Polka w związku z Egipcjaninem.
Lama la - dlaczego nie?
Codzienność, problemy, dobre rady.
I garść dowodów, że warto.
lamala@interia.eu

praca dla Egipcjanina

wtorek, 24 stycznia 2017

Mamy za sobą nienajlepszy początek roku. Nienajlepszy to w sumie mało powiedziane. Opowiem w skrócie, chociaż może powinnam zatrzymać te wszystkie historie dla siebie. Ale powiem trochę ku przestrodze.

M. biznes się nie udał i musiał go zamknąć. Nie pierwszy i nie ostatni biznes w Warszawie, który padł ;). Szkoda, bo włożyliśmy w niego sporo energii, czasu i pieniędzy. Kto zamykał kiedyś firmę, ten wie, o co chodzi.

Z tej krótkiej, bo tylko trzymiesięcznej działalności wynieśliśmy podstawową lekcję, żeby nigdy więcej nie współpracować z Arabami. Pewnie można trochę parsknąć śmiechem, że odezwał się Arab, ale niestety takie są fakty. Przestrzegali nas inni Egipcjanie, którzy mieszkali trochę poza krajem, że na Arabów za granicą trzeba uważać. Nic Ci nie pomogą, a mogą sporo zaszkodzić. Nie wszyscy tacy są, ale na paru się nadzialiśmy.

M. nie prowadził swojej firmy w żadnej spółce, była to działalność jednoosobowa. Ale współpracował z różnymi ludźmi i najgorzej w tym miejscu wypadają Arabowie. Chodzi oczywiście o pieniądze (a o co innego). Umowy na piśmie nic nie pomagają. Arabowie oszukują, może tak samo jak Polacy, ale jakoś ze strony Polaków nic takiego nas nie spotkało. Przykra prawda! Kochane Czytelniczki, to jest przestroga dla Was, a może też jakaś wskazówka? Wasi partnerzy i mężowie być może chcą przyjechać do Polski. Postarajcie się, by dali lepsze świadectwo swojemu narodowi. Nie sugeruję, że wszyscy są oszustami. Ale też wszyscy ci nierzetelni panowie, których poznaliśmy, mają żony Polki.

Po zamknięciu firmy M. oczywiście zaczął szukać pracy. Można uznać, że wrócił do punktu wyjścia, po dwóch i pół roku pobytu w Polsce. Znalazł szansę na pracę w polskiej firmie, która dopiero się otwiera, więc przepracował tam dwa tygodnie ustawiając lokal i słuchając obietnic o umowie o pracę i spółce w przyszłości, nawet kopie dokumentów wzięli, po czym został zwolniony bez podania przyczyny (w sumie to nie zwolniony, bo obiecanej umowy nie było), nie otrzymał zapłaty za ten czas, został publicznie obrażony on i jego rodzina, w tym ja. Że a to imigrant, że przyjechał do mnie bo leci na kasę (że ja mam kasę???) i tak dalej. Oszczędzę Wam, co jeszcze się tam działo. To chyba łącznie trzecie, a drugie poważniejsze doświadczenie rasistowskie i wyzysk, przy okazji.

Może nie powinnam tego wszystkiego tutaj opisywać, ale dla mnie to też żadna tajemnica, a Was właśnie to najbardziej interesuje. Nie boimy się zawinięcia w hidżab, boimy się problemów z kasą, pracą i czasem jeszcze rasistami. Nidgy nie wiesz, z której strony spotka Cię coś złego. Ja generalnie nie ufam ludziom, ale M. to mocno odchorował, bo jest nauczony szacunku do starszych osób, respektuje europejskie standardy (że papier ma jakąś moc, w sensie), a w Egipcie nikt go nigdy w pracy nie oszukał i tak nie zwymyślał. Nie wiem, jak on jeszcze w ogóle komukolwiek zaufa. Teraz najważniejsze jest znalezienie uczciwej pracy. Znowu.

Taki to nieraz trudny żywot imigranta w Polsce :(.

