Polka w związku z Egipcjaninem.
Lama la - dlaczego nie?
Codzienność, problemy, dobre rady.
I garść dowodów, że warto.
lamala@interia.eu

kulturowy mix

piątek, 03 sierpnia 2018

Polskie lato. Gorąco, słonecznie. Pięknie... Przestałam już liczyć, ile narzekań dziennie na to słyszę :). Że za gorąco, że myśleć się nie da, że ukrop i tak dalej. Pomnicie swe słowa w listopadzie! Ja z tymi temperaturami jestem w RAJU.

Zaraz zaczynam krótki urlop-bez-męża, czyli tradycyjny wyjazd z mamą. A co do męża, to mam takie małe przesłanie do świata: dbajcie o swoich facetów. Tym razem w tym sensie, że zapiszcie go do jakiegoś lekarza, niech zrobi sobie badania krwi. Jak M. pracował w Sharm, to miał takie badania robione co roku. Po przyjeździe do Polski wziął się za to dopiero teraz. No i zaczęła się runda po lekarzach... Chuderlakiem nie jest, a jednak nazbierało mu się braków tego i owego.

Tego lata ja i M. dołączyliśmy do prywatnego ubezpieczenia w mojej pracy. I chociaż co miesiąc obcinają co nieco z pensji, to myślę, że to była najlepsza decyzja. Zaczynamy generalne przeglądy zdrowia. Życzę tego wszystkim! Dbajcie o siebie. Żebyście mogli uniknąć różnych nikomu niepotrzebnych stresów, a wakacje służyły do cieszenia się wakacjami.

PS, bo chyba tutaj o tym nie wspominałam: M. zaczął naukę pływania. Tak, mój mąż nie umie pływać! A raczej nie umiał jeszcze do niedawna :). Dziwi mnie, jak facet pochodzący z kraju o dwóch ciepłych morzach może nie umieć pływać. I nie on jeden z jego otoczenia. Cóż, czego nikt nie dopilnował za młodu, facet nadrabia w dorosłości. Mamy niedaleko nas mały basen, M. zapisał się na indywidualne lekcje. On się uczył, a ja w tym czasie sobie pływałam. To były moje ukochane lipcowe wieczory. Zaczął od zera, a niedawno widziałam, jak płynie obok mnie kraulem bez żadnej pomocy. Przed nim jeszcze sporo nauki, ale, jak widać, dorosły też może nauczyć się pływać, jeśli się za to weźmie :). A nowy sport to teraz dla niego idealny timing.

wtorek, 18 lipca 2017

M. jest w Polsce trzy lata i nadal nie mówi po polsku. Jest jełopem. No, niby coś tam mówi, np. w pracy z Polakami rozmawia tylko po polsku, ale wyobrażam sobie, co to za rozmowa. W Excelu pisze po polsku, smsy po polsku (smsy to jakiś ważny kanał ich służbowej komunikacji, btw, taka firma), przez telefon rozmawia łamanym polskim, bo słyszę, ale ze mną na co dzień to bardziej półsłówka, niż normalna rozmowa.

Pytanie, czy M. mówi po polsku, to jedno z pierwszych, które zadają mi znajomi. Z czasem pytania o znoszenie polskiej pogody i o choroby zostają zastąpione takim właśnie tematem-rzeką :). To tak dla Was, na przyszłość. Wtedy ja odpowiadam, że trochę mówi, ale nie za bardzo. I wtedy pada zawsze ta sama odpowiedź, że ja powinnam go uczyć polskiego i rozmawiać z nim tylko po polsku! Czas postawić parę spraw jasno.

To się tylko tak w teorii wydaje, że międzynarodowe małżeństwo ma cudowną okazję do nauczenia się wzajemnie swoich języków. No błagam, to jest oczywiste, okazja idealna! Gorzej z wykonaniem. Aby ten plan zadziałał, musi być spełnione kilka warunków:

- oboje musicie wiedzieć cokolwiek o nauczaniu języków, a idealnie, gdyby ta wiedza dotyczyła nauczania języka własnego jako obcego - w zasadzie nauczanie innego języka obcego nie ma z tym wiele wspólnego
- oboje musicie być super poprawni w swoich językach, co chyba wiąże się z punktem numer jeden, czyli mówić powoli, wyraźnie, poprawnie gramatycznie, ładnie akcentować, tak by zrozumiał Cię cudzoziemiec i był w stanie naśladować
- oboje musicie mieć czas po pracy na wzajemne nauczanie się tych języków, czyli czas na dwa kursy w ciągu tygodnia (no bo nauczając polskiego niekoniecznie z automatu nauczysz się arabskiego, jakby)
- musicie wybrać dobre podręczniki (to akurat najprostsze) i umieć z nimi pracować (to gorzej), chyba, że macie czas na samodzielnie przygotowywanie materiałów do nauczania języka obcego - dzień w dzień - tydzień w tydzień - miesiąc w miesiąc - aż małżonek się nauczy.

