Polka w związku z Egipcjaninem.
Lama la - dlaczego nie?
Codzienność, problemy, dobre rady.
I garść dowodów, że warto.
lamala@interia.eu

kobieta

poniedziałek, 11 marca 2019

W kwietniu tego roku zostanie zamknięta platforma Blox.pl. Nie przepadam za zmianami, więc mail z taką informacją nieprzyjemnie mnie zaskoczył. Na szczęście dostałam instrukcję, w jaki sposób zachować wszystkie notki, niestety bez komentarzy, i jak przenieść je do innego serwisu. Niby WordPressa już wcześniej widziałam, ale zawsze to nowy system do nauczenia się. Jestem na tej platformie na razie początkująca. Także wybaczcie jakieś niedociągnięcia :).

Nowy adres:
https://lamala.home.blog/

Ciekawe, jak Wam się spodoba :).

Przy okazji, to ciekawy temat do zastanowienia się. Czemu blogi mają być zamykane? Niby przenoszone, no to nie do końca zamykane, ale jednak Agora musiała stwierdzić, że Blox.pl jest nieopłacalny. Może za bardzo staroświecki? A co jest staroświeckiego w pisaniu dla siebie, dla innych, nie do szuflady? Czy teraz atrakcyjne są tylko telegraficzne sponsorowane artykuliki pisane przez stażystów na rozmaitych portalach, albo pseudoblogi otwierane na Facebooku, gdzie wszystko w ogóle jest spłaszczane, przetykane obrazkami, linkami i czymkolwiek, co chroni umysł przed głębszą refleksją/aktywnością? Mówię pseudo, bo jeśli ktoś chce prowadzić bloga, może wybrać do tego fajniejszy serwis, niż Facebook, który bardziej nadaje się do krótkich tekstów i wiadomości, a na którym dłuższe artykuły czyta się niewygodnie. Chyba, że tu tylko o lajki chodzi. I czy wszystko musi być robione dla zysku? Jak blogi zaczęły w Polsce powstawać, to chyba nie każdy planował w ten sposób zarabiać pieniądze. Ja piszę blogi tu i tam w zasadzie od 16 lat i nie zarobiłam na tym nic. Piszę, bo lubię. Bo zawsze lubiłam.

Mam nadzieję, że blog pod nowym adresem spotka się z Waszą aprobatą i w efekcie niewiele się zmieni :). Do zobaczenia.

czwartek, 21 lutego 2019

Pamiętacie, jak jakiś czas temu pisałam Wam o zaręczynach w rodzinie M? W ciągu jednego roku zaręczyły się dwie pary, dziewczyny miały po 20 i 17 lat. Właśnie dowiedzieliśmy się, że narzeczeństwo tej młodszej (na Boga) rozpadło się. Pośród różnych spraw związanych z tym tematem ta jedna akurat mnie nie dziwi.

Nie znam zbyt wielu szczegółów, bo tak to zwykle z M. wygląda, że wisi na telefonie z siostrą pół godziny, a potem potrafi powiedzieć dwa zdania na temat tego, o czym rozmawiali. Ogólnie młodzi ze sobą za bardzo już nie gadają, za to masa dorosłych członków rodziny jest zaangażowana w rozwiązywanie ich konfliktu, a może raczej rozwiązywanie dealu. Nie wiem, co mnie w tym wszystkim najbardziej dziwi. Fakt wtrącania się w życie dzieciaków, robienie szumu wokół małoletniego związku, czy wydawanie gówniarzy za mąż? Być może nie powinna mnie dziwić żadna z tych rzeczy, skoro od prawie sześciu lat jestem związana z Egipcjaninem, ale chyba jednak nie mogę pozbyć się mojego europejskiego punktu widzenia. Tak jak nikt mnie nie przekona, że lepiej by facet miał cztery żony niż kochanki, tak nie uwierzę, że zaręczyny w szkole średniej są świadectwem dojrzałości.