środa, 09 listopada 2016

Osoby prowadzące własną firmę i pracujące z wieloma różnymi kontrahentami wiedzą, jak to czasem jest właśnie. Pracować z ludźmi. Czekać, aż oni sami zaczną pracować. Aż Cię coś czasem trafia, ale nie masz wyjścia. W zasadzie to nie tylko przedsiębiorcy borykają się z tym problemem, to samo mamy przecież chociażby w najprostszej pracy biurowej. Po prostu niby wszyscy są w pracy, a czasem jakby co najwyżej połowa :)

To tak pół żartem, pół serio. Natomiast zupełnie na serio wydaje mi się, że niektórzy nie podchodzą poważnie do swojej pracy, bo trafili na M., który jest Arabem, a Arabem przecież nie trzeba się przejmować. Facet ma wycenić system alarmowy, rzekomo drogą smsową, i ani widu ani słychu. Kierowca, który nawet jeszcze oficjalnie nie rozpoczął współpracy, ma problem z samochodem i cały dzień czeka na pomoc drogową, a M. z towarem to jakby nie jego problem. Panowie z tablicą reklamową mają być o trzeciej, przyjeżdżają o ósmej. W ogóle, średnio godzinne spóźnienie na spotkanie jest najwyraźniej jakąś nową normą. Przedstawiciele handlowi dwóch różnych firm oddzwaniają i rozłączają się bez słowa, słysząc język angielski. Inna pani handlowiec przesyła maila, w którym prosi o "kontakt z osobą, z którą będzie mogła porozumieć się po Polsku". Firma o światowej renomie przez trzy tygodnie nie jest w stanie zabrać lodówki, którą przywiozła zepsutą i bez zapowiedzi. Co się dzieje z tymi ludźmi?

Cóż, uczymy się i nabieramy doświadczenia. Zaczynam rozumieć, dlaczego właściciele firm albo menedżerowie są czasem tacy oschli, a jeśli to kobieta, to zachowuje się jak zimna suka :) Po prostu rzeczywistość wymaga, aby być twardym i twardo grać z ludźmi. Trzeba nabrać asertywności. Niezależnie od tego, że M. dzisiaj powinien już rozmawiać po polsku i to tylko i wyłącznie jego wina, że tego nie robi (ok, moja trochę też), to osoby pracujące w sprzedaży, niemówiące po angielsku i nadal biorące pieniądze, to jakiś ponury żart :).

Ale ja mam podejrzliwą naturę i czasem wydaje mi się, że połowa tych niesolidnych osób starałaby się bardziej, gdyby M. był Polakiem. Faktury i zasady te same, firma prowadzona w Polsce, a jednak jakby gorszej kategorii. Nie dla wszystkich oczywiście, bo poznaliśmy też paru fajnych ludzi, którzy do wszystkiego podchodzą poważnie i odpowiedzialnie. I z nimi się najlepiej pracuje. Ale poza nimi mam wrażenie, że klient-Arab to gorszy klient, którego można zlekceważyć, bo i tak nic nam nie zrobi.

Poza tym prowadzenie firmy ma całą masę plusów i mimo że to ciężka praca, polecam ją zdecydowanym osobom :). Do tego jednak trzeba mieć predyspozycje, upór, jakieś wewnętrzne przekonanie o słuszności założonego celu. Trzeba być proaktywnym, a nie wykonawczym. To drugie to ja i czasem trochę się przydaję, gdy trzeba pozałatwiać papierki. Tymczasem nadchodzi piątek... wolny dzień!!!

środa, 19 października 2016

Chcę się pochwalić (a może nie się, tylko kogoś innego), że znajoma z kręgu okołorodzinnego wyszła niedawno za mąż za Egipcjanina. Mieszkają tam, on jest Koptem. Dwaj egipscy mężowie w jednej rodzinie - taka polska sytuacja :).

