Polka w związku z Egipcjaninem.
Lama la - dlaczego nie?
Codzienność, problemy, dobre rady.
I garść dowodów, że warto.
lamala@interia.eu

Sharm

czwartek, 05 czerwca 2014

Pewnie zastanawiacie się, jak to tak naprawdę jest z tą legendarną Zemstą. Ponoć nieciekawy jest los osób, które ten problem dotyka. Byłam w Egipcie siedem razy, co daje łącznie 13 tygodni pobytu. Jadłam w super hotelach, małych obskurnych knajpkach i na ulicy. Sama wybierałam ryby wyłożone na lodzie w roju much, jadłam egipskie fasolki z chlebem, nie myjąc uprzednio rąk. Piłam soki wyciskane z bambusa, który chwilę wcześniej leżał na plastikowych krzesłach na słońcu na chodniku pośród ulicznych śmieci i samochodowych spalin. Jem warzywa i owoce bez obierania już pierwszego dnia pobytu, piję mnóstwo drinków w szklankach wypełnionych kostkami lodu, które pomiędzy jednym turystą a drugim są zaledwie płukane w gorącej wodzie i myję zęby wodą z kranu. Nigdy nic mi nie było, ani podczas pobytu, ani po powrocie do Polski. Jak to robię?

Na tydzień przed wyjazdem zaczynam brać Trilac. To zwyczajny lek osłonowy wydawany bez recepty, który bierze się też np. podczas kuracji antybiotykowej. Nie przejmuję się zaleceniami ulotki, tylko robię tak, jak dawno temu doradziły mi osoby mające za sobą wczasy w Egipcie. Jedna tabletka rano przed śniadaniem. Zaczynam 7 dni przed wylotem, biorę w Polsce, potem cały czas tak samo w Egipcie i kontynuuję 7 dni po powrocie do Polski. Sporo tego wychodzi (na tygodniowy pobyt potrzeba łącznie 21 tabletek), ale jest spokój.

Czy zawsze tak robię? Powinnam zacząć od tego, że tak przykładnie się "osłaniałam" przez pierwsze trzy wyjazdy. Przy czwartym nie brałam Trilacu już po powrocie do Polski, podczas kolejnych pobytów brałam tabletki tylko w Egipcie, a w trakcie ostatnich wakacji w ogóle przestałam je brać jeszcze w Sharmie.

Nie wierzę w zbawienne działanie polskiej wódki, którą niektórzy turyści kupują na lotnisku, aby codziennie rano na dzień dobry w formie sety sobie aplikować. Część z nich zresztą później z tego rezygnuje i niewypita butelka służy za prezent dla polskich animatorów :). Od wódki jest mi niedobrze, więc nie będę sobie dodatkowo szkodzić. Trilac w zupełności mi wystarczał, a wcale nie żałowałam sobie tych wszystkich dobrodziejstw egipskiej gastronomii.

Kret w swojej książce przedstawia teorię, że Zemsta Faraona atakuje turystów, którzy spędzają całe dnie, wylegując się na słońcu nad basenem, mieszając alkohol i pochłaniając ogromne ilości jedzenia. Wiadomo, że w Polsce tak nie robią, a w all inclusive ma się zwrócić. Ja swojego czasu też jadłam niemal wszystko, co się da, w ilościach nieprzystających młodej studentce, a potem gniłam na leżaku z książką. I nic mi nie było. Teraz już nie jem aż tyle (podczas ostatniego all inclusive pobytu w ogóle nie jadłam obiadów, bo mi się nie chciało), ale wsuwam egipskie owoce, napoje z lodem i smażone na moich oczach na megasyfiastej blasze ryby.

Delikatniejszym żołądkom z czystym sumieniem polecam Trilac i może na początku przynajmniej nie eksperymentujcie za bardzo z jedzeniem na mieście. Co ciekawe, z tego, co widziałam w hotelach, chore były głównie dzieci - być może dlatego, że nie piją alkoholu, który ich rodzicom w dzisiejszym przemyśle turystycznym  pięknie konserwuje układ trawienny.

poniedziałek, 26 maja 2014

Mówi się, że w Egipcie mamy gwarancję dobrej pogody. Że tam przez cały rok jest lato. Cóż, dla nas wychłodzonych Europejczyków, jak najbardziej - ale tak naprawdę gwarancja pogody w Egipcie jest tylko latem. Wystarczy odwiedzić ten kraj między październikiem a kwietniem i nagle okazuje się, że wcale nie masz gwarancji, że będzie Ci świecić słońce i będziesz się smażyć w cudownych upałach.

