Polka w związku z Egipcjaninem.
Lama la - dlaczego nie?
Codzienność, problemy, dobre rady.
I garść dowodów, że warto.
lamala@interia.eu

Egipcjanin w Polsce

wtorek, 11 września 2018

Podobno tylko dwie rzeczy w życiu są pewne, śmierć i podatki. Ja do tego dodałabym jeszcze fakt, że wszystko co dobre, zdecydowanie za szybko się kończy ;). Parę dni temu wróciliśmy z urlopu w Tunezji. Było przecudownie! Chyba nie muszę Was przekonywać. Jeśli wśród Was są miłośniczki tego kraju, albo macie partnerów Tunezyjczyków, to w sumie się Wam nie dziwię. Tunezja jest bardziej europejska, niż Egipt, przynajmniej ten jej kawałek, który widziałam. Jest chociażby zielono (na północy, wzdłuż wybrzeża). Miasteczka wyglądają jak w Hiszpanii. Dziewczyny chodzą ubrane jak w Europie. Ludzie są wyluzowani, otwarci, nie tacy spięci lub zeźleni, jak w Egipcie ;). Na ulicach w Tunisie, stolicy państwa, widać koktajl kulturowy, który bardzo kojarzył mi się z Berlinem. Miało się wrażenie wolności, nikogo nic nie obchodzi, każdy robi co chce, do tego atmosfera pełnego bezpieczeństwa. Jeśli ktoś lubi taki arabski klimat z europejskim sznytem, to bardzo polecam wyjazd tam na urlop. O tym, w jaki sposób Egipcjanin może uzyskać wizę to Tunezji, już wcześniej Wam opowiadałam, także teraz czas na ciąg dalszy.

Nasze wakacje polegały niemal w całości na wypoczynku, więc wśród ważniejszych rzeczy, które mogłyby Was zainteresować, są kwestie formalne dotyczące wyjazdu Egipcjanina do Tunezji. Oczywiście musiała być wiza w paszporcie i była. M. przeszedł kontrolę paszportową na lotnisku w Warszawie bez problemu, może trwała ona troszkę dłużej, niż sprawdzanie paszportów obywateli Schengen, ale nie było żadnych komplikacji. Co ciekawe, Pan z Enter Air, który odprawia bagaże a potem otwiera boarding, w gejcie chciał ponownie sprawdzić paszport M., informując wszystkich dookoła (bo zdecydowanie nie jego samego), że "tu musi być wiza". Nie wiem, czy był skrytym pracownikiem Straży Granicznej, ale co nam szkodzi, M. pokazał paszport :). Idealny moment na sprawdzanie wizy przez pracownika linii lotniczej, tuż przed wejściem na pokład :)).

Po przylocie dłużej trwała kontrola wizy przez pracownika tunezyjskiego lotniska. Pan chyba ręcznie przepisywał wszystkie dane z wizy. Wprowadzał to do jakiegoś systemu. Trwało to kilka minut, te upiorne kilka minut, kiedy kolejka z tyłu nie wie, o co chodzi, a okienka obok idą jak burza. Na koniec Pan postawił stempel taki sam, jak Polakom i po kłopocie. W drodze powrotnej kontrola paszportu M. też trwała minimalnie dłużej, ale już nie tak długo, bo Pan chyba odnalazł tę wizę w systemie. Po przylocie na lotnisku w Warszawie nie było problemu z kontrolą paszportową. Tyle, jeśli chodzi o przekraczanie granicy polsko-tunezyjskiej. 

Teraz skorzystam z okazji i utnę rozważania, czy "na stemplu w paszporcie można wyjeżdżać". Na stemplu, czyli po złożeniu wniosku o zgodę na pobyt w Polsce, w naszym przypadku wniosku o pobyt stały. Otóż można, jedno drugiemu nie szkodzi, o ile tylko macie aktualną ważną kartę pobytu. Na przejściu granicznym sprawdzana jest przede wszystkim ta karta (albo wiza), musi być nadal ważna. Nie szkodzi, że niedawno złożyliście wniosek o pobyt stały. Czerwony stempel w paszporcie potwierdzający ten wniosek nie przeszkadza ani w wyjeździe z Polski, ani w powrocie do niej.