Ostatnio przekonuję się trochę, co to znaczy być zapracowanym. Swoją pracę mam, do tego praca M., co do której co jakiś czas obiecuję sobie, że ukrócę to jeżdżenie tam i siedzenie z nim, niech sam robi, skoro tak chciał. Weekend ostatni raz miałam po urlopie. Czekaj, jakim urlopie w ogóle? ;) Na szczęście w mojej pracy dodatkowa fucha tymczasowo nie doszła do skutku, więc przynajmniej nie dojdzie mi więcej obowiązków, na razie. Zamiast tego zaczął się doktorat, co też wymaga trzeźwości umysłu. Od dwóch tygodni chcę zrobić zupę dyniową i nie jestem w stanie. Może dziś? Ale czemu ja mam robić zupę dyniową, skoro mam kucharza w domu? Ano tak to jest właśnie, szewc bez butów chodzi. Naszą nową normą jest jedzenie gotowych dań odgrzewanych w mikrofali, raz w tygodniu staram się zrobić zacniejszą kolację, której zazwyczaj nie kończymy, bo albo komu chce się jeść o dziesiątej wieczorem, albo przysypiamy na kanapie. Uwielbiałam naszą domową kuchnię i tradycję niedzielnych rybnych obiadów, teraz mam wrażenie, że istnieje tylko fast food :). Tak nie będzie zawsze - moja nowa mantra.

Ale nie piszę tego wszystkiego w klimacie narzekania lub malkontenctwa. Bardzo, naprawdę bardzo się cieszę, że M. ma prawdziwą pracę, robi coś dobrego dla innych i dla nas. Spełnił swoje marzenie o własnej firmie, chociaż wiadomo, że taka praca ma wiele odcieni, dobrych i słabszych stron. Ale zapadł mi w pamięć jeden obrazek z internetu, taka życiowa rada: gdy masz ochotę ponarzekać na swoją pracę, pomyśl o tych, którzy w ogóle jej nie mają. My akurat oboje wiemy, co to znaczy, dlatego tym bardziej doceniamy każdy pracowity dzień, nawet jeśli kończy się po 22. Na razie wszystkie ręce na pokład i rozwijamy interes wspólnymi siłami. Co nie znaczy, że dziś nie zamierzam zrobić sobie wolnego. Po własnej pracy. Dzięki. :)



wtorek, 04 października 2016

Szybko to wszystko poszło. Ciekawe, że najpierw człowiek tygodniami, miesiącami robi plany i zastanawia się, jak to wszystko będzie we własnej firmie wyglądało. A potem w końcu ją otwierasz i wszystko zaczyna pędzić. Czasem aż mnie to trochę przeraża i onieśmiela, że M. załatwia coraz to nowe sprawy i przed niczym się nie wycofuje. Dopóki wszystko pozostawało w sferze planów i względnej niemożliwości, fajnie było sobie tak gadać i snuć różne wizje. A teraz już jesteś w tej sytuacji, masz tę swoją działalność gospodarczą i możesz realizować to, co sobie założyłeś. Nawet nie tyle możesz, co musisz.

Gdyby ktoś potrzebował porady, jak się otwiera firmę, to ja chętnie pomogę ;). Polecam szczególnie moment, gdy orientujesz się, że została na przykład jeszcze tylko jedna rzecz do załatwienia. Czyli resztę z listy można sobie odhaczyć. Wszystko to brzmi dość abstrakcyjnie, ale organizacja własnej firmy to dla mnie zupełnie nowy teren. I do tego tak mi się w życiu złożyło, że to nie ja jestem właścicielką tej firmy, tylko mój egipski mąż. Przechodzę więc przez wszystko razem z nim, żeby mu w miarę możliwości pomóc. Ale zauważam też po mału z satysfakcją, że M. już na tym wsparciu tak bardzo nie polega. Sam spotyka się z tymi wszystkimi ludźmi, dzwoni, wysyła, zamawia, sam zaczyna odwiedzać urzędy. Im więcej wyzwań, tym mu zresztą lepiej idzie. Odpukać.

Nasze życie też błyskawicznie się zmieniło. Miałam faceta w domu i nagle nie mam :). Szybciutko opustoszała lodówka, pranie zaczęło zalegać, śmieci same się nie wynoszą. Z pracy przed komputerem przeskoczył na pracę siedem dni w tygodniu po dwanaście godzin, plus dojazdy. No ale na swoim. Ja po swojej pracy jeżdżę do niego i działamy razem. Tak nie będzie zawsze, ale na starcie chyba tak milej, jak ktoś z tobą jest.