Ja wiem, wiem. To wszystko nie tak! Nie o to chodzi! Ty masz do niego mówić po polsku, a nie robić mu lekcje! Wtedy on nauczy się naturalnie, jak dziecko! (Dorosły człowiek nigdy niczego nie nauczy się naturalnie jak dziecko).

Słyszałam opowieści o tych, którym się udało :). Że siedział facet w domu trzy, cztery miesiące, wkuwał cały dzień, bo nie pracował, wszyscy do niego mówili tylko po polsku, to go bardzo motywowało, i teraz on, cud świata, włada wzorową polszczyzną. Bardzo bym chciała, żeby to szczęście przydarzyło się także mnie i żeby mój mąż swoją ciężką pracą i naszą żelazną konsekwencją posiadł umiejętność rozmawiania w moim ojczystym języku, na tym samym poziomie co ja. Niestety, trafił mi się leń, młotek i ignorant bez zdolności językowych, albo jak go tam jeszcze nazwiecie :).

M. dla mnie jest przede wszystkim moim mężem i partnerem. Na pewno nie jest moim dzieckiem albo moim uczniem. Gdy wracam z pracy, albo gdy zwyczajnie spędzamy ze sobą wspólny wolny czas, chcę rozmawiać z nim jak z moim facetem, a nie z podopiecznym. I tak związek z cudzoziemcem stawia Cię milion razy na pozycji kuratora, konsultanta, reprezentanta i Bóg wie jeszcze kogo, bo musisz załatwiać za niego różne sprawy, szczególnie na początku. Uwierzcie mi, to się nudzi. Masz wreszcie ochotę nie myśleć o poprawności i dydaktycznym wymiarze swoich słów i działań, chcesz po prostu komunikować się z facetem jak człowiek, bo to Twój partner i kropka. Język polski przemyca się w tej komunikacji tak czy tak, ale gdybym miała wszystkie nasze rozmowy prowadzić tylko po polsku, chyba nic bym z nim nie załatwiła. Wszystko trwałoby dwa razy dłużej. Jestem cierpliwą osobą, ale i mnie by w końcu szlag jasny trafił.

Oczywiście, zdarza się, że zwracam się do niego po polsku i on już większość tych zwrotów zna. Nie kosztuje to znowu tak dużo, żeby czasem powiedzieć coś po polsku, zamiast po angielsku, szczególnie w naturalnych sytuacjach, typu podaj to, przynieś mi tamto, czy możesz zrobić itd. Staram się pamiętać o tym, by do M. trafiały moje komunikaty po polsku. Ale przyznam, że nie przychodzi mi to zbyt naturalnie :(. Od początku rozmawialiśmy po angielsku, on ten swój angielski w międzyczasie bardzo podciągnął, i dziwnie jest mi teraz przestawić się na polski. Gdzie tam przestawić, zresztą! Długa droga do Rio.

M. wziął udział w dwóch bezpłatnych kursach języka polskiego, które były organizowane przez fundacje lub stowarzyszenia. Nic mu to nie dało, więcej nauczył się w pracy. Taka cecha bezpłatnych kursów, że przez dwa tygodnie analizujesz mapkę Europy lub Polski i uczysz się nazw miast. Na kurs z prawdziwego zdarzenia od początku nie było nas stać i być może to jest jeden z wielu naszych błędów? Z jednej strony wysokie ceny, z drugiej nieregularne godziny pracy, które towarzyszą M. do dziś. Szukaliśmy prywatnego nauczyciela i nikt się nie znalazł, może uciekali na wieść, że mają uczyć Araba :). Żeby było jasne, książki oczywiście mamy, zarówno samouczki jak i podręczniki do pracy z lektorem, a próby wspólnej pracy podejmowaliśmy kilkakrotnie. Guzik z tego!