Jak również wierutnym kłamstwem i mydleniem turystycznych oczu były opowieści jednego z naszych przewodników po Kairze, jakoby w Egipcie deszcz padał dwie godziny rocznie. Bajki.

Zaliczyłam parę ładnych deszczowych dni w Sharmie, a wcale tam nie mieszkam. To było w grudniu, lutym i marcu. Deszcz jesteś w stanie tam przewidzieć identycznie, jak u nas. Wychodzisz z domu albo tylko otwierasz okno i od razu czujesz, że będzie padać. Inna sprawa, że ten ich deszcz to przeważnie jest taki, w jakim u nas my chodzimy bez parasola i ogólnie go ignorujemy. Ale zdarza się, że leje ściana zimnego deszczu i wszyscy nagle uciekają pod dachy, no bo przecież Egipcjanin nie będzie nosił parasola. Pytanie, czy w ogóle ma go w domu.

Deszcz odświeża powietrze, podlewa trawniki i ochładza temperaturę. Pod tym względem niczym nie różni się od naszego. Ciekawie robi się, gdy pada dwa dni bez przerwy. W marcu po deszczowym weekendzie postanowiliśmy wybrać się na plażę w Nabq i okazało się, że z trudem tam dojechaliśmy - woda stała na ulicach, wyglądała jak wielkie i brudne jeziora z pływającym całym okolicznym syfem. Samochody i busy jeździły drugim pasem pod prąd albo po chodnikach (niech Allah ma ich podwozia w swojej opiece). Nasz busiarz powiedział po prostu, że dalej nie jedzie i możemy sobie iść pieszo. Na szczęście było to już prawie na końcu miasta.

Dla nas to śmieszne, że popada trochę deszczu i miasto jest zalane (chociaż akurat tak bardzo się nie śmiejmy, bo w Warszawie jak popada trochę deszczu, to miasto może i nie jest zalane, ale staje na długie godziny). W Sharmie nie istnieje coś takiego, jak system odprowadzania wody z ulic. Być może ktoś o tym kiedyś pomyślał i prowizorycznie wprowadził (tam prowizorycznie oznacza NAPRAWDĘ prowizorycznie), ale po co specjalnie się starać, skoro w zasadzie przez pół roku deszczowego zagrożenia nie ma. Więc jak już zacznie padać, to jesteśmy w czarnej... tzn. w zalanym mieście :).

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Polecam. Egipcjanin wszystko Ci załatwi, a przede wszystkim wynegocjuje lepszą cenę. Jeśli chcesz kupić sobie pamiątkę z Sharmu, warto na zakupy wybrać się właśnie z nim. Dlaczego?

Nikt Cię nie będzie zaczepiał. Jeśli na zakupy wyjdziesz sama lub z innym turystą (na przykład Twoimi przyjaciółmi, a nie daj Boże będziecie same kobiety), co krok, przy każdym sklepiku zaczepi Was egipski sprzedawca. Hello my friend, kak dzjeła, jak szje masz, dobra cjena itepe. Przyjdź w to samo miejsce z egipskim chłopakiem - NIKT do Was nie podejdzie. Za to ich nietęgie i smutne minki murowane. Jeśli już jakiś odważny zdecyduje się na ulicy do Was podejść, okrąży Cię szerokim łukiem (dosłownie) i po arabsku zwróci się do Twojego Egipcjanina, Ciebie nie zaszczycając nawet spojrzeniem.

Na wstępie będziesz mieć lepszą cenę. Bo jesteś z nim, a Egipcjanie płacą zupełnie inne pieniądze, niż my. Sprzedawca od razu ma świadomość, że dużo przekręcić się nie da. Chyba, że ma układ z Twoim towarzyszem...

