed sobą ;))). Chyba nie powinnam nigdy pisać, mówić ani nawet myśleć takich rzeczy, bo nie wiadomo, co jeszcze los nam przyniesie. I nie mam na myśli żadnej europejskiej dezercji. Teraz piszę to serdecznie, wyłącznie w charakterze żartu, który rozumiecie tylko Wy, partnerki Arabów w Polsce :).

Tym humorystycznym akcentem żegnam się z Wami na parę dni i życzę mocno, aby mój dobry nastrój (naprawdę dobry! pierwszy raz od dawna!) udzielił się też Wam. Może czasem wystarczy po prostu wziąć wolne :).

poniedziałek, 08 sierpnia 2016

Oczywiście - nie zdał :). Nie brakowało mu wielu punktów, to znaczy mogło być gorzej, ale niestety trzeba będzie odwiedzić ośrodek egzaminacyjny jeszcze raz albo nieraz. Dobra wiadomość jest taka, że nie było żadnych wpadek proceduralnych. M. był na liście gdzie trzeba, miał ustawiony egzamin po angielsku, nawet pan prowadzący egzamin rozmawiał z nim po angielsku. Oprócz niego zdawało jeszcze dwóch cudzoziemców, reszta to Polacy. Cudzoziemcy nie zdali, polscy sąsiedzi przy biurkach obok też nie. Pan sprawdzający listę (tak na wszelki wypadek - wyczytuje wszystkich po kolei, wtedy wchodzi się do sali, podpisuje listę, a pan podaje numer komputera; szczegółowe instrukcje pan przekazuje po polsku, a potem króciutko po angielsku) każdego pytal "Pan po raz pierwszy?". Do wejścia na egzamin wystarczy cudzoziemcowi karta pobytu. Po egzaminie poszliśmy zapisać się na kolejny termin, też wystarczyła już sama karta, bez Profilu Kandydata. Wszystko już jest w systemie, tylko wybieramy sobie termin i opłacamy.

Egzamin składa się z (chyba) 32 pytań, maksymalnie 74 punkty do zdobycia, wystarczy 68 aby zdać. Większość to pytania TAK-NIE, masa filmików. Jest czas na przeczytanie pytania, potem czas na filmik, potem czas na odpowiedź. Nie można wrócić do poprzednich pytań. Każde pytanie inaczej punktowane. My to mieliśmy kiedyś prościej, 18 pytań wielokrotnego wyboru, razem 18 punktów, 16 zdaje. Teorię robiło się z palcem w nosie. Następny termin egzaminu niebawem :).

poniedziałek, 01 sierpnia 2016

Jakiś czas temu rozpoczęliśmy procedurę wymiany egipskiego prawa jazdy na polskie. Sprawa posunęła się do przodu, aktualnie czekamy już na egzamin teoretyczny. W międzyczasie zadziało się parę rzeczy, a mianowicie:

Jakiś tydzień po złożeniu przez nas papierów w urzędzie dzielnicy odebrałam telefon od pani, która przyjmowała dokumenty, że konieczne będzie potwierdzenie prawdziwości egipskiego prawka przez Ambasadę Egiptu. Tak mi się zdawało od początku, że to jeden z kroków, ale nic w tym kierunku nam wcześniej nie sugerowano. No i w związku z tym mamy dwie opcje: pojechać osobiście do Ambasady i załatwić sprawę, lub dostarczyć prawo jazdy do urzędu i oni sami je wyślą. M.owi nie uśmiechało się jechanie przez pół miasta, czekanie w kolejce i płacenie kolejnej stówki za dokumenty od Ambasady (jakoś tak za każdym razem musieliśmy płacić sto złotych, za wydanie jakiegokolwiek dokumentu), więc postanowił zanieść prawo jazdy do urzędu i niech oni sami wysyłają.