Jestem ciekawa, jak to tak naprawdę wygląda u innych par. Co robią, żeby przejść z tego poziomu dukania do względnie normalnej komunikacji, którą trzeba tylko szlifować. Znam już wszystkie opinie, że mój to nauczył się sam w miesiąc!!! i że wystarczy tylko jego motywacja i ciężka praca, bo to, uwaga, nigdy do niczego nie wystarczy. Pewnie coś tam zależy od tego, co jegomość robił do tej pory i gdzie państwo się poznali. Cóż, mojego męża poznałam za barem w Egipcie, w żadnym wypadku nie był koptyjskim studentem medycyny na warszawskiej Akademii Medycznej, po prywatnej amerykańskiej szkole w Kairze ;))). Ktoś coś, Szanowne Czytelniczki? :)

czwartek, 23 marca 2017

Nie będzie to notka o wydarzeniach roku, ale po prostu musiałam się z Wami tym podzielić:

Blisko dwa lata po ślubie dowiedziałam się, że mój wykształcony przez Uniwersytet w Mansourze mąż nie wie, co to są cyfry rzymskie.

Dzieci się tego uczą w szkole podstawowej, mówię. To jak alfabet.

W Polsce, nie w Egipcie, ten na to.

To jak on rozumie tytuły filmów, co mają format trylogii na przykład? Jak zobaczy taką datę, to co robi? Jak on rozumie w ogóle cokolwiek? Jak on przetrwał trzydzieści dwa lata swojego życia bez takich podstaw???

Błagam. Wyszłam za analfabetę!!!

Bardziej płakać, niż śmiać się :).

czwartek, 22 grudnia 2016

Podczas wigilii służbowej tydzień temu jedna z osób z pracy zaczęła składać mi życzenia, po czym przerwała w połowie zdania i zapytała, czy ja obchodzę Boże Narodzenie. Wszystko w bardzo pozytywnym klimacie oczywiście i wydaje mi się, że było to szczere pytanie wynikające z ciekawości. Odpowiedziałam, że oczywiście, że obchodzę! Czemu miałabym nie obchodzić? Bo mi zakazał lub nakazał zmianę wiary? ;))

Taka mała anegdotka. To przypomina mi, że ludzie często nie wiedzą, jak może wyglądać wspólne życie osób reprezentujących różne wiary i tradycje. Znajomi wiedzą, że od początku włączyłam M. w obchodzenie chrześcijańskich świąt. Dla niego nie była to jakoś specjalnie nowa sprawa, bo co roku uczestniczył w organizacji świąt dla gości w hotelach, no i miał koptyjskich znajomych. Ale ktoś z zewnątrz może tego nie wiedzieć lub w jakiś sposób obawiać się, że odkąd związałam się z muzułmaninem, wszystko przepadło... Cóż, moje święta obchodzimy. Gorzej z jego świętami. Za każdym razem próbuję namówić M. na zorganizowanie tradycyjnej kolacji, przygotowanie egipskich dań, które serwuje się w jego kraju w tym czasie. I co? Przeważnie kończymy przed telewizorem, a makaron z beszamelem to najwyższy kunszt, na jaki M. się zdobywa. W jego domu podobno obchodzi się muzułmańskie święta, dzieci dostają prezenty i nowe ubranka zgodnie z obyczajem. Ale kto wie, może tylko kobiety zajmują się w domu organizacją wszystkiego i jak przychodzi co do czego, to facet zwyczajnie ma dwie lewe ręce? A u nas to inaczej niby jest?

Z tej okazji życzę wszystkim Czytelniczkom, aby Wasi partnerzy chcieli i potrafili wnieść cząstkę swoich tradycji do Waszych związków, i w drugą stronę też, żeby Wasze tradycje świąteczne były obecne w Waszym życiu. Święta to dobra okazja na wyrażenie wzajemnej akceptacji i zainteresowania.

Ale przede wszystkim to życzę Wam dużo odpoczynku, bo to jest coś, czego wszyscy potrzebujemy :).

środa, 23 listopada 2016

Zastanawiam się czasem, czy pewna cecha, którą posiada mój M., i która wydaje się niejednokrotnie dominować całą jego osobowość, to jakaś cecha narodowa Egipcjan, czy tylko jego? Mam na myśli jego optymizm, który rządzi chyba wszystkimi sferami jego życia.