Wyjazd z M. do arabskiego kraju trochę przypomniał mi stare dobre czasy, kiedy w Egipcie M. był ogarniaczem wszystkiego, a ja nic nie musiałam robić. Różnica teraz była tylko taka, że Tunezyjczykom jednak zdarza się zwracać do kobiety podczas ustalania różnych spraw, w przeciwieństwie do Egiptu, gdzie kobieta obok faceta to trochę jak taki osioł albo trędowata, na kilometr od niej. No i ja tym razem nieco więcej rozumiałam z tych ich rozmów w arabskich szlaczkach. Chociaż czasem to i M. musiał dopytywać, o co Tunezyjczykowi chodzi, bo oni miksują język arabski z francuskim i angielskim.

Po powrocie z takich wakacji teraz jest czas na przestawienie się na tryb polski, z widmem nadchodzącej jesieni i całego roku oczekiwania na następny urlop. Nie wiem, jak my to przeżyjemy, więc nawiązując do jednej z moich ulubionych sentencji musimy uwierzyć, że każda zima musi kiedyś minąć :).

wtorek, 10 kwietnia 2018

Trochę nie wiedziałam, jak opisać Wam to, czym się jakiś czas temu zajmowaliśmy, żeby nie zdradzić zbyt wiele, a jednocześnie przekazać nowiny :). Więcej szczegółów będzie później, ale na razie chcę się skromnie pochwalić! :) - Edit: jedziemy do Tunezji, teraz już mogę się przyznać :).

Jeszcze jesienią zeszłego roku postanowiliśmy, że za rok wybierzemy się na wakacje do ciepłego kraju. Byliśmy już dwa razy wspólnie w Grecji, co było cudowne, i chcieliśmy powtórzyć taki urlop, tylko w innej destynacji. W końcu decyzja zapadła, kraj naszej planowanej podróży został wybrany - Tunezja - i okazało się, że M. będzie potrzebował wizy turystycznej na taki wyjazd. Oczywiście! On to chyba nigdzie bez wizy się nie ruszy. Żartuję, bo przecież bez przeszkód może jeździć do państw strefy Schengen oraz do kilku (nastu?) krajów egzotycznych. W każdym razie ten urlop postanowiliśmy spędzić w innym miejscu, także trzeba było uruchomić procedurę wizową.

Skontaktowałam się z Ambasadą Tunezji mailowo, po jakichś dwóch tygodniach dostałam odpowiedź z załączonym wnioskiem wizowym. Wniosek wydrukowaliśmy, wypełniliśmy (tzn. ja go wypełniałam, jak zwykle ;)), był krótki bo dwustronicowy, do tego dołączyliśmy jedno zdjęcie jak do dowodu osobistego i kopię rezerwacji z biura podróży. A tak - bo my takie cepry, z biurem podróży jedziemy.

M. pojechał do Ambasady, złożył dokumenty, uiścił opłatę wizową i pani powiedziała, że zadzwonią do niego za dwa-trzy tygodnie. Paszportu nie musiał zostawiać. Telefon był po ponad trzech tygodniach, że wiza została przyznana, ale że należy się po nią zgłosić dopiero w maju lub czerwcu, bo inaczej przeterminuje się do naszego wyjazdu. Grunt, że jest zgoda.

Tak naprawdę cały myk polegał na tym, że najpierw zrobiliśmy rezerwację w biurze podróży, a dopiero później aplikowaliśmy o wizę. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana!, jak to powiedziała nam pani w biurze podróży. Ja nie cierpię ryzyka, ale na szczęście mieliśmy spory limit czasowy na bezpłatną zmianę rezerwacji, gdyby jednak z wizą się nie udało. Koniec końców i tak ryzyko było - Ambasada zadzwoniła dosłownie cztery dni po tym terminie bezpłatnych kombinacji w biurze. Na szczęście.

Dlaczego tak późno M. złożył wniosek o wizę? Przecież mógł to zrobić tuż po dokonaniu rezerwacji w biurze podróży, a najlepiej to w ogóle przed rezerwowaniem czegokolwiek? Cóż, po pierwsze, do wniosku wizowego trzeba dołączyć potwierdzenie rezerwacji wczasów. Taka jednodniowa bezpłatna rezerwacja się nie liczy, bo przepada po 24 godzinach, a wniosek wizowy leży w Ambasadzie trzy tygodnie. Po drugie, rezerwację zrobiliśmy dawno, to było takie ekstremalne wręcz first-minute, a w międzyczasie M. planował wyjazd do Egiptu. Nie wiedzieliśmy, czy taka zagraniczna wiza nie zrobi mu jakiegoś kłopotu na egipskich lotniskach. O wizę na nasz urlop postanowiliśmy się ubiegać po jego powrocie z Egiptu.