Dotarł na miejsce, a tam za biurkiem była inna pani. Ani słowa po angielsku, pani bierze do ręki egipskie prawo jazdy i nie wie, co z nim zrobić. No to M. dzwoni do mnie, abym przez telefon wytłumaczyła o co chodzi. Pani nie chciała się zgodzić z moją wersją wydarzeń, (z lekkim oburzeniem) Państwo sami to załatwiają we własnym zakresie, ale jak poszła  zapytać koleżanki, to okazało się, że jednak niekoniecznie sami we własnym zakresie. M. zostawił zatem prawo jazdy na pastwę urzędu i poczty polskiej (chyba).

Kolejne dwa lub trzy tygodnie później przyszło do nas pismo, że ze względu na złożoność sprawy i brak odpowiedzi od instytucji właściwych do wydawania decyzji, urząd nie wyrobi się z realizacją naszej sprawy i przeciągnie się ona do 30 września. Spoko, nie pali się.

Następnego dnia zadzwoniła do mnie "nasza" pani z informacją, że jest już odpowiedź z Ambasady, potwierdzili prawdziwość egipskiego prawa jazdy i możemy odebrać Profil kandydata na kierowcę.

W takim razie tydzień temu, w poniedziałek (bo w poniedziałki pracują do 18) poszliśmy do urzędu, M. coś tam podpisał i odebrał Profil. Egipski dokument został w urzędzie, bo po zdaniu egzaminu zostanie odesłany do Egiptu. Ciekawe, czy będą wiedzieli, gdzie to wysłać :))). Inaczej mówiąc, M. będzie miał tylko polskie prawo jazdy. Nic więcej w urzędzie nie musimy robić, dopiero po zdaniu egzaminu pani zadzwoni do mnie z informacją, że jest już polskie prawo jazdy do odbioru.

Z tym Profilem i jego kartą pobytu udaliśmy się w sobotę do najbliższego nam Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego i M. zapisał się na egzamin teoretyczny w języku angielskim. Pani w okienku życzliwie poinformowała, że gdyby nie powiodło się za pierwszym razem, to wszystkie dane są już w systemie, włącznie z prośbą o wersję angielską. Niech mu komputer lekkim będzie, M. nie wierzy za bardzo w swoje możliwości, bo ponoć żaden cudzoziemiec nie zdaje za pierwszym razem. Rzeczywiście, jak oglądałam płytę z pytaniami i aktualną wersją egzaminu, to jest trochę gorzej, niż było osiem lat temu. A weź to jeszcze spróbuj zrozumieć po angielsku. Ale najważniejsze, że nie musi zdawać praktyki.

Tymczasem zaczął się sierpień, mój ulubiony miesiąc w roku, tym razem chociażby dlatego, że przybliża mnie do upragnionego urlopu :). Na dzień dobry pada, ludzie się cieszą, że upały się skończyły, zaraz się zacznie, że za zimno, a ja płaczę za tymi trzydziestoma stopniami, że gdzie one się podziały?! Podobno w piątek przyjdzie ocieplenie i znów Polakom będzie za ciepło. Co do urlopu, jakiś pierwotny chyba instynkt jednak wziął górę nad odkrywczymi pomysłami i zrezygnowałam z tygodnia nad morzem. Zamiast tego - parę dni więcej w Tatrach. Gdy tylko sobie to uzmysłowiłam, że dlaczego nie, spłynęło na mnie oświecenie i ogromnie mi ulżyło. Prawie dwa tygodnie w górach, to już można coś porobić :).

środa, 20 lipca 2016

Tak sobie myślę, jak wielkim dziełem przypadku jest nasze życie. Brzmi prozaicznie, ale popatrzcie. Dzisiaj mija rok i miesiąc od naszego ślubu. Kilka dni temu stuknęliśmy się kieliszkiem, bo minęły nam trzy lata znajomości, dwa lata mieszkania razem i jakieś dwa i trzy czwarte roku związku. To, że teraz jesteśmy razem, że jesteśmy razem w Polsce, jest wynikiem cudzej decyzji - decyzji konsula. To nie zależało od nas. My mogliśmy tylko przynieść wszystkie papiery, wypełnić wnioski, ale decyzja nie należała do nas. To konsul przyznał wizę, umożliwiając nam życie razem, kontynuację naszego związku. Nie można powiedzieć, że przyznanie wizy to naturalna kolej rzeczy dla każdego petenta, który zgłasza swoją aplikację o wyjazd. Mało który egipski turysta dostaje wizę.