Cokolwiek się dzieje, zawsze don't worry, it will be ok. Niezależnie czy wali się i pali, M. zawsze powie, że wszystko będzie dobrze i rozwiążemy tę sytuację. Nawet gdy przeczy to wszelkim moim zasadom logiki. W naszym związku to ja jestem osobą podcinającą skrzydła, przyznaję się, a stąd pewnie niebezpiecznie blisko do zrzędzenia. Nie mam zbyt dużo wiary w siebie, nigdy nie miałam. I niestety w innych też często nie wierzę, jeśli widzę, co robią i jak idzie im realizowanie ich planów. M. by pewnie chciał, żebym zawsze wierzyła, że wszystko się ułoży. A ja na to mam zawsze jedną, tę samą, nieśmiertelną odpowiedź: no to konkret proszę!!!

Wszystko będzie dobrze, ale na przykład planu za bardzo nie ma. Chcemy pojechać na cudowne wakacje - don't worry, we will go. A gdzie, kiedy, za co? Będzie dobrze, pojedziemy. No jakoś jak dotąd żeśmy nie pojechali, z tą całą jego optymistyczną filozofią. W przypadku liczenia pieniędzy sprawa jest naprawdę prosta, masz albo nie masz, odłożysz albo nie. Nie trzeba sięgać za bardzo do wiary w dobry los, wystarczy policzyć kasę.

Tak sobie myślę, że pod względem patrzenia w przyszłość jesteśmy kompletnie, ale to kompletnie różni. On jest totalnym optymistą, ja jestem totalną realistką z chorym skrętem w kierunku pesymizmu. Każde z nas ma na to swoje argumenty. Ja mu mogę powiedzieć, że jest nieodpowiedzialnym lekkoduchem, który do niczego jak widać nie podchodzi poważnie, ale byłoby to przecież wielkim kłamstwem. On może powiedzieć do mnie na to, że jestem zjedzoną przez strach asekurantką, która w życiu nie podejmie żadnego ryzyka, nie wierzy w siebie ani w ogóle w nikogo i która wszystko widzi w czarnych barwach. To też byłoby niesprawiedliwe! A na koniec jeszcze każde z nas mogłoby obrzucić to drugie stwierdzeniem, że wygodnie to tak żyć. Nic nie planując! Nic nie ryzykując!

Ktoś, kto postawił wszystko na jedną kartę, rzucił swój kraj i wygrał, nie jest lekkoduchem. I ktoś, kto poślubił człowieka z innej planety, nie jest asekurantem.

Mimo tych fundamentalnych w naszej historii wydarzeń i decyzji, w życiu codziennym często ścieramy się o te różne podejścia do przyszłości i planowania. Czytałam gdzieś, że muzułmanin nie może być pesymistą, bo oznaczałoby to, że nie wierzy w siłę Boga. Od razu mam ochotę powiedzieć, że to idealna podkładka do siedzenia pod gruszą i zbijania bąków. Po co cokolwiek robić? Będzie jak Bóg chce! Ale z nas dwojga to on dokonał niemożliwego, a potem jeszcze spełnił swoje marzenie i otworzył lokal. Wszystko to mi się trochę kłóci ze sobą i czasem już naprawdę nie wiem, co mam myśleć o tej całej filozofii życiowej mojego arabskiego męża.

Daję mu teraz pewną furtkę i jak mu się uda, to się od tego jego optymizmu odczepię. Mówię mu tylko, ok, w takim razie umowa stoi. Zawierzam jego optymizmowi, a potem powiem: sprawdzam.

poniedziałek, 12 września 2016

Mała anegdotka z codziennego życia małżeńskiego z Egipcjaninem. Nie mówię, że kroczek po kroczku każdego człowieka się na coś przekabaci, bo ja wcale nie chcę tego robić. Ale być może pewne rzeczy dzieją się gdzieś w tle, przypadkiem, biegiem czasu. M. rozsmakował się w kolorowych piwach, takich, co w Polsce uważane są za dziewczyńskie. Niskoprocentowe, czasem nawet w ogóle zero procent. Przeważnie okazuje się dopiero w domu, jak dopatrzysz się składu tym małym druczkiem. Kupował sobie do każdego meczu Polski z kimś tam w czasie Euro (sam środek Ramadanu), albo gdy gra jakaś jedna z miliona ważnych drużyn, teraz kupuje sobie do kolacji lub programu w TV. W piątek wieczorem idę na basen i mówię, że w drodze powrotnej kupię sobie jakieś wino na weekend. A ten mnie prosi o kupienie mu piwa :). Polski mąż. Do odświętnej kolacji wczoraj sam zaproponował otworzenie szampana.