Gdyby ktoś chciał dowiedzieć się czegoś więcej o wyjeździe Egipcjanina z Polski do Tunezji, to piszcie śmiało na maila :).

Tak swoją drogą, chyba czas skończyć z tym gadaniem "aplikowaliśmy... dołączaliśmy... składaliśmy...". To M. aplikuje, nie ja! :) Ale z tego, co się zorientowałam, to taka globalna, a w każdym razie ogólnopolska tendencja językowa.

Co poza tym? Nastała wiosna, temperatury oscylujące wokół 25 stopni na plusie, a raptem trzy tygodnie temu było minus sześć. Rzadko choruję, ale teraz nadszedł ten moment. Był katar, jest kaszel. Piękna pogoda za oknem, w niedzielę siedziałam w słońcu na balkonie, a tutaj takie przeziębienie. Podobno wszyscy teraz chorują, trzeba być twardym. Jeśli jeszcze Was nie złapało (tak właśnie, jeszcze), to nie rezygnujcie z witamin i leków osłonowych, które braliście w zimie. Ja je brałam w marcu, potem odstawiłam tylko na tydzień, bo co to nie ja, i od razu przyszło choróbsko. Natomiast chora kobieta to nie chory mężczyzna, także działamy normalnie, biorę lekarstwa i piję litry gorących naparów i jakoś to będzie :).

czwartek, 22 lutego 2018

Wpuścili go z powrotem ;). Po dwóch tygodniach pobytu w rodzinnym mieście w Egipcie M. zgodnie z planem wrócił do Polski. Mieliśmy oboje sporo obaw związanych z jego wyjazdem, ale w sumie to nic z tego się nie potwierdziło. Były to obawy napędzane opowieściami innych Egipcjan, którzy zaliczyli już wizytę w kraju. Tymczasem M. stwierdza, że bierze go jakieś przeziębienie. Mówiłam! Tutaj akurat MÓWIŁAM! :)

Zacznę od spraw formalnych. Nie było żadnego problemu z przekraczaniem granic, w jedną i drugą stronę. Znajomi i nieznajomi opowiadali, jak to trzepią na egipskich lotniskach, cofają, czepiają się pieczątek, każą otwierać bagaż itp. Na całe szczęście nic z tych rzeczy nie spotkało M., mówię - szczęście, bo najwięcej zależy od tego, na kogo na lotnisku się trafi. Wszystkie rezerwacje były ok, nikt nie zadawał zbędnych pytań, przystemplowali tam gdzie trzeba. Jedynie pan na lotnisku we Włoszech, gdzie M. miał przesiadkę w drodze powrotnej, zapytał, jakie jest jego imię, bo rezerwacja wygląda inaczej niż paszport. Wiadomo, że wygląda inaczej, my też mamy rezerwację bardziej na Kowalski Jan, niż odwrotnie :). Nawet w Kairze przymknęli oko na 1,5 kg nadbagażu. Oj tak, mąż przywiózł PREZENTY :).

Tutaj przechodzimy do kwestii rodzinnych i towarzyskich. To była nasza kolejna obawa, na jaką bombę (o ironio) M. w domu trafi. Wiadomo powszechnie, jak to Arabowie wyobrażają sobie życie w Europie. I znowu, na szczęście rodzinka i znajomi powstrzymali się od komentarzy i przesłuchań. O ile M. nikogo za bardzo nie wybiela :) to wszyscy chyba rzeczywiście po prostu cieszyli się, że widzą go całego i zdrowego. Znowu inaczej, niż nam opowiadano! Dobry wujek przywiózł wór prezentów, może to też trochę zadziałało. Rodzina przyznała się do ukrywania kilku faktów na temat zdrowia poszczególnych osób. Nie niepokoili go, żeby się z dalekiej Polski nie martwił. Tylko potem przyjeżdżasz po latach i widzisz, że niektórzy wyglądają kompletnie inaczej, niż ostatnim razem.