To jest taki stan, taka sytuacja, której kompletnie bym nie przewidziała jeszcze pół roku temu. Po raz kolejny okazuje się, że sytuacja zawodowa nie jest dana raz na zawsze i że jest w stanie w krótkim czasie diametralnie się zmienić :).

środa, 28 września 2016

Tak, Moi Drodzy :). Dzieje się.

Wspominałam niedawno, że M. zmienia pracę. Jednak bardziej adekwatnym określeniem byłoby, że zaczyna pracę. Parę dni temu zarejestrował działalność gospodarczą w Polsce. W innej branży, niż spędził ostatni rok, ale w zasadzie w tej samej, w której pracował pół życia w Egipcie i nawet jeszcze w Polsce. I jedynej, która go tak naprawdę interesuje, o czym się chyba wreszcie przekonał. Nie wspominałam o tym właściwie nikomu, dopóki nie było pewne, że to wszystko dojdzie do skutku.

To temat nowy, długi i złożony, dlatego zacznę od samego procesu rejestracji działalności gospodarczej. Oczywiście, łatwo i prosto nie mogło być :). Podstawowym problemem było naturalnie jego nazwisko, z którym walczą wszystkie polskie urzędy. Problem o tyle poważny, że w nazwie firmy musi to nazwisko wraz z imieniem wystąpić. Spedziliśmy przy stanowisku rejestracji działalności gospodarczej ponad godzinę, ale większość tego czasu zajmowało prostowanie kwestii jego danych osobowych. Siedzieliśmy sami przy okienku, a pan gdzieś krążył po urzędzie z naszymi papierami. Stanęło na tym, że poprzedni pan, zajmujący się meldunkami i odpowiedzialny za wprowadzanie danych do rejestru PESEL, pomylił się. "Głupoty opowiadał", stwierdziła druga pani, która przyszła z pomocą. Czyli że jednak Egipcjanin ma nazwisko, a nie brak nazwiska. Aż się boję, co będzie przy kolejnych meldunkach.

W jaki sposób Egipcjanin otwiera firmę w Polsce?

Zacznijmy od prostej prawdy, że egipski mąż Polki zakłada działalność na identycznych zasadach, co Polacy. Akurat nasz pan w urzędzie trochę tego nie był pewien, ale go doedukowałam :).

Samo założenie firmy, jak wszyscy opowiadają i mają rację, jest naprawdę proste. Wystarczy przeczytać jakikolwiek poradnik w internecie na ten temat, albo sięgnąć do najprostszych krótkich publikacji, które są dostępne za darmo w różnych urzędach. Wniosek wypełnia się przez internet, a potem idzie się do swojego urzędu dzielnicy (gminy), aby go podpisać. We wniosku trzeba podać swoje dane, adres i wybrać z bardzo intuicyjnej listy rodzaje działalności, które będzie się prowadziło. Zasady wypełniania wniosku są takie same, jak w przypadku Polaków. Jedyna wątpliwość może dotyczyć wyboru sposobu prowadzenia księgowości - do rozwiania w pięć minut, gdy się o tym poczyta. Do wniosku dołączamy na końcu skan decyzji Wojewody o pobycie czasowym, jej numer trzeba też wpisać we wniosku w odpowiednim miejscu. Decyzja i paszport to tutaj podstawowe dokumenty.

Po wysłaniu wniosku przez internet wyświetla się możliwość wydrukowania go sobie w wersji roboczej, co oczywiście robimy. Zabieramy wydruk ze sobą do urzędu. Oprócz tego przezornie wzięłam parę innych dokumentów i dobrze, bo pan i druga pani oglądali je wszystkie (to przez te nazwiska), wszystko oryginały:
- oczywiście decyzja o zgodzie na pobyt czasowy
- zaświadczenie o zameldowaniu na pobyt czasowy
- potwierdzenie nadania numeru NIP sprzed dwóch lat
- akt małżeństwa
- paszport
- aktualna karta czasowego pobytu

Niby nigdzie to wszystko nie jest wymienione, ale i tak się przydało. Po szczęśliwym nadaniu nazwiska M. :), pan wydrukował nasz wniosek w dwóch egzemplarzach, przejrzeliśmy go jeszcze raz, M. podpisał i gotowe. Na pojawienie się wpisu w internetowym rejestrze czekaliśmy potem trzy dni.