Eid Mubarak! :)

piątek, 10 czerwca 2016

Tytuł, nawet przy najlepszym życiu seksualnym ever, brzmi trochę jak dzień jak co dzień ;). Co nadzwyczajnego jest w tym, że facet chce, a kobieta nie ma ochoty? Znowu? Wielkie rzeczy. Chociaż dziewczyny żyjące w związkach na odległość pewnie sobie tego nie wyobrażają. Rany boskie, jak można nie chcieć! Jednak nie o pożyciu seksualnym będzie ta notka, choć nie ulega wątpliwości, że tym wstępem zdobyłam już Waszą uwagę :).

Chciałabym nawiązać do kolejnej sfery życia osobistego i rodzinnego, która różni nasze dwie kultury. Chodzi o... rodzinę właśnie, a konkretnie jej zakładanie. Wydaje się, że Egipcjanom się do wszystkiego bardzo spieszy. Zaręczyny już, ledwo się poznaliśmy, ślub raz-dwa jak tylko odłożymy pieniądze, dziecko poczęte w noc poślubną o ile laska nie zgrywa cnotki-niewydymki, a już na pewno w podróży poślubnej. Jak rok po ślubie nie będziecie przynajmniej w ciąży, chyba coś jest nie tak z jego potencją, albo Twoimi jajnikami.

U nas w Polsce jest inaczej, co jest truizmem, ale czasem trzeba to kijem wbijać do tych pięknych kędzierzawych głów. Polskim mężczyznom nie spieszno wcale do pierścionków, ślubów i pieluch. Skoro mogą mieć to wszystko za darmo, to po co zmieniać stan rzeczy? A polskie kobiety jednak czasem by chciały. Co więcej, chciałyby mieć wszystko po kolei, najpierw pierścionek, potem wesele...

M. twierdzi, że celem życia Egipcjanek jest zamążpójście i urodzenie dzieci. Czyli założenie rodziny, która wypełnia im cały świat; najczęściej nie mają nic poza nią. Robią to szybciutko, ledwo skończą studia albo i nie. Po zaręczynach mają trochę czasu, by się wzajemnie poznać (tak, moi drodzy), robią wesele jak sto pięćdziesiąt, potem następuje noc poślubna czyli festiwal zażenowania, braku umiejętności, stresu i rozczarowania, i w końcu rodzimy, czyli nasz ślubny jest usidlony.

Nigdy nie piszę na blogu o najbardziej prywatnych sprawach, ale wiem na przykład, że M. bardzo chciałby mieć dzieci, w ogóle to mógłby je mieć już jakieś dziesięć lat temu, ale musi poczekać na to, aż ja też będę chciała. Aż to będzie ten moment w naszym życiu. On wszystko wie, że w Europie żyje się inaczej, że dziecko to decyzja, trzeba mieć jakieś zabezpieczenie, pracę, oszczędności, i musiał przestawić się na takie pojmowanie rzeczywistości. Kto by się takimi przyziemnymi sprawami przejmował w Egipcie, gdzie dziecko jest błogosławieństwem i darem od Boga. No przecież u nas też jest...

Polki, które zakochują się w Egipcjaninie, i nie mówię tu o turystkach, które chcą się zabawić i nikomu tym nie szkodzą, szybko zderzają się z jego potrzebą założenia rodziny. Zaczynają się wyznania miłości, oświadczyny i tak dalej. Dla nas, przyzwyczajonych do pełnej rezerwy postawy polskiego mężczyzny, jest to powód do podejrzeń, że coś tu jest nie tak, że on chce mnie wykorzystać. Tymczasem nie wszystkie wyznania "aj low ju" są podszyte kłamstwem i chciwością. Oni naprawdę są gotowi szybciej, niż my i nie oznacza to, że ich postawa jest gorszej jakości. Tylko czasem trochę dłużej zajmuje im zmiana strategii zdobycia kobiety z czułych i tandetnych słówek na budowanie prawdziwej relacji.