To przykład sytuacji, w której niby mamy z M. podobne zdanie i podejście, ale nie do końca. Oboje uważamy, że dzieci w tak młodym wieku nie powinny planować ślubu i zakładania rodziny. Ona ma 17 lat, on może z 20-coś. M. zna swojego siostrzeńca i jego panienkę i mówi, że to zdecydowanie są dzieciaki. Tak na wypadek, gdyby ktoś podejrzewał młodzież o jakąś wielką dojrzałość jak na swój wiek. W każdym razie, my uważaliśmy, że te całe zaręczyny to za szybko. Teraz, gdy wszystko się rozpadło, ja mam ochotę zbombardować rodzinkę pytaniami pod tytułem "i na co Wam to było", ale M. z kolei mówi jak zwykle, że to inna kultura, tam wszystko jest inaczej. Zaręczyny są początkiem czegoś (czegokolwiek), u nas są zwieńczeniem. Skoro zaręczyny są punktem wyjścia, wiele się może potem zdarzyć, ale w praktyce niechętnie się zaręczyny odwołuje. W Egipcie zaręczają się często ludzie, którzy mało co się znają. U nas się mieszka latami razem przed ślubem. Tośmy odkryli Amerykę.

Może chcielibyście wiedzieć, dlaczego w ogóle doszło do tego "zerwania". Nie znam zbytnio szczegółów (patrz dwa akapity wyżej), ale prawdopodobnie młodziutka narzeczona została przyłapana na "ciekawej" rozmowie telefonicznej z jakimś innym chłopakiem, ściemniając, że to narzeczony. Nie wiem, na ile to prawda, a na ile rezultat egipskiego plotkarstwa kobiet, którym się nudzi. Najprościej byłoby posadzić oba bachorki przy jednym stoliku i pozwolić im ze sobą porozmawiać, ale zamiast tego tłum dorosłych osób skacze sobie do gardeł, rozwiązując przedszkolne problemy. Btw, to za samą rozmowę z mężczyzną grozi rozwód? Chociaż trochę się zgodzę, chciałaś być dziewczyno obwieszona złotem i siedzieć na tronie, to przynajmniej nie flirtuj na prawo i lewo. Złoto jest nie dla dzieci.

Mi ręce opadają, gdy na pytanie, jak siostrzeniec się teraz czuje, M. mówi, że jest spoko i że chłopak ma to gdzieś. Nie wygląda to na złamane serce, które chyba towarzyszyłoby zerwaniu zaręczyn w Polsce. I w ogóle sama idea zaręczyn dwóch osób, które w gruncie rzeczy są sobie obojętne, jest dla mnie absurdalna. To pewnie przez moje wąskie horyzonty, już nic się z tym nie zrobi.

Staram się namówić M., żeby się za bardzo do tego wszystkiego nie mieszał, i tak jest daleko. Ale to kolejna różnica w naszych podejściach, ja nie lubię rodzinki wpychającej nos w nieswoje sprawy, a dla niego to normalka, bo to taka kultura. Mieszać się nie będzie, ale od tygodnia telefony i Messengery się urywają. Widocznie oni lubią (a może muszą) komplikować sobie życie. Co ja mogę, nie zawrócę kijem Wisły.

czwartek, 14 lutego 2019

Zeszłoroczne Walentynki spędzaliśmy osobno, bo M. był w tym czasie w odwiedzinach u rodziny w Egipcie. W tym roku będziemy razem, ale nie mamy żadnego planu, nawet co zrobić do jedzenia :). M. drugi raz otwiera firmę. Tym razem innego typu i jest do tego znacznie lepiej przygotowany. Więcej na razie nie zdradzę, ale jeśli mi pozwoli, to wkrótce Wam opowiem coś więcej. Jak zwykle polsko-egipskie zabobony w stylu zapeszanie, złe oko i te sprawy... Między innymi dlatego ledwo pamiętamy, że dziś są Walentynki, chociaż ja i tak przygotowałam dla M. prezent handmade :). I będę go pakować na ostatnią chwilę, zanim ten wróci z pracy :|

Walentynki w Egipcie podobno obchodzone są tak jak u nas, być może z trochę niezdrowym cukrzeniem w stylu maskotki, serduszka i buziaczki w ramach kategorii estetycznych dla dorosłych kobiet. Innymi słowy, to, co u nas lubią dzieci w wieku dojrzewania, tam lubią stare baby. Ewentualnie, nie ma Walentynek tak samo, jak nie ma urodzin, rocznic, Sylwestrów, prezentów i w ogóle niczego, bo to dla bogaczy. Ale ja się na tym nie znam, najchętniej poczytałabym o Waszych doświadczeniach w tym temacie :).

czwartek, 13 grudnia 2018

Nastał grudzień a wraz z nim znajome już wrażenie upływającego czasu :). Dopiero co wracaliśmy z urlopu. Wniosek o pobyt stały był jakby wczoraj. O zeszłorocznym Sylwestrze nie wspominając!