Urząd Skarbowy i ZUS

Kilka dni później postanowiliśmy załatwić sprawę deklaracji, że M. będzie odprowadzać podatek VAT. Wydrukowałam z internetu formularz (3 strony), wypełniliśmy go z innym poradnikiem w ręku, wysłaliśmy pocztą. Podobno wszystko jest ok, przynajmniej tak twierdzi pan, który będzie prowadził nam księgowość.

Teraz przed M. kolejne kroki, identyczne jak w przypadku Polaka otwierającego firmę, na przykład:

- zakup kasy fiskalnej, jej fiskalizacja i rejestracja w Urzędzie Skarbowym
- zgłoszenie jego ubezpieczenia do ZUS, takie samo, co wypełniamy przy umowie o pracę (mamy na to 7 dni od terminu rozpoczęcia działalności - w naszym przypadku nie jest to termin złożenia wniosku o otwarcie firmy, tylko trochę później)

Oprócz tego M. ma już otwarte konto bankowe dla przedsiębiorcy i czekamy na pieczątkę. Jego firma formalnie jeszcze nie działa, bo przeznaczył sobie na początek czas na mały rozruch i dokończenie wszystkich spraw. Ogólnie rzecz biorąc, cudzoziemiec przechodzi przez to samo, co Polacy, gdy otwiera firmę. Jeśli kiedyś miałyście już styczność z tą procedurą, tutaj raczej nic Was nie zaskoczy :).

wtorek, 06 września 2016

Wszystko co dobre szybko się kończy ;). Wróciliśmy po urlopie do pracy, na szczęście jest jeszcze szansa na parę ciepłych dni w Polsce i to nawet w ten weekend? A potem już pewnie szara i chłodna rzeczywistość. M. chyba nie byłby sobą, gdyby nie wzięło go na zmianę pracy. Próbuje teraz robić co innego, pewnie dlatego, że poprzedni biznes jednak mu nie wypalił. To znaczy wypaliło i się skończyło. Czasem naprawdę nie wiem, jak M. wyobraża sobie własną zawodową przyszłość i jak to się w końcu przełoży na nasze małżeństwo i nasze życie. Z pewnością mogę Was uprzedzić, że Egipcjanie nie mają w Polsce łatwo z pracą, a jak już coś mają, to nigdy nie wiesz, na jak długo. Taka to huśtawka. Ale to nie oznacza, że pracy nie ma wcale.

Piszę o tym teraz dlatego, że dostałam ostatnio w tym samym czasie kilka wiadomości od Was z pytaniem, jak to jest z pracą dla Egipcjanina. Myślę, że podstawowe problemy w tej materii są tylko trzy:

1. On nie zna języka polskiego. A jesteśmy w Polsce, więc po jakiemu niby mamy się komunikować w pracy. Jest oczywiście cała masa stanowisk, gdzie mówi się tylko po angielsku lub tylko po niemiecku i tak dalej i takie stanowiska właśnie będą w obrębie Waszych zainteresowań. Niestety, sporo z nich to stanowiska wysoko ulokowane w strukturach organizacji, gdzie trzeba mieć odpowiednie doświadczenie zawodowe. Czyli, w skrócie, praca niekoniecznie dla barmana z Sharmu, jakimkolwiek informatykiem czy prawnikiem w rzeczywistości by nie był.