Wbrew naszym oczekiwaniom nie pojawiły się też pytania pt. "a kiedy Wy". Myślałam, że M. otrzyma co najmniej lincz za brak dwójki dzieci na tym etapie. I tutaj na szczęście rodzinka darowała sobie te uwagi, chociaż ja i tak podskórnie uważam, że na pewno kipią z ciekawości i lekkiego zdumienia, dlaczegóż to M. nie doczekał się jeszcze potomka. Jak na tradycyjne społeczeństwo, w którym jedynym celem życia kobiety jest się ustawić i urodzić, to duże pozytywne zaskoczenie, że dali mu spokój. To w naszej superświetnej nowoczesnej Polsce ludzie wbijają szpilki przy prawie każdej okazji, że gdzie to dziecię, gdzie ta ciąża, a czemu dziś nie pijesz???

Następny raz pojedziemy razem, tylko nie planujemy na razie, kiedy to będzie. W rodzinie po angielsku duka tylko kilkoro dzieci, także zastanawiam się, jak będzie przebiegała nasza komunikacja :). Będzie mi chyba sprzyjał mój wiek. Po trzydziestce w Egipcie to już są stare dziady i wielcy państwo. No i mam też immunitet żony. A potem zobaczymy, czy cokolwiek z tych opowieści jest prawdą.

poniedziałek, 12 lutego 2018

Pierwsze, ogólne sygnały z Egiptu. Przede wszystkim, da się rozmawiać głosowo przez Messengera. Połączenie tnie się trochę mniej niż przed laty, na jedną dłuższą rozmowę dziennie starczy :). Nie ma problemów z prądem, jest za to problem z wszechobecnym piaskiem. Do niedzieli było ponad trzydzieści stopni, ale Egipcjanie twardo nosili kurtki, luty w końcu.

Ceny podobno naprawdę są wyższe, niż kiedyś. Jakiś przykładowy batonik kosztował kiedyś 50 groszy, teraz kosztuje 2-3 złote. A pensje te same, oczywiście. Oglądam zdjęcia pysznego jedzenia, które M. je to tu, to tam. Ma full service, co było do przewidzenia. Mówię mu, żeby doceniał to lenistwo, bo w domu tak lekko to nie będzie :).

Nie zmienił się styl i wystrój domów rodzinki. Jak widać, przez te lata Ikea nadal do nich nie dotarła :). Nie wiem, czy rodziny Waszych partnerów też tak mają, ale u mojego wszystkiego jest pełno - dywany, kapy, kotary, poduchy, wielkie fotele, ciężkie meble, dekoracje. O gustach się nie dyskutuje, ja patrzę na to jak na folklor i tak się tylko zastanawiam, czy M. nie sądzi, że u nas w domu to bida jakaś?

Minęła już połowa jego pobytu. Śmiesznie, że jak się jedzie na dwutygodniowy urlop, to czas leci jak szalony. A jak się na kogoś czeka przez ten sam czas, to trwa to zdecydowanie dłużej. Zatem, żeby się za bardzo nie nudzić, korzystam z uroków mieszkania bez-męża. Zajęcia sportowe bez spinki, że muszę szybko lecieć do domu, zdrowa dieta jednoosobowa, porządek w kuchni, zmywarka tylko raz w tygodniu, płyty z romantyczną "nudziarską" muzyką, marnowanie czasu na tablecie bez wyrzutów sumienia, a nawet lampka wina o jedenastej rano w sobotę. Najlepsze opowieści pewnie będą dopiero wtedy, gdy wróci i powie, co tam się tak naprawdę działo :).

wtorek, 06 lutego 2018

Zapowiadana przeze mnie wcześniej rzecz w końcu się stała - M. wyjechał na dwa tygodnie do Egiptu. Jest to sytuacja trochę nowa zarówno dla mnie, jak i dla niego. Dla mnie, bo po raz pierwszy od jego przyjazdu do Polski spędzimy osobno więcej niż tydzień :) a ja po raz pierwszy w życiu w ogóle będę mieszkać sama przez "taki" czas. Dla niego, bo to jego pierwszy wyjazd do kraju odkąd przeprowadził się do Polski. Pytanie brzmi, czy będzie tam jak jakaś gwiazda, co to nie wiadomo co, bo z Europy. A może będzie normalnie?