Wigilię planujemy spędzić u mojej siostry i szwagra. Będzie nas dużo przy świątecznym stole, bo przyjedzie też ich rodzina, w tym rodzina z Egiptu. Pamiętam czasy, jak na Święta u nas w domu były trzy, cztery osoby. Teraz na pewno będzie weselej i ciekawiej :). To wyjątkowa sytuacja, bo rzadko jest szansa zebrać wszystkich w jednym miejscu.

W Warszawie na razie nie ma śniegu, niby coś tam popadało, ale zaraz zniknęło i wygląda to raczej jak klasyczny listopad. Za to na Starym Mieście podobno są już te świąteczne dekoracje i tak zapowiada się plan na najbliższą sobotę, spacer po oświetlonych ulicach :). To fajne szczególnie gdy prawie nie widzi się światła, chyba, że przez okno w biurze - rano wychodzisz do pracy, jest ciemno, wracasz do domu, jest ciemno. No to będzie znowu ciemno, ale przynajmniej ze światełkami :). Do tego niestety pojawiła się grudniowa zmora, czyli korki. Wszyscy nagle oszaleli i po szesnastej naprawdę nie da się jeździć po tym mieście. Tak będzie prawdopodobnie do przyszłego piątku, kiedy to nastąpi masowy exodus i nastanie tydzień pustki :).

Jakaś taka bez sensu ta notka, ale po prostu szykuję dla Was inną, dłuższą i bardziej konkretną. Jest szansa, że pojawi się przed Świętami, za co trzymam kciuki. Jakkolwiek dziwnie to teraz brzmi!

środa, 21 listopada 2018

W ostatnim czasie w rodzinie M. miały miejsce dwa spotkania zaręczynowe. Spotkania, w sensie imprezki na ok. 50 osób z kupowaniem sukienek, wieczorami panieńskimi, makijażami, fotografem i siedzeniem na scenie. Zaręczynowe, bo zaręczały się młode kobiety - jedna siostrzenica lat dwadzieścia coś oraz córka kuzynki dziesiątej wody po kisielu, lat siedemnaście (o zgrozo). Znacznie bardziej podobała mi się na zdjęciach ta pierwsza, bo wyglądała bardziej naturalnie, o ile to w ogóle możliwe w egipskiej kosmetycznej estetyce. Naprawdę aż serce boli, jak się widzi tony plastiku nakładane na twarz i ciało nastolatki. Istne morderstwo dla dziewczęcości. Do tego falbankom, cekinom i błyskotkom nie było końca, tu akurat może i lepiej, że tak się ubrała ta młodsza, a nie starsza.

Zaręczyny to dopiero początek, ślubów na horyzoncie na razie nie widać. Najpierw dziewczyny muszą pokończyć szkoły/studia. Nie pierwsze to zdjęcia "zakochanych" egipskich par, które widziałam. Ze wszystkich wieje zażenowaniem, raczej dalekie to od naszych europejskich widoczków. Narzeczeni, ani jedni ani drudzy, nawet nie wzięli się za ręce, tylko szczerzyli do aparatu, siedząc na odległość jakiegoś pół metra od siebie. Od razu rozwieję Wasze obawy, wszyscy Państwo się znają i lubią (o matko! chyba trzeba za to dać na tacę?). Innymi słowy, związki nie zostały zaaranżowane, bo i na cholerę nastolatce aranżować małżeństwo. Podobno do siebie telefonują i gdzieś tam się kiedyś widzieli. Może to tylko ja mam jakieś dziwaczne odruchy, ale nie mogę opędzić się od myśli, jak będzie wyglądała ich noc poślubna za ileś tam lat :))).