2. On nie ma doświadczenia zawodowego. Czyli patrz wyżej. Studia skończone pięć, dziesięć lat temu i ani jednego dnia spędzonego w zawodzie. Może i nawet pracował kiedyś tam, gdzie by naprawdę chciał, ale w Polsce raczej nie będzie to brane na poważnie. Prowadzenie sklepu przez ileś lat w Egipcie? Toż to prehistoria w porównaniu z jakże rozwiniętą Polską :). Wiadomo jednocześnie, że realia pracy w Egipcie są zupełnie inne niż w Polsce. Różnimy się pod względem:
- sposobu zawierania umowy, np. w Polsce po prostu ją zawieramy, tam niekoniecznie
- sposobu wypłaty, tam nie każdy ma konto bankowe, ale i w Polsce tygodniówki bywają wypłacane do ręki
- czasu pracy, to w ogóle niebo a ziemia
- przepisów prawa i bezpieczeństwa pracy (są tam jakieś?)
- sposobu otwierania biznesu, pod tym względem naprawdę łatwiej żyć w Egipcie.
Przydatność dyplomów jest w naszych krajach na jednakowym poziomie, no i rekrutacja do pracy przebiega podobnie, gdyby tak spojrzeć prawdzie w oczy. Z tym wyjątkiem, że u nas chyba każdy ma szansę na pracę w komórkach państwowych. Tam musisz mieć mocne znajomości, zacną rodzinę albo portfel. Z kolei w Egipcie taka praca jest poważana, bardzo dobrze płatna i wszyscy jej zazdroszczą. Nie to co u nas.

3. Polacy nie chcą zatrudniać Arabów. To pewnie trochę krzywdzące dla osób pozytywnie nastawionych wobec cudzoziemców, ale umówmy się. Arab to w dalszym ciągu terrorysta, i szuka pracy?, tyran, bije ludzi, fanatyk religijny i do tego się nie myje. Nawet, jeśli nie każdy reprezentuje takie przestarzałe już opinie, to jednak podchodzi się do obcokrajowców z rezerwą i brakiem zaufania. To jasne, że na to ostatnie każdy z nas w pracy musi sobie zasłużyć, ale niestety nie zawsze będzie taka szasna Egipcjaninowi w Polsce dana. Myślę, że sporo się na takim podejściu traci, bo Egipcjanin może być fajnym pracownikiem. Dla niego kilkunastogodzinne zmiany to normalka, jeden dzień wolny w tygodniu to już luksus, urlop bierze się maksymalnie na tydzień raz w roku. Do tego chodzi jak w zegarku, bo w Egipcie za byle co wylatuje się z roboty.

Gdzie zatem szukać pracy? No cóż, wszędzie, jak wszyscy. Wysyłać CV z uporem maniaka, nawiązywać znajomości z innymi cudzoziemcami, pytać wśród polskich znajomych. Można też starać się o własny biznes, ale to będzie wymagało oczywiście kasy i skutecznego poznania realiów samozatrudnienia w Polsce. Chciałam dodać "i nie poddawać się", ale chyba akurat to Egipcjanom niepotrzebne, skoro dali już radę wyjechać z kraju i zamieszkać w Polsce.

poniedziałek, 04 kwietnia 2016

To trochę temat rzeka. Pierwsza myśl pewnie u wszystkich jest podobna, a mianowicie, że będzie ciężko. No łatwo nigdy nie jest. Ale Polakom też nie jest łatwo, sama o tym doskonale wiem z własnego doświadczenia. Znalezienie pracy jest jednym z najważniejszych zadań, jakie stoją przed przybywającymi do Polski Arabami. My, ich partnerki, wiemy, że to pracowici ludzie. Ale do rzeczy. Wiele osób pyta mnie, gdzie i jak najlepiej szukać pracy dla Egipcjanina. Przyjmijmy założenie, że partnerzy i mężowie są już nauczeni, że w Polsce praca i pieniądze nie leżą na ulicy, jak to się niektórym Arabom wydaje :).