Facet pada na kolana, a kobieta jeszcze nie chce... Ani tych pierścionków, ani ślubów... Musi biedak poczekać, aż ich związek dojrzeje do takiego punktu, w którym planuje się wspólną przyszłość. W Polsce zaręczyny i ślub są uwieńczeniem pięknej relacji i miłości, to trochę trwa, przynajmniej tak by się wydawało, o ile chłop się przełamie, pójdzie do tego Apartu i kupi ten kawałek złota. W Egipcie zaręczyny są punktem wyjścia, od tego wszystko się zaczyna. No i masz potem życie jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiesz, co z niego wyciągniesz.

Takie to rozważania o ślubach i dzieciach. W niedzielę przyjaciółka wychodzi za mąż, ja zasilam szereg drużbów, wszyscy znajomi dookoła myślą o zakładaniu lub powiększaniu rodziny, to jest ten czas w naszym życiu. I wiecie co... nasi egipscy rówieśnicy są jakieś dziesięć lat przed nami i uśmiechają się pod nosem.

czwartek, 05 maja 2016

O tym chyba jeszcze nie było. Od prawie dwóch lat mój M. mieszka w Polsce, ale kontaktu z polską kuchnią zbyt wiele nie ma. Nie lubię polskiej kuchni, w moim domu nikt tego nie robi i nie je (kiedyś robiła babcia, ale nawet jej już się odechciało). Taka prawdziwa, tradycyjna polska kuchnia jest szczególnie kłopotliwa dla muzułmanina - gdzie nie spojrzysz mięcho. Bo akurat serwowanie zepsutego jedzenia mamy z Egiptem wspólne :).

Powiem nieskromnie, że my z M. prowadzimy ogólnie bardzo dobrą i zdrową kuchnię. Przy nim nauczyłam się gotować, nadal się uczę, dzięki niemu pokochałam ryby i oswoiłam się z mocnymi przyprawami. Kiedyś wszystko było bez smaku, teraz wszystko MA smak! Bardzo dużo gotujemy w domu, mamy swoje małe kuchenne tradycje, które uwielbiam. Raczej nie chodzimy do knajp. Jeśli już, to do fast-foodów. Może czasem tęskni się za glutaminianem sodu :). No i szczerze, jak już, to raczej nie zamawiam ryb w restauracjach. Już dawno przehandlowałam knajpowe jedzenie za cappuccino z bezą w mojej ulubionej kawiarence w naszej dzielnicy :).

Tak sobie myślę o polskim jedzeniu i dochodzę do wniosku, że współczesna Polska trochę się wstydzi swojej ciężkiej kuchni. Pewnie znajdziemy gdzieś doskonałe restauracje z tradycyjną polską kuchnią, ale większość nowych knajpek dla zwykłych ludzi oferuje zupełnie inne dania. Mix wszystkiego, co się dało pożyczyć z południa i zachodu. Ani krzty w tym polskości. Dla mnie nie ma w tym nic złego, bo nie lubię płynących tłuszczem mięsiw.

Ale popatrzmy na basen Morza Śródziemnego albo chociażby kraje arabskie. Oni nie zmieniają swojej kuchni aż tak. Mają od lat te same, tradycyjne dania i wszyscy je normalnie jedzą. Świeże warzywa, fasolki, pasty, owoce morza. Z prostych składników robią pyszne rzeczy. W Polsce modnie jest podawać makarony i sałatki (przepraszam - pasty i sałaty ;)) w jakichś dziwnych połączeniach z warzywami, których nie da się kupić w sklepie, albo hamburgery (sorry - BURGERY za 17 złotych) w papierku. Kto by się odważył w takim bistro zaproponować schabowego.

Być może też nie mam porównania, jak to wygląda na co dzień w Polsce. Przecież nie siedzę z nosem w cudzych talerzach :). Czy Polacy generalnie nadal preferują kotlety z kapustą zasmażaną i zupę ogórkową, zamiast kurczaka z grilla z ryżem i warzywami z wody? Na własnym podwórku przede wszystkim cieszę się, że sama wolę lekką i kolorową kuchnię, zamiast polskiej. Dobrze się złożyło. Dla dobra mojego małżeństwa :).

wtorek, 09 lutego 2016

Zanim poznałam M., słyszałam niejednokrotnie, że muzułmanie nie przepadają za psami. Że wcielenie diabła, siedlisko zła i w ogóle nieczyste bagienko. Wielbią za to ponoć koty. Egipcjanie szczególnie, pewnie im tak zostało ;). Jak w każdym stereotypie, jest w tym trochę prawdy. Ale czy tak dużo?