Po co siedemnastce zaręczyny?

środa, 22 sierpnia 2018

Jedziemy z M. na urlop. W tym roku miesiąc wcześniej, to może przynajmniej cieplej będzie :). Z nas dwojga zdecydowanie on bardziej potrzebuje odpoczynku. Oprócz pracy całymi dniami i po godzinach, czy stresów związanych z pracą właśnie, ostatnio dołączyły jeszcze jego problemy zdrowotne. Ciągle bierze jakieś leki i dostaje kolejne skierowania na badania. Czy to jakaś egipska przypadłość, taka słabsza kondycja zdrowotna? Czy to tylko on ma takiego pecha? Aby poczuć się lepiej, w pierwszej kolejności należy się porządny odpoczynek. Tego nam w najbliższych dniach nie zabraknie.

W międzyczasie zmieni się jedna mała wielka rzecz. Wrócę do Was jako kobieta trzydziestoletnia :)). Nie mogę się doczekać tych urodzin! Zmiana kodu, trójka z przodu ;). Trzydzieste urodziny z drinkiem na plaży. Chyba nie mogłoby być lepiej.

A po powrocie... Ciąg dalszy leczenia, badań. I może jakieś nowe plany na kolejny rok pracy :). Konieczność konfrontacji z takimi dziwnymi nowinami zdrowotnymi to nowa sytuacja w naszym związku. Zawsze byliśmy oboje zdrowi, no, może wyłączając jego etap przeziębień po przyjeździe do Polski i nasze (bo moje też) przewlekłe chodzenie do stomatologów ;). A tutaj pojawia się coś zupełnie nowego, wyniki, których się nie spodziewaliśmy. Może każdy musi kiedyś przez takie lub inne coś przejść. Chociaż nie mam w pamięci już prawie w ogóle różnych polskich stereotypów, to jednak nie mogę sobie odmówić i dodać w tym miejscu: naprawdę są poważniejsze problemy, niż to, kiedy on mnie wreszcie zamknie w tej piwnicy! :)

Czy to bezrobocie, czy praca od rana do wieczora, czy oddziały dzienne i różni specjaliści, czy też wakacje nad basenem, jak widać, wszystko potrafi się zmieniać - jesteśmy w tym razem :).

Eid Mubarak!

środa, 20 czerwca 2018

Kolejna rocznica ślubu :). Może powinnam to zostawić dla siebie, bo temat jest prywatny i w końcu robi się nudny. Ale tym razem rocznica ma dla nas też nowe znaczenie, bo oficjalnie otwiera drogę do aplikacji M. o pobyt stały. Taki to romantyzm! Wszystko już jest przygotowane (oprócz zdjęć...), stres przed wizytą w urzędzie jest jak zawsze, ale staram się wewnętrznie uspokajać, że te cztery lata temu bardzo sobie życzyłam, aby być już w przyszłości i mieć doświadczenie w całej tej dokumentacji. Wizja wniosku o pobyt stały była tak samo odległa, jak wizja wychodzenia za mąż ;) i pamiętam, jak myślałam sobie, że przy stałym pobycie to będziemy już starą parą i będziemy wszystko wiedzieć, więc co to dla nas. Cóż, ślub i małżeństwo przyszło w swoim czasie, cztery lata pobytu M. w Polsce zleciały, choć burzliwie, i znowu stajemy z papierami w ręku przed urzędem. Dzisiaj urząd ma już inny adres, tak jak my. W ogóle wiele rzeczy się pozmieniało przez te kilka lat, tylko na szczęście my jesteśmy dalej razem. Z tych wszystkich przeróżnych decyzji, które podejmowaliśmy przez blisko pięć lat związku, ta o małżeństwie była naszą najlepszą. Tak jak rok temu, polecam wszystkim!