Z naszych obserwacji wynika, że Egipcjanie przebywający w Polsce najczęściej pracują:

- w restauracjach arabskich jako kucharze

- w sklepikach arabskich jako sprzedawcy, dostawcy, kucharze i ogólnie ogarniacze wszystkiego :)

- w firmach, gdzie potrzebny jest język arabski, przeważnie do pracy biurowej związanej z kontaktem z klientem, przy czym nie słyszałam jeszcze, by było to call center

- w kebabach. Ponieważ bardzo to wszystkich interesuje, a wśród Polaków zrodził się nawet pewien stereotyp, że jak Arab, to tylko do kebaba, więc pozwolę sobie na słówko więcej komentarza. Jest to praca na długie zmiany, przeważnie jeden dzień wolny w tygodniu, pieniądze w granicach 6-8 zł za godzinę na rękę, na czarno. W lepszych lokalach wymagają książeczki sanepidowskiej. Takie warunki oferowane są Arabom pewnie dlatego, że Polak by się na nie nie zgodził. Większość osób traktuje to jako coś tymczasowego, dopóki nie znajdzie się coś lepszego. Zwykle nie wymaga się doświadczenia. Cały czas podziwiam, jak ludzie po studiach i z wieloletnim, szerokim doświadczeniem zawodowym lądują w takiej pracy za takie pieniądze. Pracę tego typu można znaleźć przez znajomych, np. w meczecie, na darmowych portalach ogłoszeniowych lub na Facebookowych grupach dedykowanych Arabom mieszkającym w Polsce. Tam jest dużo różnych ogłoszeń, włącznie z anonsami osób poszukujących polskiej żony :). Jeden znajomy wyjechał do pracy w kebabie do innego miasta. Pracuje w trybie kilka tygodni tam – powrót do Warszawy – znowu kilka tygodni tam. Wynajmują w kilka osób mieszkanie. Wcześniej pracował w garniturku w biurze, po czym sam postanowił wyjechać i bardzo sobie tę pracę ceni.

To takie wnioski po blisko dwuletnim pobycie M. w Polsce. Na pewno są też osoby wykonujące inną pracę, prowadzące własne firmy itd., tylko my ich nie znamy :).

Gdzie najlepiej szukać pracy: na wspomnianych grupach dyskusyjnych na Facebooku (w morzu śmieci zdarzają się konkretne oferty i informacje), oczywiście w portalach internetowych, przez znajomych, chociaż nam akurat nikt nie pomagał, i przez arabskich znajomych znalezionych już tutaj na miejscu, w Polsce. Szczególnie warto popytać wśród osób, które są u nas dłużej. Sporo osób sobie wzajemnie pomaga. M. czasem dostaje telefony z informacją, że ktoś szuka kogoś i może mógłby kogoś polecić.

Nie muszę chyba dodawać, jak kiepskie jest samopoczucie facetów, którzy pracowali wiele lat w swoim kraju, pokończyli dawno studia, a tutaj nie są w stanie niczego znaleźć, bo nikt nie wierzy w ich umiejętności i kwalifikacje. Kluczowy na pewno jest angielski, bo polskiego za bardzo nie oczekujmy :). Raczej nikt nie pyta o dyplomy, bardziej o doświadczenie, w czym jest się dobrym itd. Konieczna jest karta czasowego lub stałego pobytu. Na wizie turystycznej nie można pracować, ale nie ma problemu, jeśli jest już karta pobytu.

Z technicznych informacji, mąż Polki nie potrzebuje pozwolenia na pracę. Podpisuje umowy identycznie, jak Polacy. Ale narzeczony już potrzebuje pozwolenia. Organizacją tego zajmuje się pracodawca, o ile mu się chce. Warto też jak najszybciej zgłosić się do Urzędu Skarbowego i wyrobić NIP.

środa, 22 lipca 2015

Jak jest z pracą w Polsce, każda wie. Nie ma. A jak już jest, to na śmieciówce, na trzy miesiące, za grosze albo dla kogoś innego. Dotyczy to przede wszystkim osób, które są nowe na rynku pracy. Ci, co zaczęli wcześniej, zdążyli się już zakotwiczyć albo nawiązać znajomości. Gdy już jakimś cudem znajdziemy pracę, najchętniej bylibyśmy widziani jako osoby, które zaprzedały firmie duszę, zamieszkały w biurze i nie chcą nic w zamian. Nie mówię, że ja mam taką sytuację w pracy. Pracuję w państwowej placówce, gdzie prawo pracy jest respektowane i stosowanie, a godziny pracy są jasno określone. Tak samo, jak ustalona jest ścieżka rozwoju (np. nie istnieje :)).