W Egipcie nie ma dobrego systemu ochrony zwierząt i opieki nad bezdomnymi osobnikami. W efekcie zdarzają się zbiorowiska bezpańskich wychudzonych psów, które ani nie wyglądają przyjaźnie, ani nie chcesz mieć ich w domu. W nocy są w stanie biec za człowiekiem i masz wtedy ochotę zwiewać. Niestety M. ma trochę złych doświadczeń tego rodzaju z dzieciństwa. Po przyjeździe do Polski stwierdził, że tutejsze psy są zupełnie inne. Nie tylko inaczej wyglądają i inaczej się zachowują, ale też mają inny charakter, są udomowione, słuchają swojego pana (przynajmniej trochę :)). Psy w Egipcie nie mają takiego fanklubu, jak wśród polskich rodzin.

Koty jego zdaniem są wszędzie takie same. Eats and forgets ;). Ja bym do tego dodała, że polskie koty są mikropoduszeczkami i puchaczami, a egipskie są chude i mam wrażenie że wszystkie mają identyczne beżowe lub brązowe umaszczenie. Ale widziałam tylko koty na ulicach. Być może te domowe są inne.

Zapytałam M., jak to jest z tą czystością. Że psy nieczyste a koty czyste. Nie wiedział za bardzo, o co chodzi. Jego brat zawsze miał i ma psa, bo uważa go za ważnego domownika, który opiekuje się dziećmi. Ale żadne zwierzęta nie mogą spać z człowiekiem w jednym łóżku - to jest ich zasada. Nie wiem, czy tylko w tej rodzinie, czy w całej społeczności. Może Wy mi powiecie :).

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Zaczęłam kurs arabskiego. W końcu, po miesiącach poszukiwań i wpisywań się na listy, które nigdy nie dochodziły do skutku, udało mi się dostać na kurs i rozpocząć go. Zajęcia odbywają się dwa razy w tygodniu po 2 godziny 15 minut, są na poziomie A1, będą trwały do początku kwietnia i są organizowane przez UW.

Na razie jest to czysty relaks i przyjemność. W grupie jest dużo osób (taka cena za... niską cenę), ale to na razie nie przeszkadza. Powolutku uczymy się liter i przedstawiania się. Jak dotąd wszystko znam, bo sama uczyłam się alfabetu jeszcze przed przyjazdem M. Ale oczywiście lepiej, kiedy ktoś Cię tego porządnie nauczy. Dzięki zajęciom pisanie jest łatwiejsze i wcale nie przeraża. Najbardziej cieszę się z tego, że gdy prowadząca zajęcia zwraca się do nas po arabsku, wszystko rozumiem. Sama nie potrafiłabym tego powiedzieć, ale gdy ona mówi, to wszystko jest jasne. Pewnie to kwestia osłuchania ;).

Nasza grupa jest w ogóle dość ciekawym miksem. Jest kilka hipsterskich studentek, które skarżą się publicznie, że zajęcia powinny kończyć się 15 min wcześniej, skoro nie robimy przerwy (stąd wiem, że to studentki, a racji nie mają, bo zajęcia trwają dokładnie tyle, ile trzeba, wystarczy przeczytać program). Jest kilku korpofacetów, dwie albo trzy panie w wieku okołoemerytalnym, kilka osób, które zawsze wszystko wiedzą do przodu i reszta zwykłych ludzi ;). Dwie godziny lecą szybko, pomiędzy ćwiczeniami słuchamy piosenek z YouTube'a i oglądamy filmiki. A po powrocie M. ogląda moje notatki i ćwiczymy dalej ;).

Tymczasem ogłoszenie. M. szuka współpracowników! Wspominałam Wam, że rozkręca własną działalność. Mówiąc ogólnie, dotyczy to rynków inwestycyjnych w internecie. Czyli kontynuuje to, czym zajmował się w poprzedniej firmie, tylko teraz na własny rachunek. Szuka osób, które byłyby zainteresowane zdalną współpracą. Jest to praca z klientem, z ludźmi z różnych krajów. Poszukiwane są osoby kontaktowe, zainteresowane sprzedażą, znające języki obce, mieszkające w Polsce lub za granicą. Doświadczenie niepotrzebne, on wszystkiego nauczy :).

Jeśli więc Wasi partnerzy, mężowie, znajomi lub znajome byliby zainteresowani szczegółami, zapraszam na mojego maila :).

 
1 , 2