Nie musisz w ogóle z nikim rozmawiać. A raczej - nikt nie będzie chciał rozmawiać z Tobą. W Egipcie kasę trzyma facet i to z nim sprzedawcy załatwiają proces sprzedaży. Wszyscy wiedzą, że koniec końców to Ty płacisz za swoje zakupy w przypadku dziadowskich pamiątek (chociaż nie zawsze się z Arabem da, bo płacąc sama, wchodzisz mu na ambicję), ale to mężczyzna jest odpowiedzialny za Twoje zakupy i całą transakcję. Inaczej mówiąc, to on będzie wypytywał sprzedawcę o ceny i to on będzie się o nie wykłócał. Chociaż oni się tak specjalnie znowu nie muszą wykłócać. Z niektórymi sklepikarzami rozmawiałam sama, ale wydaje mi się, że to nie miało żadnego znaczenia, bo liczyły się tylko ustalenia w wykonaniu M.

Egipscy sprzedawcy, restauratorzy i barmani chętnie i łatwo zapamiętują stałych klientów. Jeśli wrócicie ponownie do tego samego sklepu, zobaczysz, że Egipcjanin i sprzedawca serdecznie się ze sobą przywitają. Ciebie i tak pewnie wezmą za Rosjankę, ale tym się nie przejmuj. Przy kolejnych zakupach możecie liczyć na niższe ceny.

No i jeszcze jedna sprawa... Powiedzmy, że szukasz czegoś specjalnego. Raz gdzieś widziałaś piękny egipski garnuszek i musisz go mieć. A nigdzie go w sklepach nie ma. Egipcjanin dogada się ze sklepikarzem, opowie dokładnie, czego szukasz, i będziesz miała załatwione. Jak nie w tym sklepie, to u siostrzeńca za zakrętem na pewno.

Jak to jest z tym płaceniem? No różnie. Masz swoje pieniądze i nic Cię nie powinno obchodzić, ale często Egipcjanin nie pozwoli Ci zapłacić. Potem trzeba mu te pieniądze siłą zwracać, powodzenia. No bo czemu on ma Ci fundować pamiątki, które przywieziesz do Polski na prezenty? Czytałam i słyszałam o egipskich naciągaczach, którzy wyłudzają pieniądze od Europejek. Osobiście nie poznałam nikogo takiego (ani żadnej oszukanej), natomiast wiem, że oni się wkurzają, jeśli kobieta chce płacić sama w kawiarni, sklepie i tak dalej. To coś w stylu arabskiego honoru. Chociaż u nas też mężczyzna często płaci za kobietę.

Egipcjanin, po tym, jak wynegocjuje Ci sensowną cenę, jeszcze Ci zaniesie zakupy do domu. Nic, tylko ruszać w miasto :).

piątek, 25 kwietnia 2014

Jeśli chcesz spędzić w Sharmie trochę więcej czasu - więcej, niż dwa tygodnie lub przyjeżdżać tu częściej, niż raz w roku - warto wiedzieć, jak przemieszczać się po tym mieście, by nie pójść z torbami. Taksówki tam z zasady są dla bogaczy i turystów. Jeśli jesteś w tej miejscowości turystycznie, przyjechałaś ze swoją rodziną lub znajomymi i chcecie raz wybrać się do centrum lub do Old Marketu na zakupy, możecie się szarpnąć na taksówkę. Ale jeśli chcesz jeździć gdzieś codziennie, a w przypadku wakacji z Egipcjaninem jest to wskazane, bo on Ci wszystko pięknie pokaże, przygotuj się na podróżowanie busami.

Busy w Sharmie to coś w stylu naszych zakopiańskich busików, tylko trzeba odjąć od tego wysoki standard, rozkłady jazdy i wysokie ceny. Przejazd z Nabq do centrum lub Old Marketu kosztuje 3 funty egipskie od osoby, czyli ok. 1,5 złotego. Jeśli jedziecie gdzieś bliżej, wystarczy funt. Kierowcy w busach raczej rzadko oszukują turystów. Znajomi zapłacili po dolarze do Old Marketu, czyli około 7 funtów od osoby. Tak czy tak jest to taniej, niż piętnaście dolarów za taksówkę.