Ale rządzą światem pracy, państwowej i niepaństwowej, różne zasady, na przykład gdy chce się podwyżkę, nasza praca jest mało ważna, nieabsorbująca, łatwiutka i mamy za mały staż. Za to gdy chcemy wyjechać na dwa tygodnie urlopu, nagle stajemy się niezastąpionymi i najbardziej niezbędnymi pracownikami firmy, o wyłącznych uprawnieniach do wykonywania pewnych czynności i po prostu jest to niemożliwe, byśmy ot tak sobie zostawili biuro na pastwę losu. Jeśli już to robimy, wznośmy modły do nieba i dzięki składajmy prezesom, zarządom i organom prowadzącym naszą placówkę, bo dostąpiliśmy wielkiego zaszczytu i łaski wykorzystania wypracowanego osobiście dnia wolnego.

Chyba jestem złym człowiekiem. Ja swój urlop już dawno zaklepałam i nie miałam z tym większych trudności, ale w mojej pracy tak jest - bezpiecznie i z poszanowaniem prawa. Za to widzę, co się dzieje dookoła. Chcesz dzień wolny? Ale to musisz? A po co ci?

No dobrze, już go sobie weź. Nie martw się, obetniemy ci to z pensji, więc firma nie straci, spokojnie.

Albo nasze pensje. Jeśli pracodawca chce mieć pracownika za darmo, to niech zaprosi studenta na bezpłatną praktykę. Niektóre proponowane stawki są takie, że nie opłaca się wyjść z domu po bilet miesięczny. Ale skoro takie stawki są, to najwyraźniej ktoś je bierze.

Niektórzy cudzoziemcy - niektórzy? cholerna większość! - mają problem ze znalezieniem sympatycznej i dobrej pracy. Myślę, że łatwiej mają Europejczycy i to ci z bogatszych krajów, którzy są mile widziani w firmowych szeregach, o ile nie śmierdzą za bardzo groszem, bo wtedy wpędzą szefa w kompleksy. Ale gdy do Polski przyjeżdża Arab, już nie rozwijajmy kwestii zagrożenia bombowego ;), ma znacznie gorzej niż Niemiec i Polak. Często brak odpowiednich doświadczeń zawodowych. Co z tego, że pracuje dwa razy dłużej niż jego przeciętny europejski równolatek. Niespecjalnie ufamy Innym.

Ale, moje drogie, czas uciąć te czarnowidztwa dotyczące zatrudnienia Arabów w Polsce.

Wszyscy egipscy i arabscy znajomi M., a trochę ich się nazbierało przez ten rok, mieszkający w Warszawie, mają pracę. Taką czy inną - w biurze, sklepie, restauracji, kebabie (to ostatnie to przeważnie na chwilę, bo szybko przenoszą się gdzieś indziej). Zdaje się, że wszyscy, z małymi wyjątkami, mają karty czasowego lub stałego pobytu. Pieniądze przeważnie niewielkie, takie, że jak my już będziemy mieć za ileś lat taki staż zawodowy, co oni mają dzisiaj, i dostaniemy taką pensję, to walniemy wszystko w cholerę i stwierdzimy, że nie opłaca się pracować, skoro lata mijają, a pensja jak stała tak stoi.

Pensja niska, ale jest. Praca nie zawsze zgodna z marzeniami lub wykształceniem, ale jest. Skąd się biorą te historie o permanentnym bezrobociu Arabów? Jak ich obserwuję, a znam też kilku przedstawicieli innych nacji i kręgów kulturowych, to nie pracują tylko ci, co nie chcą. M. dostał w zeszłym roku więcej ofert pracy niż ja.

Podsumowując te moje zgryźliwe wywody, trzymam kciuki i życzę wytrwałości w pokonywaniu własnych i wspólnych obaw. I jeszcze jedna rada (dla Egipcjan, u Polaków to nie działa): wysyłanie CV naprawdę daje dobry skutek oraz warto zaufać innym arabskim znajomym, bo oni sobie wzajemnie pomagają.