M. chciał lądować w Kairze, więc kupił sobie bilety z przesiadką. Wyszło taniej, niż charter, więc miał chyba jakieś wielkie szczęście. Podróż zajęła mu w sumie cały dzień i noc. Zimowy wylot miał swoją zaletę pod tytułem niska cena biletów. I w gratisie dwa tygodnie polskiej zimy z głowy. Na lotniskach nie było żadnego problemu z odprawą i kontrolą. Oby tak było też w drodze powrotnej, chociaż wiadomo, jak to jest. Jak Arab chce wyjechać z Europy, to z pocałowaniem w rękę, niech leci. Leki stresik był związany z Kairem, który szuka okazji do zbijania kasy na każdym kroku. Na szczęście nie mieli na czym zbić i nie robili zbyt wiele szumu wokół rodaka przyjeżdżającego z kraju, gdzie złoto i euro leżą na ulicy. Zapewne gorzej będzie w drodze powrotnej, ech i to na każdym kroku. Taki los ekonomicznego emigranta! Trzeba było się żenić z egipską dziewicą :).

Czekam na wieści, co słychać u rodziny, jak wygląda jego miasto po tych kilku latach, jakie są ceny i o co tak naprawdę chodzi w tym kryzysie ekonomicznym Egiptu. Mi tymczasem w domu jakoś dziwnie, pusto, za cicho. Zabieram się za prezenty walentynkowe, tyle dobrego, że nikt mi w nich nie będzie przeszkadzał :).

poniedziałek, 24 lipca 2017

W sobotę M. trzeci raz podszedł do komputerowego testu na prawo jazdy. Znowu nie zdał! Zabrakło dziesięciu punktów. Tyle dobrego, że umiemy do tego podejść na luzie, nie chodzi mi tutaj o samą naukę bo akurat on się uczy, nie spinamy się za bardzo. Chociaż M. trochę się wkurza, bo polski egzamin na prawo jazdy jest pierwszym niezdanym egzaminem w jego życiu. To już jego problem, że na studiach nie był prawdziwym studentem i z pola bitwy wracał zawsze z tarczą. Trzeba czasem oblać, żeby wiedzieć, jak to jest! I mówię to ja, jeden z większych kujonów na mojej ówczesnej specjalizacji. Prawo jazdy też zdałam za pierwszym razem, zarówno teorię jak i praktykę, ale to może były jakieś inne czasy. Już zapisaliśmy się na kolejny termin, a wszystko przebiegło w naprawdę miłej atmosferze. Panie pracujące w wybranym przez nas WORD-zie są bardzo miłe, nie to co kiedyś.

Poza tym - lato w pełni, zielone drzewa, wieczorne burze, które uwielbiam. Pustki w Warszawie, w mojej okolicy prawie brak korków, w niedziele prawdziwa cisza i spokój. Mniej fajnie, że w sobotę po egzaminie wezwali M. do pracy, nasz jedyny wspólny wolny dzień. Wkrótce wybieram się na krótki urlop, M. zostaje w pracy. Nasze wakacje jeszcze przed nami. Niech ten czas trwa :).

poniedziałek, 26 września 2016

Mocne wejście.

Po ponad dwóch latach pobytu M. w Warszawie, po raz pierwszy usłyszałam rasistowski tekst. Nie wiem, czy był kierowany pod naszym adresem, czy chodziło o zaczepkę, czy tylko wbicie szpilki ale tchórzliwie, pół-anonimowo, jak w internecie, żeby pokazać, do kogo należy ten kawałek europejskiej ziemi. Dorosły człowiek generalnie nie wypowiada się w ten sposób publicznie, więc jak zwał tak zwał.

Stoimy sobie na przystanku, czekamy na autobus, żeby podjechać do sklepu budowlanego w pobliżu. Dobra dzielnica, piękna pogoda, ja wietrzę głowę bo od czterech dni jestem na lekach na zapalenie oskrzeli, słońce świeci, wokół cisza i spokój. Południe. Niedziela.

Dokładnie w momencie, w którym robię krok w stronę zadaszenia, aby zerknąć na rozkład jazdy, bo nic nie jedzie (niedziela w końcu), słyszę męski, starszawy głos: "Tych Arabów to tylko pomordować". Zaskakujące przerwanie ciszy i ćwierkania ptaków. Nic nie mówię do M., szukam autobusu na rozkładzie. Chyba tylko połowicznie dociera do mnie, co usłyszałam. I czy to na pewno chodziło o nas?

Mija sekunda i M. stwierdza, że jednak budowlankę ogarnie sam, żeby czasu nie tracić i moje gardło trochę oszczędzić. Wycofujemy się i kierujemy w inną stronę, mijając nasz przystanek. Mam więc okazję przyjrzeć się, jak wygląda człowiek, który mówi takie rzeczy do innych ludzi.