W Sharmie nie ma przystanków autobusowych. Busy zatrzymują się na każde, podkreślam, KAŻDE żądanie. Czyli dowiozą Cię pod samą bramę. Generalnie jeżdżą w pętli, wzdłuż wybrzeża. Zaczynają w Old Markecie, gdzie mają coś w rodzaju swojej bazy i lecą przez Naama Bay, okolice lotniska i Soho, aż do Nabq, tam za ostatnimi hotelami na rondzie zawracają i z powrotem do Old Marketu. Trochę busów wyrusza z Old Marketu w drugą stronę, do Hadaby, ale większość jednak w stronę centrum.

Zdarza się, że pasażer poprosi o podwiezienie pod bramę hotelu oddalonego od głównej ulicy. Przeważnie nie ma problemu, kierowca zjeżdża ze swojej trasy i dowozi gościa w wyznaczone miejsce. Pozostali pasażerowie, których oczywiście nikt nie uprzedził, nawet nie dźwiękną, przecież nic się nie stało, najwyżej stracimy dziesięć minut.

Brak przystanków powoduje, że możesz zawołać busik w każdym miejscu przy głównej ulicy. W praktyce wygląda to tak, że co kilkadziesiąt, kilkaset metrów bus staje i zabiera ludzi z ulicy. Czasem zatrzymuje się dosłownie po pięciu sekundach jazdy, bo ludziom nie chce się podejść, jak widzą, że bus stanął się parę metrów wcześniej. W efekcie podróż przez miasto z Old Marketu do Nabq wydłuża się do około czterdziestu minut, czyli prawie dwa razy dłużej, niż taksówką.

Często też, szczególnie późnym wieczorem, busiarz zatrzymuje pojazd bo zobaczył jakichś ludzi na końcu ulicy i czeka, aż podejdą, żeby ich zapytać, czy chcą jechać busem. Czasem chcą, czasem nie. Jest też specyficzne miejsce w pobliżu centrum, gdzie bus może Ci się zatrzymać, zgasić silnik i czekać nawet pół godziny na więcej pasażerów. To taka ich "stacja", skąd ruszają też autokary do Kairu, chociaż oznaczeń przystanku próżno szukać, zwykłe skrzyżowanie. Również późnym wieczorem, gdy ludzi nie ma już tak dużo na ulicach i nie ma chętnych na przejazd, dłużej poczekasz na odjazd z Old Marketu. Kierowcy lubią czekać na maksymalne zapełnienie busa. To zrozumiałe, ale denerwujące, bo okazuje się, że czekaliście dodatkowe piętnaście minut na jedną osobę, która za swój przejazd zapłaciła dosłownie jednego funta. A przecież na bank zgarnęliby kogoś po drodze. Ale to Egipt.

Zdarzają się kontrole. Policja zatrzymuje bus i sprawdza dowody osobiste wszystkich pasażerów. Raz sprawdzali też mój paszport i bardzo przyglądali się wizie, ale nie znaleźli nic ciekawego. Dwóch facetów wyprowadzili z busa, bo nie mieli przy sobie żadnych dokumentów. Czasem też oczywiście policja blokuje drogę, stoicie przed szlabanem i puszczają Was po dziesięciu minutach. Zwykle dzieje się tak, gdy do miasta przyjeżdża jakaś ważna osobistość i musi mieć pusto na trasie. Odwiedziny ważnego gościa rozpoznacie też po nagłym wysypie pracowników sprzątających pobocza i chodniki - my malowaliśmy trawę na zielono, oni usuwają syf.

Busy, jak większość pojazdów w Sharmie, lubią trąbić, mrugać światłami, nie stosować się do przepisów ruchu drogowego i lecieć na łeb na szyję między innymi samochodami. W środku są przeważnie dość zdezelowane, ciasne, mają bardzo głośne radio z wyłącznie arabskim dziamgoleniem i naturalną klimatyzację w postaci przesuwanych szyb. Dzięki temu naprawdę nie jest w nich gorąco, ale przy prędkości blisko osiemdziesiąt na godzinę wieczorem dobrze zasłonić się od wiatru, który wali do środka oknami. I nieprawdą są bajki, że w busach śmierdzi. Śmierdzi w warszawskich tramwajach, w Sharmie nie czujesz nic.