Żeby nie było, że ja tylko taka formalistka jestem i o papierologii myślę w dniu naszej trzeciej rocznicy, to zapewniam, że znowu mam ten sam problem, czyli co zrobić na kolację. Większe wyjście rocznicowe planujemy na weekend. Na głowie stanęłam w zeszły piątek, gdy zaczynały się święta M. Teraz najchętniej wolałabym, żeby to on stanął na głowie. Takie życie, że M. wraca codziennie późno do domu, ja mimo wszystko jestem w domu o siedemnastej i na mnie spada przygotowanie kolacji. No żal mi człowieka, żeby o dwudziestej czy wpół do dziewiątej musiał gotować, mi w międzyczasie pozwalając umrzeć z głodu. Robienie kolacji weszło mi w nawyk, tym bardziej cieszę się, że w weekend gotować nie będę!

Dam znać, co i jak z urzędem. Parę informacji udało mi się znaleźć w internecie, ale nie wystarczająco tyle, ile chciałabym wiedzieć. Trochę nadal przecieramy szlaki. Dlatego wszystko opowiem po powrocie, bo wiem, że to może być przydatne na przyszłość dla innych. Zresztą... Co rok to nowe przepisy, więc i tak te wszystkie wskazówki nie są gwarancją sukcesu ;).

piątek, 09 marca 2018

Niedawno ktoś mi napisał, że miałam szczęście, że mój M. został pozytywnie przyjęty w mojej rodzinie i otoczeniu. Że w ogóle mogliśmy być razem i inni nie stawali nam w poprzek. Na początku trochę się dziwiłam, no bo kto miałby stawać w poprzek dwudziestopięciolatce? Studia skończone, głowa na karku, w historii tylko dwa długotrwałe związki a tak naprawdę to jeden, taty już nie ma, raczej nie byłam trzpiotką. No kto zabroni dorosłej osobie? Okazuje się, że zabroni i to jak. Może nie zamkną Cię w piwnicy (w przeciwieństwie do arabskiego męża ;)), ale tak porobią, że żyć się odechce. Nie wiedziałam, z ręką na sercu, nie wiedziałam, że w Polsce jest aż tak duży problem z uprzedzeniami, stereotypami i rasizmem, spaczeniami, które bezpośrednio wpływają na rodzinne relacje. I koniec końców - tak właśnie, rodzina skutecznie zabrania dorosłej kobiecie rozpoczynania związku z Arabem.

Ja nie wiedziałam, że tak jest, albo że jest aż tak, bo w moim otoczeniu ludzie nie są jacyś rasistowscy. Jak tak pomyślę o mojej rodzinie, przyjaciołach i znajomych, ludziach z mojej pracy, to raczej nikt nie wychyla się z jakimiś uprzedzeniami. Być może mają je w środku, bo i kto nie ma, ale nie pokazują tego na zewnątrz, ani nie wpływa to nijak na nasze relacje. No, może dosłownie jeden taki przypadek przychodzi mi do głowy, ale akurat nie jest dla mnie priorytetowy :). Ale tak jest teraz. Na początku nie było tak różowo.

Na początku, jak dowiedzieli się, że zainteresowałam się Egipcjaninem, to oczywiście były obawy, czasem dość niewybredne. Dochodziły do mnie różne głosy różnych osób. Były komentarze, że zniknie już w Paryżu, nakaże nosić chustę, porwie dzieci, zakaże kontaktów, sprzeda do haremu. Zabawne, że największe piekło, jakie może sobie wyobrazić mężczyzna, miałoby być moim udziałem. Jak tak o tym pomyślę, to w sumie mnie i mojemu M. należałyby się jakieś przeprosiny. Ale koniec końców niewiele te teksty znaczyły, bo ja nie tyle robiłam coś na przekór innym, ile robiłam swoje, skupiając się na tym, co było ważne: sprawach formalnych, dokumentacji, śledzeniu przepisów. I byłam z tym prawie zupełnie sama, mimo wszystko. Pomagała mi tylko mama - w urzędach i sercowo. To ona, nie ja, zapytała: dlaczego nie? Niezachwiane poparcie i wsparcie miałam od niej od początku i bez tego szczerze przyznam, że nie wiem, co by było. Czy ja bym pojechała jeszcze raz zobaczyć się z M., czy on by przyjechał tutaj, czy by został. Jak dotąd, to mama miała rację od początku. Przyjaciele i otoczenie, jeśli miało jakieś obawy, przywykło do mojego nowego partnera i zaakceptowało go. Bo widzą, że nie jest złym człowiekiem, a sugerowanie mu tych bandyckich zachowań było tak sprawiedliwe, jak twierdzenie, że każdy jeden Polak to złodziej.