Niebezpieczeństwa chyba nie ma - pan w stylu pijaczka, pewnie w średnim wieku, choć wygląda starzej. Zaplute tenisówki i kurtka, plecak ze szkoły podstawowej, nieogolony, nieumyty, wszystko brudne. Ale trzeźwy i twarz myśląca. Razem z nim kolega, wygląda podobnie, nie rozmawiają. Nasze oczy się spotkały, więc posłałam mu jedno z moich najserdeczniejszych spojrzeń i to on pierwszy odwrócił wzrok.

Trochę nie wiem, jak powinno się poprawnie zachować w tej sytuacji. Odpowiedzieć mu coś? Zapytać, czy mówi do nas? Poprosić, by doprecyzował? Dopytać, czy ma na myśli, że powinno się na przykład zabić mojego męża? Z tym mordowaniem, to naprawdę o nas chodziło? A może od razu na Policję?

Nie było niebezpiecznie, wolę drobnego pijaczka niż młodego kibola. W takim drugim przypadku chyba wolałabym nieźle zwiewać. Musiała się taka sytuacja w końcu zdarzyć, chociaż poczucia zagrożenia nie było absolutnie żadnego. M. co swoje nasłuchał się półtora roku temu w pracy. Wie, jak jest w Polsce i można się przyzwyczaić. Ale że obok niego byłam teraz ja, kobieta, Polka, a dziad takie rzeczy mówi, to wstyd za mojego rodaka.

Chyba nie ma co odwoływać się do wartości demokratycznych, że w wolnym kraju każdy mówi i robi co chce, bo i do tych samych wartości sięgając wiemy, że moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. A gdy mówimy o potrzebie mordowania, to chyba jednak naruszamy tę cudzą wolność. Więc poprawność polityczną chowam do kieszeni.

I to w taki piękny dzień, słoneczna niedziela!

piątek, 19 sierpnia 2016

Drugi egzamin M. też oblał. Komputer był ten sam, pan prowadzący egzamin tym razem inny, nie mówił po angielsku, ale to i niepotrzebne. Za to poświęcił więcej czasu na obejrzenie karty pobytu M. z obu stron (po parę razy!). Być może pierwszy raz zobaczył cudzoziemca na oczy :). Kiedyś musi być ten pierwszy raz, nawet w pracy. Na kolejny termin M. chce się zapisać dopiero po urlopie.

Lipiec i połowa sierpnia zleciały mi błyskawicznie. Było parę ciepłych dni, ale coś mi się wydaje, że już się skończyły. Drzewa za oknem brązowieją. Ale to już? :( Nie przeszkadza to jednak faktowi, że od jutra, a nawet od dziś zaczynam urlop! Cudnie :)

Przy okazji poruszę temat, z którym pewnie się stykacie lub zetkniecie, gdy Wasz luby przyjedzie na stałe do Polski. Dużo osób i bardzo często pyta mnie, kiedy M. wybiera się do Egiptu. Zadają to pytanie za każdym razem osoby, których nie widziałam na przykład miesiąc. A ja zawsze odpowiadam im to samo, chociaż swoją wiedzę też czasem sama aktualizuję. M. nie wybiera się na razie do Egiptu. Nic się nie zmieniło od dwóch lat. Obecnie ilekroć go o to pytam, odpowiada tak samo, że może w przyszłym roku albo w jeszcze następnym. Nie spieszy mu się jakoś. Z perspektywy imigranta może to i dobrze, że mu nie tak tęskno, bo to przecież łatwiej żyć, niż gdyby zdychał tu z żalu za krajem. Dla mnie też, przyznaję, lepiej. Chociaż ja sama nie wyobrażam sobie, że mogłabym tak siedzieć za granicą i nie chcieć wrócić albo przyjechać do Polski raz na jakiś czas. Może punkt widzenia zależy od punktu siedzenia?

Nikomu z jego arabskich znajomych przebywających w Polsce nie spieszy się do Egiptu i innych krajów. To nie znaczy, że nie jeżdżą. Mniej więcej raz na dwa lata robią sobie taką wycieczkę, która trwa od tygodnia do miesiąca, zależnie od sytuacji. Częściej lata tylko jeden znajomy, który nadal prowadzi w Egipcie biznes i chce go czasem doglądnąć. Podobno wyjazd do kraju wiąże się z kłopotem pod tytułem prezenty. Rodzinka oczekuje w końcu czegoś z Europy, zwłaszcza, że nie widuje faceta całe lata. Tak samo, jak my czekaliśmy i czekamy na prezenty ze Stanów :). To chyba zrozumiałe. I weź tu obdaruj to stado ludzi. Starają się ograniczyć do prezentów dla dzieci, ale to i tak dużo. Dla mnie akurat kupowanie prezentów to wspaniała sprawa, ale rzeczywiście, trzeba się do tego nieźle przygotować.