Ciekawa cecha pasażerów busa: gdy widzą, że do środka chce wsiąść kobieta, z własnej inicjatywy lub, rzadziej, za poleceniem kierowcy przesiadają się tak, by kobieta mogła siedzieć sama, z koleżanką lub ze swoim partnerem. Przeważnie to tak działa, chyba, że bus jest prawie pełny, no to wtedy siadacie, gdzie się da, zwykle na rozkładanych krzesełkach. Gdy boczne krzesełka są rozłożone, w busie nie ma żadnego przejścia i trzeba wstawać, żeby ludzie mogli wysiąść. Biorąc pod uwagę Sharm, zdarza się to bardzo często i za chwilę możecie już wygodnie usiąść na zwolnionym miejscu przy oknie. Przy wsiadaniu do busa Twój Egipcjanin zawsze puści Cię przodem, żebyś mogła usiąść przy oknie. Ale jeśli będziecie siadali na dwóch siedzeniach obok kierowcy, on wsiądzie pierwszy. Chodzi o to, byś nie siedziała obok obcego mężczyzny. Głupie? Trochę śmieszne, ale jakże wygodne.

Równie interesująco wygląda płacenie za przejazd. Gdy już usiądziesz, podajesz odliczoną kwotę pasażerowi przed Tobą i mówisz mu, dokąd jedziesz. Następnie on przekazuje pieniądze i informację dalej, aż dojdzie do kierowcy. Kierowca ewentualnie wydaje resztę, która tą samą drogą wraca do Ciebie. Oni nie kradną, więc nie ma czego się bać, za to jest to dość zabawne zjawisko, jak trzech czy czterech facetów bez szemrania podaje sobie garść monet. I nic nie ginie. Natomiast nigdy nie podają pieniędzy kobietom. To samo robił M. Jeśli przed mężczyzną siedzą tylko kobiety, facet czeka, aż wsiądzie jakiś inny mężczyzna i dopiero jemu przekazuje opłaty za przejazd. Bierze się to stąd, że podając monety musisz klepnąć człowieka przed Tobą w ramię, a oni nie chcą dotykać obcych kobiet. A może nie chcą, by miały pieniądze w ręku? Czort ich wie, w każdym razie Tobie nikt nie będzie zawracał głowy.

Za to jak już wysiądziecie z busa, czujesz na sobie wzrok pięciu czy sześciu kolesi, którzy w środku oczywiście na Ciebie nie spojrzą, ale jak już są bezpieczni, to się gapią z nosami w szybie jak kretyni. Z tego samego powodu polecam ubranie się do busa w coś więcej, niż sukienka mini bez ramiączek, bo poczujesz się zwyczajnie nieswojo. Ale to dotyczy ogólnie całego Sharmu, chociaż turystki zwykle nic sobie z tego nie robią i żyją.

Ja stanowczo wolę taksówki, ale ponieważ podczas pobytu w Sharmie chodzimy z M. i jeździmy gdzieś bezustannie, busy są dobrą opcją. Mało w nich turystów, za to mnóstwo pracowników hoteli; czasem jedziesz z grupą ratowników lub animatorów i wszyscy mają takie same ubrania. Jest śmiesznie :). Nie bać się!

11:59, lamalaa , Sharm
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 kwietnia 2014

Czas zacząć pisać o kobietach, bo to chyba jeden z ciekawszych aspektów międzykulturowych związków. Kim jest kobieta dla arabskiego faceta? Kim jest w tamtejszym społeczeństwie, rodzinie i w pracy? Kim jest w naszym świecie widzianym jego oczami? Naraz wszystkiego się nie da opowiedzieć, więc będzie po mojemu i zaczniemy od spraw przyziemnych. Dzisiaj opowiem, dlaczego Sharm jest męskim miastem, co my interpretujemy jako ucisk kobiet zamkniętych w domach.