Co by było, gdyby decyzja była odmowna i M. nie dostałby wizy? Czy nadal bylibyśmy razem albo czy bylibyśmy małżeństwem? Czy ja bym wyjechała do Egiptu do pracy, tam podejmowalibyśmy kolejne próby zdobycia wizy i przeprowadzki do Polski? Czy te wszystkie trudności by nas nie poróżniły? Wiem, że niektóre kobiety żyją całe lata na odległość. Trzy lata, pięć lat, spotkania co kilka miesięcy. Albo wyjeżdżają do niego, "na jakiś czas". Regularne wizyty w Ambasadzie i kolejne odmowy. Niepewność przyszłości, czy mamy tutaj zostać, czy założyć rodzinę, czy się wycofać. Wieczna tymczasowość i stan, który nie jest docelowy. Lata lecą, w Polsce coraz mniejsze zaplecze. Czy tak się da żyć?

Naprawdę wielkim dziełem przypadku jest nasz związek i nasze małżeństwo. To nie tylko kwestia pozytywnej decyzji konsula o przyznaniu wizy. To też - a może przede wszystkim - efekt tego, że te trzy lata temu wsiadłam z mamą do samolotu i pojechałam na dwa tygodnie rajskich wakacji, które miały być po prostu wakacjami w gorącym kraju, z pyszną kuchnią, drinkami i snurkowaniem.

Gdyby ktoś do mnie wtedy podszedł, do tej kolejki do odprawy, co zacięła się drukarka i czekaliśmy, aż ktoś ją naprawi, albo gdy siedziałyśmy z mamą przy wysokim stoliku za odprawą w tłumie ludzi, pijąc białe wino, gdyby ktoś do mnie podszedł i powiedział, że dzisiaj poznasz swojego przyszłego męża, on jest Egipcjaninem i pracuje w barze w Waszym hotelu, on się zakocha w Tobie od razu, Ty będziesz potrzebowała jeszcze pół roku, przyjedziesz do niego jeszcze cztery razy. Pobierzecie się za dwa lata w Warszawie, Wasz ślub będzie cichy i kameralny, a sukienkę będziesz miała taką, jak sobie wymarzyłaś jeszcze w poprzednim związku. Aktualnym związku. Czy wsiadłabym do tego samolotu?

Pamiętam nie tylko tę zaciętą drukarkę i wino, pamiętam też kolor paznokci, który wybrałam u kosmetyczki, upał, gdy schodziłam do podziemi do kantoru, gdzie sprzedają jednodolarówki. Pamiętam, jak podpisywałyśmy umowę w biurze podróży w marcu i jak mój chłopak sam mnie przekonywał, że powinnam pojechać do Egiptu z mamą, bo jego samego to nie interesuje. Wybierałyśmy między dwoma hotelami. W tym drugim M. zresztą też kiedyś pracował, tak samo jak w obiekcie, w którym byłam już parę lat wcześniej. Pamiętam też pierwszą kolację w hotelu, spadającą gwiazdę, które to zjawisko zobaczyłam po raz pierwszy w życiu, pierwszy wieczorny spacer po plaży i leżak, na którym siedziałam każdego dnia, czując, jak z każdą chwilą Polska coraz bardziej się oddala.

Można tak w nieskończoność, wkraczając na kolejne poziomy łzawości ;). Gdyby nie M., pewnie nie byłabym w tej chwili niczyją żoną, najprawdopodobniej byłabym sama, bo ani ze mnie podrywacz, ani imprezowicz, raczej klasyczna nudziara bez większego poczucia humoru, stroniąca od zachowań ryzykownych, może wpadłabym w pracoholizm. Zawsze to jakieś rozwiązanie.

Jak wiecie, łatwo z Egipcjaninem w Polsce nie jest, ale i tak wsiadłabym do tego samolotu. A losowi dziękuję, że te dwa lata temu był nam przychylny, tam, w tej dyplomatycznej dzielnicy Zamalek ;).

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18