I z jednej strony może trochę pomaga to, że większość tych osób jest wykształcona, mieszkamy w Warszawie, większość od urodzenia. Tutaj nikt nikogo nie zna, nie znamy nawet naszych sąsiadów zza ściany, setki osób przyjeżdżają i wyjeżdżają, zdarza się zobaczyć cudzoziemca. Ale z drugiej jednak nie wśród samych wykształciuchów się obracam i znam mnóstwo osób, które na żadne studia się nie wybierały i nie wybierają, a serce mają na dłoni. Profesorom czasem zdarza się nie mieć żadnego serca i wiem co mówię. Są takie artykuły, w których badacze (a może żadni z nich badacze) próbują udowodnić, że tolerancyjne będą osoby po studiach i z dużych miast. Że jak po podstawówce i ze wsi to zakuta pała. Cóż, czytam o tak zwanych dobrych rodzinach, zacny dom, fura na podjeździe, dzieci na swoim, ale jak przychodzi co do czego i córka informuje, że zakochała się w Arabie, to koniec świata, awantura, męka pańska i szlaban na trzy zdrowaśki.

Rodziny sprzeciwiają się mieszanym związkom zarówno młodych dziewczyn, studentek i absolwentek, jak i dorosłych a czasem zupełnie! dorosłych kobiet. To mnie najbardziej zadziwia, że dorosła kobieta, która jest po rozwodzie, ma duże dziecko, może podlegać jakimś narzuconym przez rodzinę ograniczeniom. A tak naprawdę się zdarza. Każda z nas jest w coś uwikłana. Jeśli ktoś przez całe lata potulnie podlegał decyzjom rodzinki, to nic dziwnego, że informacja o przygruchaniu sobie arabskiego partnera jest szokiem. I zaczyna się wojna... Nie wiadomo, co gorsze - inwektywy pod adresem obcego człowieka, czy posądzanie kobiety o szaleństwo i postradanie zmysłów. Ja nie wiedziałam, że jest aż tak źle. To smutna wróżba dla Czytelniczek, które dopiero wchodzą w związek z Egipcjaninem. Oby Wasze otoczenie było Wam bardziej przychylne.

Co tu można doradzić? Ja chyba nie mogę się wypowiadać. Miałam wsparcie mamy i zawsze mogłam na niej polegać. Jej optymizm, może czasem nawet nieco zbytni, w połączeniu z moją zimną krwią i skupieniem na procedurach poskutkowały moim małżeństwem, w którym jestem od trzech szczęśliwych lat. Tak naprawdę nie wiem, jak czuje się dziewczyna, która nie ma niczyjej akceptacji, a każda osoba w domu odradza wchodzenie w związek z Arabem. Nie mając żadnych doświadczeń w tym temacie, a często nawet żadnego nie znając. Poczucie niesprawiedliwości sięga zenitu. A bez wsparcia ciężko cokolwiek zrobić z tym związkiem. Musisz planować swój wyjazd, zaproszenie, jego przyjazd, legalizację pobytu, poszukiwanie pracy... A to wszystko w obcym języku, z człowiekiem z innego świata, którego rzadko kiedy widzisz, ale przepadłaś dla niego. Każdy kiedyś dla kogoś przepadł.

Na mniejsze zło może pomóc taki myk, który ja zastosowałam raz a dobrze. Przy czym to tylko w stosunku do osób, które coś tam mają przeciwko Arabowi, ale ogólnie niewiele mogą i jedynie uprzykrzają już i tak pokomplikowane (patrz wyżej) życie. Jeśli za którymś kolejnym razem poczujesz, że kończy Ci się cierpliwość do słuchania historii o porwaniach dzieci i zakazach wychodzenia z domu, łagodnie poproś o namiary do znajomych tejże osobie Egipcjan. Żeby Twój M. nie był sam, jak już przyjedzie do Polski. Jak ręką odjął.