W Sharmie kobiet nie widać na ulicach. Co sobie myślimy? Drańscy Arabowie zamknęli kobiety w domu. Cóż, kobiet nie widać na ulicach, bo ich zwyczajnie w tym mieście nie ma. Większość tutejszych mężczyzn to pracownicy hoteli, knajp, sklepów i tak dalej. Są zatrudnieni lub prowadzą własne biznesy. Swoje domy i rodziny mają w innych miastach. Pracodawca w Sharmie i innych miejscowościach turystycznych zapewnia facetowi dach nad głową, a w hotelach normą dla pracowników jest nocleg w staff housie i całodzienne wyżywienie - wszystko za darmo (ale o tym oczywiście się nie mówi, tylko się mówi, że mało zarabiają i jak oni się mogą za to wyżywić???).

Kobieta nie przyjeżdża z mężem do Sharmu, bo szef męża jej już na życie nic nie da. Więc żona zostaje w domu i widuje się z mężem różnie, raz na miesiąc, półtora lub dwa. Wtedy, gdy mąż uzbiera sobie dni urlopowe i pojedzie do domu.

Czemu nie przeprowadzą się na stałe do Sharmu, czegoś tam nie kupią lub nie wynajmą? W Sharmie nie ma za bardzo szkół, więc nie ma jak wychować dzieci. Są jakieś prywatne ośrodki edukacyjne, z których mało kto korzysta, bo wszystkie rodziny siedzą w innych miastach. No i wynajem mieszkania w Sharmie nie jest dla nich tanią sprawą. Do tego, jeśli nie mieszkasz w staff housie, odpadają Ci trzy posiłki dziennie (chyba, że masz darmowy obiad, ale to się dopytam i dam znać). Po co płacić za mieszkanie i jedzenie, skoro można nie płacić?

Nie wszyscy Egipcjanie pracują w turystyce, więc nie wszyscy prowadzą związki na odległość. Ale te setki osób, które zdecydowały się na zarobek w kurortach, a jest to bardzo dobra branża w tym kraju, muszą pójść na takie ustępstwo. A żona siedzi z rodzinką i czeka.

Czasem widać kobiety pracujące w hotelach, ale to jak jakaś jedna miliardowa ogółu. Dwunastogodzinny dzień pracy i brak wolnego dnia to coś, na co kobiety nie chcą się zgodzić (bo i po co, skoro facet ma zarabiać).

Kobiety mogą iść do pracy, jak chcą, ale naturalne jest, że ojciec lub mąż utrzymuje rodzinę. Dziewczyny kończą studia i zostają w domu. Zastanawiam się, na ile to jest kwestia ich podejścia, że niech mąż zarabia, na ile systemu, że wolę zatrudnić faceta niż kobietę (coś jak u nas), a na ile normy społecznej i pozycji męża, który woli nie czuć się zagrożony przez ambitną żonę, tylko mieć ją na swojej łasce. Ja się temu dziwię, bo jeśli mówimy, że mamy mało pieniędzy i na nic nie starcza, to gdy pracują dwie osoby, zawsze będzie więcej kasy, niż gdy zarabia tylko facet. Ale po co się spierać z wielomilionowym społeczeństwem?

Dochodzi do tego w niewielkim stopniu fakt, że w Egipcie też jest problem z pracą, a normą jest rotacja pracowników dosłownie z dnia na dzień. Zastanawiam się czasem, jak oni to robią, że w ciągu jednego wieczoru zwalniają stałego pracownika zatrudnionego na etat i o ósmej rano jest już nowy. Musi tak być, bo biznes, czytaj hotel, musi działać. Tylko jak oni to, kurczę, robią? :)

Taka różnica między nami, że polskie lub europejskie kobiety bez pracy zwykle czują się niedowartościowane, społecznie niepotrzebne i niepewne jutra. Egipska kobieta wie, że o wszystko ma się martwić facet, bo to jego rola w ich życiu. Oczywiście nie zawsze tak jest - Egipcjanki też pracują, rodzą dzieci, prowadzą dom i są żonami, a Polki same decydują o pozostaniu w domu z dzieckiem. Ale co częściej się widzi?