Żony najczęściej zostają w Polsce z dziećmi. I stresują się, co tam się w Egipcie dzieje, a obecnie to jeszcze, czy samolot aby na pewno doleci, a potem wróci. Nastawialiśmy się na pierwszą podróż do Egiptu razem, ale po ostatnich akcjach M. przestawia się bardziej na podejście, że może jednak pojedzie sam. Chociaż wtedy to może też już będzie inna sytuacja polityczna i będzie bezpieczniej.

Przy okazji, zorientowaliśmy się, że jeszcze jakieś półtora roku i M. będzie musiał składać kolejny wniosek o kartę pobytu. O ile przepisy się nie zmienią (w sumie to na pewno się zmienią, ale załóżmy), będzie to już karta stałego pobytu. Przypomnieliśmy sobie, że to właśnie wtedy nadejdzie ten moment, kiedy M. ucieknie do Paryża, chociaż poprawia mnie, że woli do Berlina. Z taką stałą kartą bardziej się opłaca. Czyli mam jeszcze jakieś w przybliżeniu dwa lata małżeństwa przed sobą ;))). Chyba nie powinnam nigdy pisać, mówić ani nawet myśleć takich rzeczy, bo nie wiadomo, co jeszcze los nam przyniesie. I nie mam na myśli żadnej europejskiej dezercji. Teraz piszę to serdecznie, wyłącznie w charakterze żartu, który rozumiecie tylko Wy, partnerki Arabów w Polsce :).

Tym humorystycznym akcentem żegnam się z Wami na parę dni i życzę mocno, aby mój dobry nastrój (naprawdę dobry! pierwszy raz od dawna!) udzielił się też Wam. Może czasem wystarczy po prostu wziąć wolne :).

poniedziałek, 08 sierpnia 2016

Oczywiście - nie zdał :). Nie brakowało mu wielu punktów, to znaczy mogło być gorzej, ale niestety trzeba będzie odwiedzić ośrodek egzaminacyjny jeszcze raz albo nieraz. Dobra wiadomość jest taka, że nie było żadnych wpadek proceduralnych. M. był na liście gdzie trzeba, miał ustawiony egzamin po angielsku, nawet pan prowadzący egzamin rozmawiał z nim po angielsku. Oprócz niego zdawało jeszcze dwóch cudzoziemców, reszta to Polacy. Cudzoziemcy nie zdali, polscy sąsiedzi przy biurkach obok też nie. Pan sprawdzający listę (tak na wszelki wypadek - wyczytuje wszystkich po kolei, wtedy wchodzi się do sali, podpisuje listę, a pan podaje numer komputera; szczegółowe instrukcje pan przekazuje po polsku, a potem króciutko po angielsku) każdego pytal "Pan po raz pierwszy?". Do wejścia na egzamin wystarczy cudzoziemcowi karta pobytu. Po egzaminie poszliśmy zapisać się na kolejny termin, też wystarczyła już sama karta, bez Profilu Kandydata. Wszystko już jest w systemie, tylko wybieramy sobie termin i opłacamy.

Egzamin składa się z (chyba) 32 pytań, maksymalnie 74 punkty do zdobycia, wystarczy 68 aby zdać. Większość to pytania TAK-NIE, masa filmików. Jest czas na przeczytanie pytania, potem czas na filmik, potem czas na odpowiedź. Nie można wrócić do poprzednich pytań. Każde pytanie inaczej punktowane. My to mieliśmy kiedyś prościej, 18 pytań wielokrotnego wyboru, razem 18 punktów, 16 zdaje. Teorię robiło się z palcem w nosie. Następny termin egzaminu niebawem :).

poniedziałek, 01 sierpnia 2016

Jakiś czas temu rozpoczęliśmy procedurę wymiany egipskiego prawa jazdy na polskie. Sprawa posunęła się do przodu, aktualnie czekamy już na egzamin teoretyczny. W międzyczasie zadziało się parę rzeczy, a mianowicie:

Jakiś tydzień po złożeniu przez nas papierów w urzędzie dzielnicy odebrałam telefon od pani, która przyjmowała dokumenty, że konieczne będzie potwierdzenie prawdziwości egipskiego prawka przez Ambasadę Egiptu. Tak mi się zdawało od początku, że to jeden z kroków, ale nic w tym kierunku nam wcześniej nie sugerowano. No i w związku z tym mamy dwie opcje: pojechać osobiście do Ambasady i załatwić sprawę, lub dostarczyć prawo jazdy do urzędu i oni sami je wyślą. M.owi nie uśmiechało się jechanie przez pół miasta, czekanie w kolejce i płacenie kolejnej stówki za dokumenty od Ambasady (jakoś tak za każdym razem musieliśmy płacić sto złotych, za wydanie jakiegokolwiek dokumentu), więc postanowił zanieść prawo jazdy do urzędu i niech oni sami wysyłają.

Dotarł na miejsce, a tam za biurkiem była inna pani. Ani słowa po angielsku, pani bierze do ręki egipskie prawo jazdy i nie wie, co z nim zrobić. No to M. dzwoni do mnie, abym przez telefon wytłumaczyła o co chodzi. Pani nie chciała się zgodzić z moją wersją wydarzeń, (z lekkim oburzeniem) Państwo sami to załatwiają we własnym zakresie, ale jak poszła  zapytać koleżanki, to okazało się, że jednak niekoniecznie sami we własnym zakresie. M. zostawił zatem prawo jazdy na pastwę urzędu i poczty polskiej (chyba).

Kolejne dwa lub trzy tygodnie później przyszło do nas pismo, że ze względu na złożoność sprawy i brak odpowiedzi od instytucji właściwych do wydawania decyzji, urząd nie wyrobi się z realizacją naszej sprawy i przeciągnie się ona do 30 września. Spoko, nie pali się.

Następnego dnia zadzwoniła do mnie "nasza" pani z informacją, że jest już odpowiedź z Ambasady, potwierdzili prawdziwość egipskiego prawa jazdy i możemy odebrać Profil kandydata na kierowcę.

W takim razie tydzień temu, w poniedziałek (bo w poniedziałki pracują do 18) poszliśmy do urzędu, M. coś tam podpisał i odebrał Profil. Egipski dokument został w urzędzie, bo po zdaniu egzaminu zostanie odesłany do Egiptu. Ciekawe, czy będą wiedzieli, gdzie to wysłać :))). Inaczej mówiąc, M. będzie miał tylko polskie prawo jazdy. Nic więcej w urzędzie nie musimy robić, dopiero po zdaniu egzaminu pani zadzwoni do mnie z informacją, że jest już polskie prawo jazdy do odbioru.

Z tym Profilem i jego kartą pobytu udaliśmy się w sobotę do najbliższego nam Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego i M. zapisał się na egzamin teoretyczny w języku angielskim. Pani w okienku życzliwie poinformowała, że gdyby nie powiodło się za pierwszym razem, to wszystkie dane są już w systemie, włącznie z prośbą o wersję angielską. Niech mu komputer lekkim będzie, M. nie wierzy za bardzo w swoje możliwości, bo ponoć żaden cudzoziemiec nie zdaje za pierwszym razem. Rzeczywiście, jak oglądałam płytę z pytaniami i aktualną wersją egzaminu, to jest trochę gorzej, niż było osiem lat temu. A weź to jeszcze spróbuj zrozumieć po angielsku. Ale najważniejsze, że nie musi zdawać praktyki.

Tymczasem zaczął się sierpień, mój ulubiony miesiąc w roku, tym razem chociażby dlatego, że przybliża mnie do upragnionego urlopu :). Na dzień dobry pada, ludzie się cieszą, że upały się skończyły, zaraz się zacznie, że za zimno, a ja płaczę za tymi trzydziestoma stopniami, że gdzie one się podziały?! Podobno w piątek przyjdzie ocieplenie i znów Polakom będzie za ciepło. Co do urlopu, jakiś pierwotny chyba instynkt jednak wziął górę nad odkrywczymi pomysłami i zrezygnowałam z tygodnia nad morzem. Zamiast tego - parę dni więcej w Tatrach. Gdy tylko sobie to uzmysłowiłam, że dlaczego nie, spłynęło na mnie oświecenie i ogromnie mi ulżyło. Prawie dwa tygodnie w górach, to już można coś porobić :).

 
1 , 2 , 3 , 4