Tak serio, to w poważniejszych sytuacjach, gdy cała rodzina jest bardzo przeciwna, a pewnie tak się dzieje na początku związku (bo dopiero co się dowiedzieli), to pojawia się dylemat, czy warto ryzykować wszystko dla człowieka, którego jeszcze tak mało się zna. Czy stawiać wszystko na ostrzu noża, jechać wbrew "zakazom", wprowadzać stan wojenny w domu? Szczególnie, gdy wykorzystało się już wszystkie możliwe argumenty i nic nie trafia? Nie wiem. To koszmarna sytuacja. W sumie to łatwiej dać sobie spokój. Jesteśmy w stanie stworzyć dobry związek z wieloma osobami, tylko nie zdajemy sobie z tego sprawy. Ale gdybym ja wtedy wybrała łatwiejszą drogę, bo perspektywa poszukiwania polskiego partnera z pewnością lżej się prezentuje, to być może nie byłabym od trzech lat niczyją żoną. To jest niekończące się gdybanie.

Wszystkim Paniom, które znalazły się w trudnej sytuacji, jaką jest brak wsparcia rodziny na wieść o arabskim chłopaku, życzę dużo wewnętrznej siły i opanowania. Nic na szybko, nic pod wpływem emocji. Na pewno trudno powściągnąć emocje, gdy słyszysz, że Twój ukochany to brudas i możesz jechać do niego do Egiptu i więcej nie wracać.

Pytanie, o co tutaj tak naprawdę warto walczyć?

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Nastał Nowy Rok, a wraz z nim pomysły, nadzieje i plany do zrealizowania :). Styczeń oboje zaczęliśmy od podwyżek. Brzmi mało skromnie, ale co mam się nie chwalić! Nie były to jakieś kosmiczne zmiany (jak zwykle przy podwyżkach), ale i tak bardzo się cieszymy. Pamiętamy czasy lepsze i gorsze, zdarzało nam się być bez pracy, więc bardzo cieszymy się z przynajmniej niewielkiego bycia docenionym.

Zbliża się też coś nowego - M. planuje w tym roku wyjazd do Egiptu do rodziny na dwa tygodnie. Już jest zestresowany, że w Egipcie będą same problemy. Znajomi mówili, że zawsze jest coś nie tak na lotnisku w dniu przylotu i wylotu. Jakoś po Europie da się latać bez przeszkód, za to w Egipcie to inna bajka. Trzymam za niego kciuki, żeby tych stresów miał na miejscu jak najmniej. To będzie jego pierwszy wyjazd do Egiptu, odkąd przyjechał do Polski :). Nowy Rok to też dobra wymówka, by snuć marzenia o wakacjach, z kolei tych wspólnych. Bo jego wyjazd do Egiptu podobno nie będzie wakacjami, czego ja trochę nie rozumiem!

No i niestety... Zrobiło się zimno. Pierwszego stycznia było optymistyczne plus dziesięć i miałam cichą nadzieję, że może by już tak zostało... Niestety przyszedł mróz, czyli wszystko po staremu - ciepłe Boże Narodzenie i śniegi do kwietnia. Mamy dużo zajęć, zleci.

czwartek, 14 grudnia 2017

Jakimś cudem za oknem pada śnieg, więc jest tak, jak w grudniu powinno być (tylko bez przesady i niech przestanie padać do popołudnia) :). Święta w tym roku w Warszawie, u nas w domu. Chyba mogę powiedzieć, że pierwszy raz w życiu będę urządzać wigilię u siebie - zawsze była albo w rodzinnym domu (czyli też u siebie, ale jednak bardziej u rodziców), albo potem u mamy. Tym razem mama i babcia przychodzą do nas. Podzieliłyśmy się pracą i nie mogę doczekać się tego okresu okołoświątecznego. W zeszłą niedzielę dwie godziny wycinałam i piekłam pierniczki, które teraz razem z M. zanosimy do naszych prac i już zapowiedziałam, że w weekend robię kolejną turę. Trochę znowu mam dziesięć lat, a trochę jak zwykle odpoczywam w kuchni. Fartuch cały w mące, zapach przypraw, skórka pomarańczowa, która nagle zaczęła mi smakować (WTF?!), w tle świąteczne piosenki. To jest to, co teraz chcę robić w niedzielę :). A po świętach... urlop.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5